niedziela, 1 lipca 2007

BO TAK CZASAMI JEST

Proszę się nie dziwić, że nastroj mam wisielczy, i zamiast rozprawiac o cudownosciach Turcji wypisuje jak to ciezko mi sie pracuje jako rezydent. Tak po prostu czasami jest. To normalne zycie, a nie bajka, i myli sie ten, kto mysli, ze praca tutaj to jedna wielka zabawa. A niestety takie pytania i podejrzenia padaja bardzo czesto.
"Ale masz super..." - mowi turystka czy inna osoba, ktora widzi mnie rozesmiana na rejsie statkiem czy swobodnie rozprawiajaca z Turkami w autobusie. Wszystko wydaje sie latwe i proste. I takie przyjemne!
Slonce, plaza, przystojni mlodziency o ciemnej karnacji, pyszne jedzenie, rejsy, masaze, raftingi i darmowe prezenty od zaprzyjaznionych firm.
Zyc, nie umierac.

Nie chce mi sie wykladac wszystkiego kawa na lawe. Kto chce, moze spytac osobiscie. Opowiem ze szczegolami ;)
Jak pisalam poprzednio, czym innym jest pracowanie dla idei a czym innym twarda rzeczywistosc. Jedna sprawa jest to, ze uwielbiam kontakt z turystami, ze wspaniale jest opowiadac zainteresowanym o tym kraju, uczyc ich wymawiania "Teşekkur ederım" czyli "dziekuje" po turecku, bawic sie z nimi i odpowiadac na milion pytan, gadac, gadac, gadac. Wspaniale jest jezdzic autobusami po tutejszych drogach, znac kazdy szyld, znac ludzi z wszelkich mozliwych biur, korzystac z tych znajomosci (znizki na zakupach, darmowe napoje w zaprzyjaznionych barach itp. - jesli mowa o samych konsumpcyjnych sprawach, pomijajac te "niewymierne" rzeczy jak wsparcie i pomoc w klopotach).
A czyms kompletnie innym jest uzerac sie z pewna czescia turystycznej masy zwana buractwem i chamstwem, z pijanymi, wysypujacymi sie z samolotu, z zarzutami, ze dany hotel to nie sa 4* tylko co najwyzej 2* bo po pokojach chodza karaluchy a podloga sie lepi. Chociaz przyznam szczerze, ze w obecnym biurze takich przypadkow mialam na razie zaskakujaco malo. No ale jednak byly.
Czyms innym od idei jest tez walka z "systemem", czyli z tureckimi wspolpracownikami, z wiecznymi niedopracowaniami organizacyjnymi, ze spoznieniami, ktore dla Turkow nie maja znaczenia a dla moich turystow owszem (i wcale im sie nie dziwie, ze sa wkurzeni, bo czekaja rano na autobus na wycieczke 30 minut). W tym roku za wszystko to odpowiadam przed turystami tylko ja - jako jedyny przedstawiciel mojego biura, wiec jak cos sie sypnie, to spac nie mozna.
I czyms innym od idei jest swiadomosc, ze pracuje sie w turystyce masowej, gdzie nie ma czlowieka, tylko sa "paxy" (sztuki), gdzie wszystko jest kupowane i sprzedawane jako blok i masa, a chodzi tylko o jak najwiekszy przychod i jak najmniejsza liczbe reklamacji.

Mimo, ze to dopiero (!) pierwszy lipca, czyli sezon tak naprawde ledwo co sie rozpoczal, ja jestem wypalona, zmeczona, zestresowana i kompletnie bez energii. Dzien wolny, jak widac, spedzam w biurze, bo nie ma za bardzo gdzie isc czy jechac (za goraco). Najchetniej spalabym caly dzien na lozku, ale musze zrobic pare rozliczen i wyslac kilka sluzbowych maili.
I tak to sie toczy.

Nie truje juz wiecej. To juz ostatnia notka z serii "Skylar osobiste wynurzenia ze swiata pracoholikow". Od nastepnego razu zaczynaja sie ostre klujace jak szpikulec przypowiesci z samego srodka zdegenerowanej bajecznej Alanyi, Turcja. Stay tuned.

2 komentarze:

Agatka pisze...

no cóż , jak to się mówi; życie xD
(ale mimo wszystko fajnie masz ;P)

a ja czekam na następną notkę ;)

Anonimowy pisze...

ale jak już bedzie po wszytskim to będziesz hiroł i takie ogromne poczucie satysfakcji, że dałaś radę ..............