środa, lipiec 15, 2009

ZAPOWIEDZI

Kochani Czytelnicy,
mam już dość zrzucania wszystkiego na pracę. W porządku - pracy jest dużo, internetu w domu brak - już to wyjaśnia, dlaczego tak rzadko piszę. Ale nie można poddawać się pracoholizmowi, jak w poprzednich sezonach. W tym roku i tak jest dużo lepiej (turyści cudowni nieustannie). Niniejszym deklaruję, że od weekendu rozpoczynam regularne dodawanie treściwych, ciekawych i powodujących wypieki na policzkach notek na blogu. Powiem więcej: strzeżcie się - będzie się działo!

PS. Z informacji ogolnych: wczoraj zostałam porwana z pracy prosto do morza, na kąpiel (tutaj ewidentnie sprawdza się stara obawa rozmaitych życzliwych, że zostanę przez jakiegoś Turka uprowadzona). Zażywając kąpieli, a właściwie usiłując, gdyż fale były wyjątkowo wysokie i silne, zaobserwowałam, iż:
a) świeciło słońce, lecz
b) padał deszcz
c) nad wzgórzem Zamkowym pojawiła się (uwaga) przepiękna tęcza - co jest rzadkim zjawiskiem jeśli chodzi o tutejsze rejony.
d) oczywiście było nadal bardzo ciepło,
e) a jak łatwo było przewidzieć deszcz ustał po 2-3 minutach.

Ale i tak - zapewniam - było znakomicie. Nie miałam aparatu, jak to zwykle bywa w sytuacjach wyjątkowych (tzn. porwań), ale wcale się nie martwię, że nie uwieczniłam tego pięknego widoku. Na zawsze zostanie on bowiem, khem, khem, w moim sercu.

środa, lipiec 08, 2009

AUDYCJA TURECKA JUŻ DZISIAJ!

Uprzejmie informuję, że dziś w radiostacji internetowej Radioaktywne o godzinie 23.00 rozpocznie się audycja "Dolmus czyli jazda po Turcji". Audycja premierowa, dlatego nie radzę przegapić. Prowadził ją będzie znany być może niektórym turkomanyakom współautor bloga Podróż Szwedzkiego Kucharza. Będzie pełno tureckiej muzyki, opowieści o Turcji a także mój gościnny występ ;) przeczytam mianowicie fragment bloga...

Uprzedzam, że to dopiero początek, namawiając do regularnego słuchania ;)

Pozdrawiam życząc wybornego wieczoru z radyjkiem koło ucha ;)

czwartek, lipiec 02, 2009

WIEŚCI Z WARZYWNIAKA

... czyli uzupełniamy niedobory wypłukane przez stres i ciężką ofiarną pracę w pocie czoła :)


Śniadanko na balkonie. Jedyny wolny dzień w tygodniu trzeba uczcić.


Jedyny wolny dzień w tygodniu trzeba uczcić - część 2: rejs na statku, rybka, raki czyli turecka anyżówka i (na zdjęciu) deser owocowy przygotowany przez tureckiego majtka. Zdjęcie tureckiego majtka przy następnej okazji :)


Manavgat (dosłownie 'Warzywniak') - fajna turecka miejscowość. Bazar, wodospady i niezliczone sklepy z tanimi ciuchami to główne cele pielgrzymek.


Bazarowe szaleństwo: świeże, soczyste, pachnące warzywa i owoce prosto od pań ze wsi.


Że tak powiem, bez komentarza. Albo inaczej: sama słodycz.


Pan z arbuzami.

A tu inna odsłona Manavgatu: rzeka o tej samej nazwie, która uchodzi do morza. Można się przepłynąć statkiem, a potem wykąpać raz po morskiej (ciepło, słono), raz po rzecznej stronie (zimna, słodka woda).







Fan club Skylar (a raczej Skylar bloga) uważam za całkiem niezły pomysł :) O ile tylko będę regularnie pisać. Czuję się wobec tego zmotywowana :)
Pozdrawiam wszystkich wiernych i nie-wiernych Czytelników!

środa, czerwiec 24, 2009

A JA NADAL NIC NIE PISZĘ

Nadal ganiam. Co przy ciągle rosnącej temperaturze nie jest wcale takie przyjemne, także nie ma co mi zazdrościć "słoneczka". To nie słoneczko, to żar lejący się z nieba. Wystarczy godzinę spacerować w pełnym słońcu, by dorobić się spieczonej skóry i spocić się jak mysz. Nic przyjemnego, zaręczam. Oczywiście turyści nie mogą się nacieszyć - ale oni mają klimatyzowane pokoje w hotelach, baseny w których mogą się pluskać i plażę parę metrów dalej. No i te chłodne drinki w systemie all inclusive.

Ja w pokoju mam wentylator - nawet się sprawdza. W salonie klimatyzacja, która oczywiście nie daje rady schłodzić całego mieszkania - ale próbujemy, wraz z moją współlokatorką Słowaczką. Zresztą tylko czasem, bo ciągle nie ma nas w domu, a poza tym klima nie jest jednak zbyt zdrowa...
Nie pamiętam kiedy byłam na plaży - ale nie ma co tam iść, piasek parzy w stopy.

Ganiam, ganiam, ganiam. Od upałów ciągle chce się spać. Czy rano, czy południe, czy wieczór - padamy na łóżka i zasypiamy w kilka sekund. Wciąż za mało i nie wystarcza. Brakuje też wolnych dni - ale te, mam nadzieję, odrobimy po sezonie w nadmiarze. No, może też wcześniej niż po sezonie. Insallah.

Obiecuje w weekend coś wreszcie konkretnego napisać. Zbieram siły. Najpierw popracuję, potem będę usiłowała się wyspać. A potem siądę, i napiszę.
Chociaż najchętniej uciekłabym na wakacje do Polski. Z Królem Pomarańczy pod rękę. Do chłodnej Polski, gdzie są najpiękniejsze plaże na świecie, najlepszy chleb i najkochańsi ludzie. No nie?

wtorek, czerwiec 16, 2009

DLACZEGO NIC NIE PISZĘ

Ostatnio ganiam tak, że aż nie mam czasu wyprać sobie ciuchów. Właśnie sobie przypomniałam - jest 18:00, zaraz wyjdę z biura, o 24:00 jadę na lotnisko, a moje firmowe koszulki brudne... Wyschnąć pewnie zdążą - w końcu jest tak ciepło. Oby.

Wobec tego biegnę. Po drodze zahaczając o coś zjadliwego.

Pomysły na nowe notki o Turcji i Turkach kłębią się we mnie ;) ale czasu na pisanie nie ma. To znaczy: nie było. Nawarstwiło się sporo spraw, problemów, w biurze i przed komputerem bywałam z doskoku, o czym doskonale wie moja rodzina i znajomi (a raczej nie wiedzą, bo mnie nie widują ;)
Ale to już mam nadzieję przeszłość. Koniec z wizytami specjalnych grup firmowych (które zżerają największą ilość czasu), przynajmniej na jakiś czas mamy tylko "normalnych" turystów. A z "normalnymi", wiadomo: sama słodycz.
I oby tak dalej.

Do przeczytania wkrótce

Skylar
(w brudnej koszulce)

poniedziałek, czerwiec 08, 2009

MIGAWKI Z POCZĄTKU LATA

Obiecana relacja z Festiwalu, czyli co się działo, skoro miało się dziać:


9. Festiwal Sztuki i Turystyki czas zacząć, co symbolizuje pomarańczowa dziewiątka. Albowiem Alanya pomarańczą (i bananem) stoi.


Alanya nigdy nie wstydziła się swojego wiejskiego charakteru. Ba, nawet to podkreśla. Wiem o tym dobrze: pod moim domem w centrum Alanyi chodzą kury i koguty.


Photo seat. To jest rekomendowane miejsce do robienia fotek. Niech żyje spontaniczność!


Replika Czerwonej Wieży w Alanyi w wersji Pomarańczowej.


Baloniki na druciku.


Romantyczny turecki kucharz wycina różę w arbuzie, co budzi dziki entuzjazm u obserwujących go pań.


Inny romantyczny kucharz prezentuje pozostałe artystycznie powycinane owoce.


Na pierwszym planie dumny borek z serem. A w tle wyjedzona, choć nadal kusząca baklava.


Lampy z tykwy.


Lampa z tykwy w wersji patriotycznej.


Tort w całości wykonany z lejącej się bez przerwy czekolady. Pewnie dlatego za szybką.


Ebru art - sztuka malowania na wodzie. Podobno dobra dla zestresowanych i niecierpliwych.


Stanowisko Czarnomorskich Turków (Karadenizler) skupiło się na nieustającej imprezie: nikt się nie gapił - wszyscy tańczyli.


A tu już z innej beczki: skrócona i jednoobrazkowa, a jednocześnie wszystko mówiąca fotorelacja ze spotkania Polonii Tureckiej w Alanyi :)

niedziela, maj 31, 2009

W ALANYI SIĘ DZIEJE

Rozpoczął się sezon. Nie, nie tylko dla mnie - także dla innych. Wreszcie "się ruszyło", na ulicach, w hotelach, zaczęło robić się tłoczniej, na co wszyscy pracownicy branży turystycznej odetchnęli z ulgą. Co prawda i tak sezon do dobrych należał nie będzie, kryzys jednak swoje zrobił (głównie całe to mówienie o kryzysie), ale przynajmniej nie jest już tak pusto. Będzie można mieć nadzieję, że uda się odłożyć pieniądze na życie w zimie (tak tu się przecież funkcjonuje: pracowite lato na pełnych obrotach, i leniwa zima, na którą w lecie się zarabia).

Alanya zrobiła się zatłoczona, kolorowa i radosna także z powodu Festiwalu Kultury i Turystyki, który odbywa się zawsze na przełomie maja i czerwca - w tym roku po raz 9.
Co roku rozmach w organizacji imprezy jest coraz większy i większy; aby to potwierdzić już wkrótce postaram się zamieścić fotorelację z tego, co dzieje się obecnie. Póki co korzystam z wolnego weekendu i chodzę na bezpłatne koncerty pod gołym niebem, jak i rok temu...

"Wolny weekend"? A tak, jeszcze mam luksus wolnych weekendów. Obawiam się, że to już wkrótce się skończy, i zostanie zastąpione codzienną harówką od rana do nocy, ale nie uprzedzajmy faktów - i cieszmy się tym, co mamy.
Zawsze na początku sezonu przeżywam pełno duchowych rozterek na temat branży, w której znalazłam się kiedyś kompletnym przypadkiem, i w której zasiedziałam się już tyle czasu. Turystyka wciąga człowieka kompletnie: nie daje za dużo miejsca na inne życie, na wyjazdy i wakacje - wszystko odkłada się na "po sezonie". Pracujemy bez przerwy, a uniformy czyli np. firmowe koszulki stają się najczęściej używaną odzieżą. Nikt tu nie liczy 8-godzinnego dnia pracy - tyle godzin to raczej luksus i odpoczynek. Dzwoniący nieustannie telefon staje się czymś normalnym; niezależnie od tego, czy dzwoni o czwartej rano czy w środku dnia. Przemęczenie i spuchnięte nogi to codzienność; odsypianie w wolny dzień wszystkich zarwanych nocek, nieregularne posiłki albo brak posiłków, usypana w pokoju góra ubrań, których nie ma kiedy wyprać. Nasi przyjaciele, znajomi, partnerzy - to osoby wykonujące podobną pracę. Mają podobny tryb życia i rozumieją, że czasem jedyna możliwość spotkania się to poniedziałek o 1 w nocy.

Ale mimo wszystko ma to w sobie coś przyciągającego; każdy, kto nigdy nie potrafił się dobrze poczuć w pracy za biurkiem, doskonale zrozumie o czym mówię. Praca w turystyce to coś, co przyciąga specyficzny typ ludzi; wielu z nich rezygnuje po pierwszym sezonie, ale wielu zostaje długo - nawet bardzo długo. Łatwo się uzależnić od takiego życia na pełnych obrotach. Rutyna oczywiście też nam grozi - ale lekarstwem na nią jest zmiana firmy albo rodzaju pracy - co przecież bardzo często się zdarza, i nie jest niczym negatywnym. Zresztą: choćby wycieczka, którą się prowadzi, była taka sama co tydzień, to przecież zmieniają się grupy - i za każdym razem jest inaczej. Jeśli lubi się ludzi (co nie jest łatwe przy ilości problemów, które sprawiają turyści :)) - to da się w tym odnaleźć prawdziwą frajdę.

No i jeszcze ten turystyczny światek - widać to jak na dłoni na przykładzie Alanyi, która tak naprawdę jest jedną wielką wioską. Wszyscy się znają; a jeśli nie, to zaraz się poznają. Ciągła zmiana firm powoduje nieustanne krążenie doświadczonych pracowników branży z biura do biura. Raz tu, raz tam, ale nadal w Alanyi i okolicach. Wystarczy pójść raz w tygodniu do jednego z najpopularniejszych klubów w porcie, by zobaczyć (jak ostatnio naśmiewaliśmy się ze znajomymi) całą "sosyete", całe lokalne towarzystwo: pracowników biur, rezydentów, właścicieli hoteli, sprzedawców skór i złota, kierowców na wycieczkach jeep safari, barmanów, recepcjonistów hotelowych, i tak dalej. Czasami mam wrażenie że główny cel pojawiania się na takich imprezach to pokazywanie się, ciągłe witanie, klepanie po plecach, pytanie co słychać i komentowanie strojów rosyjskich turystek.

Pustka? Oczywiście :)
Ale daje jakieś dziwne poczucie bycia u siebie. Wystarczy przejść przez główną ulicę, po ponownym przyjeździe do miasta; wpaść na kilku-kilkunastu znajomych (czego nigdy nie da się uniknąć, dlatego właśnie w Alanyi plotki rozchodzą się w tempie błyskawicy). Dać się zaprosić na rytualną herbatkę. Pogadać, wymienić informacje kto w tym roku gdzie i z kim pracuje, oraz gdzie mieszka (im bliżej centrum i w niezależnym mieszkaniu, tym więcej zarabiasz punktów w towarzyskim rankingu). No i jeszcze: z kim się spotyka, a może już zerwał?
Wystarczy tego wszystkiego doznać, by przełamać pojawiający się regularnie kulturowy szok. Znów jestem tutaj: w Alanyi, w sezonie, w pracy. Coś w rodzaju: moje miejsce na ziemi, wersja 2.0*

(*oczywiście po sezonie, wypluci, wymęczeni, wkurzeni, znudzeni, zblazowani - będziemy mówić i myśleć zupełnie inaczej).

piątek, maj 22, 2009

I ZNÓW STAMBUŁ

Znów odwiedziłam Stambuł. Lot z Antalyi to niecała godzina (oczywiście o ile nie ma problemu z "korkami" przed lądowaniem, a one zdarzają się często). Serwis z lotniska zawiózł mnie na sam plac Taksim, wysiadłam i znalazłam się kolejny raz w samym centrum nieprawdopodobnej i zawsze zachwycającej metropolii. W Stambule jest po prostu wszystko; do Alanyi nie ma co nawet porównywać. Stambuł jest osobną kategorią, państwem w państwie. Za każdym razem kiedy tam jestem mam ochotę zostać na kilka tygodni i po prostu zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać. Zresztą jest co robić: poza ogromem zabytków (które, powiedzmy, z grubsza mam "odhaczone") w Stambule nieustannie coś się dzieje. A to imprezy sportowe (jak finałowy mecz UEFA), a to kulturalne (festiwale, przeglądy, koncerty), plus mnogość klubów, pubów, sklepów, muzeów i czego tylko dusza zapragnie, szczególnie w dzielnicy Beyoğlu ;)

Oczywiście wszyscy kochamy Stambuł, ale tylko dorywczo. Na co dzień nie wyobrażam sobie mieszkania w tym mieście. Bezustanne korki mogą każdego człowieka doprowadzić do szaleństwa. Jak sobie zaplanować dojazd do pracy czy szkoły, jeśli ciągle stoi się w korkach? Ścisk na ulicach powoduje ból głowy. Tłumy, setki, miliony ludzi idących w różnych kierunkach, potrącających, zaczepiających, przy okazji - wyglądających tak różnorodnie jak jest to tylko możliwe (wliczając w to obcokrajowców, których jest w Stambule bez liku).
Wróciłam do spokojnej, sennej Alanyi, gdzie są może 3 główne ulice. Gdzie można przejechać całe miasto bez stresu w pół godziny. Gdzie ludzie raczej się nie spieszą - wszyscy mają czas. Jest ciepło, pogoda na ogół się nie zmienia. Gdzie powietrze jest czystsze i pachnie morzem.
Niby tak. A jednak czytając książkę Orhana Pamuka "Stambuł" trafiłam na takie zdanie: "Życie nie może być aż tak straszne. W końcu zawsze można iść nad Bosfor". I kurczę, mówcie co chcecie - ale facet naprawdę trafił w sedno.


Plas Taksim. Dzikie tłumy 24 h na dobę, 365 dni w roku.


Zabytkowy tramwaj na Istiklal Caddesi z pasażerami na gapę - normalka.


Widok z Wieży Galata.


Widok z wieży jakąś godzinę poźniej. Po lewej przecudny meczet Suleymaniye.


Stambulskie mewy w rozmiarach średniego psa.


Kibice Werder Bremen przed Wielkim Finałem UEFA (który oczywiście spowodował wielkie korki).


Hotele na Taksimie oferują imponujący widok z okna. "Sea view" się nie umywa.


Taras widokowy w pałacu Topkapi (oblężonym przez kibiców piłkarskich i Japończyków w maskach chroniących przed świńską grypą)


Znów panorama, tym razem na most i wieżę Galata.

A teraz - co tu dużo gadać - do roboty. Pora rozpocząć sezon...

poniedziałek, maj 18, 2009

WZNAWIAMY NADAWANIE

Wiem, że nie piszę często, ale utrudnia mi to kilka okoliczności, m.in. brak czasu i niezwykle wolny internet w miejscu, w którym aktualnie mieszkam. Na szczęście już prawdopodobnie dziś przeprowadzam się do mieszkania pracowniczego, w którym spędzę cały sezon - i jeśli bogowie będą mi sprzyjać - tam internet będzie (a jeśli nie - no to w biurze).
A propos, co roku podczas pobytu w Turcji zmieniam miejsce zamieszkania zdecydowanie zbyt wiele razy. Zaczynam czuć się tym zmęczona - tym bardziej, że w Polsce też doświadczyłam sporo przeprowadzek. Dziś, pakując się kolejny raz, policzyłam sobie wszystkie po kolei sezony: w pierwszym roku mieszkałam w 5 miejscach, w drugim w 3, w trzecim w 4, a w czwartym aż w 6! Prognozy na ten rok są obiecujące: mam nadzieję, że skończy się tylko na dwóch mieszkaniach. Znając życie, boję się, że to byłoby zbyt piękne... Dlaczego tak jest? Cóż, rezydent z natury rzeczy osobą elastyczną i mobilną być musi. W większości biur rezydentem "rzuca się" w różne miejsca, gdzie akurat jest dogodnie - i taniej dla organizatora, czyli lokalnego kontrahenta biura podróży: a to w hotelu razem w turystami, a to w małym apart hoteliku gdzieś na obrzeżach miasta, a to w wielkim mieszkaniu, a to w pracowniczym internacie i tak dalej. Warunki bywają również skrajne. Oczywiście można by wynająć sobie własne, całkowicie niezależne i prywatne lokum, ale wiąże się to z dodatkowymi kosztami (podczas gdy mieszkania firmowe są bezpłatne).
Chyba pora na stabilizację, bo zdecydowanie odczuwam już brak własnego kąta, i chciałabym się wreszcie gdzieś zadomowić... Cóż, na to też potrzebne są pieniądze. Co prawda w Turcji mieszkania kosztują o wiele mniej niż w Polsce, a są większe i ładniejsze, ale... i tak za drogo :)

Przechodzimy do skrótu pozostałych wiadomości:

1. Pogoda w Alanyi jest już piękna i zachęcająca do wypoczynku. Nie za gorąco, nie za zimno - nawet wieczorem można już chodzić w krótkim rękawku. Wczoraj po raz pierwszy zanurzyłam się w morzu - pierwsze wrażenie było obezwładniające, ale potem zrobiło się przyjemnie. Zresztą nawet jeśli mi jest za zimno, to większości nie przeszkadza - na plażach zrobiło się naprawdę tłoczno.

2. Z wielką przyjemnością gościłam w ostatnich dniach zaprzyjaźnioną blogerkę ze Stambułu . Znudzona małomiasteczkowym klimatem Alanyi zawsze, gdy odwiedza mnie ktoś znajomy zaczynam na nowo odkrywać zalety tego miejsca. Faktycznie, Stambuł a Alanya to dwa kompletnie odmienne światy. Po rozmaitych rozmowach i dyskusjach dociera znów do mnie, że należy cieszyć się alanijskim błękitnym niebem, czystą wodą w kranie, spokojną atmosferą na ulicach, życzliwością ludzi, bezpieczeństwem wieczorem i w nocy. No i tym, że miasto można przejechać w godzinę; a wszędzie jest blisko. Nie - zdecydowanie nie jest źle ;)

3. Do Stambułu zresztą wybieram się jutro na krótki wypad - ale to już powody służbowe, a nie prywatno-wakacyjne (nadrobię mam nadzieję po sezonie).

4. Oglądaliście Eurowizję? Jak już tradycja każe, mimo braku uczestnictwa w finale polskich reprezentantów, jak zwykle zebraliśmy się w grono kilku osób i udaliśmy do miasta oglądać konkurs. Właściwie "oglądałyśmy", gdyż były wyłącznie panie. Stwierdzam wobec tego, że Eurowizja stanowi (przynajmniej tutaj) żeński odpowiednik meczy piłki nożnej. W centrum Alanyi (już zatłoczonej, hałaśliwej i międzynarodowej - niewątpliwie sezon się rozpoczął), w restauracjach i knajpach siedziały w skupieniu grupy kibiców. Występ tureckiej piosenkarki Hadise spowodował dziki wybuch entuzjazmu - wszyscy jednogłośnie stwierdzili, że Turcja jak zwykle spisała się doskonale, realizując miły dla oka i ucha wyrazisty show. O innych wykonawcach nie piszę, gdyż rozpłynęli się i zniknęli po chwili od wysłuchania, ich piosenki ciężko było powtórzyć i zapamiętać. No, może poza Estonią i Norwegią. Zwycięstwo tych drugich było w pełni zasłużone - a "tatli cocuk" (słodki chłopak) ze skrzypcami ujął za serca większość kibiców (i siedzących przy moim stole kibicek).
Dziś rano w dolmuszu uaktywniły się już dzwonki w telefonach komórkowych z przebojem Hadise.

5. Pracy jeszcze nie mam za wiele, a w głowie kłębią się rozmaite (dzikie) pomysły. Mam nadzieję, że i Czytelnicy już wkrótce zostaną zarzuceni smakowitymi i zapierającymi dech w piersiach notkami i zdjęciami. Ale potrzeba mi na to jeszcze trochę skupienia i czasu.

Hadi optüm Size (całusy dla Was)

wtorek, maj 12, 2009

ALANYA NEWS kulinarnie

Myślę, że spokojnie tematem dzisiejszego dnia może być fakt, iż upiekłam wczoraj BÖREK ZE SZPINAKIEM.
Jest to typowo turecka potrawa, której podstawą są warstwy cieniutkiego ciasta yufka (do kupienia w tutejszych sklepach). Pomiędzy nie wkłada się farsz ze szpinaku czy słonego sera, i zapieka w piekarniku. Börek występuje także w innej postaci - np. sigara böreğı - który przypomina papierosa, stąd nazwa. Ciasto zwinięte w rulonik smaży się na patelni, a do środka wkłada ser, czy plasterki kiełbasy/wędliny.
Börek udany jest prawdziwym przysmakiem i doskonale komponuje się z turecką herbatką i pogadankami w lokalnym języku.

Wszystkich, którzy znają moją dotychczasową ignorancję w temacie kulinariów, muszą się poczuć wstrząśnięci - a to dopiero początek. Z zapałem typowym dla świeżo nawróconych przeczesuję internet w poszukiwaniu nowych, fascynujących przepisów kuchni tureckiej (i oczywiście nie tylko). Moja lodówka odnotowała niespotykane jak dotąd zapełnienie warzywami i owocami z pobliskiego bazaru.

A co do börka - cóż, uznaję go za zjadliwy, na co dowodem jest, że nadal piszę te słowa. Aby przełamać lęk przed krytyką ośmielam się opublikować zdjęcie napoczętego börka.


Napoczęty borek pozdrawia z Turcji.

Niniejszym uznaję sezon Polska Kura Domowa w Turcji - 2009 - za otwarty.