wtorek, 31 stycznia 2012

UWAGA, SKYLAR SIE OTWIERA.

Szykowałam się od początku roku a może i nawet jeszcze dłużej do napisania notki osobistej. Co prawda osoby czytające bloga od dawna mogą stwierdzić, że u mnie co druga notka jest osobista, bo w końcu piszę w pierwszej osobie, zamiast o poważnych sprawach takich jak turecka polityka, społeczne zagadnienia, tematy tabu, i tak dalej. Znacie mnie już, przynajmniej tak Wam się wydaje ;) i wiecie, że po prostu stronię od takich zagadnień, bo jako kulturoznawca z papierkiem wolę pozostać "z boku", nie angażować się za bardzo - a przecież każda moja interpretacja jakiejś sprawy będzie angażowaniem się. A wolałabym opisywać życie codzienne i obyczaje, takie drobiazgi, bo one zawsze wydają mi się najbardziej ekscytujące.
No, ale do rzeczy.

Przy okazji ostatniej notki kiedy zapowiedziałam trochę zmian na blogu, dostałam także kilka maili i komentarzy z prośbą, aby nie zmieniało się za bardzo - to jest, aby zostały moje ironiczne opisy tureckiej rzeczywistości - OK, zostaną. Ale i tu zaczyna się problem :)

Ten blog musi ewoluować, bo ja sama się zmieniam i zupełnie inaczej postrzegam świat wokół. Niektórzy czytelnicy ewoluują pewnie też w swoim własnym tempie, co czasami zauważam, w końcu niektórych też znam osobiście.

Z osoby, która zupełnie z przypadku trafiła do Turcji, "zwariowała" na jej punkcie, potem przeżyła okres buntu, potem zdecydowała że tu zamieszka (nadal będąc w fazie fascynacji), zostałam osobą z bardzo pogmatwanym stosunkiem do tego kraju. Jednocześnie go lubię, czuję się tu jak w domu, jednocześnie go nie lubiąc, złoszcząc się na wiele codziennych spraw, wobec których jako cudzoziemka jestem bezradna - mogę tylko próbować zaakceptować lub zignorować. Do tego jeszcze moja nieustanna chęć rozumienia wszystkiego - można zwariować.

Piszę to wszystko dlatego, by dać się poznać od innej strony. Mimo, że mi miło, to peszą mnie maile pochwalne i peany na moją cześć, tak jakbym dokonała nie wiadomo czego i była nie wiadomo jakim wzorem dla młodych dziewcząt zakochanych w Turcji i/lub Turku. Nie zasługuję na nie - to raz. Dwa, że moja droga do Turcji wyglądała zupelnie inaczej i jest efektem zupełnie innych działań.
Nigdy nie planowałam mieszkać za granicą, a tym bardziej w Turcji. Jadąc tu pierwszy raz, byłam kompletnie zielona - i dziś ze wstydem się do tego przyznaję. Pierwsze dwa sezony pracowałam będąc kompletnie zauroczona krajem, bajdurząc o nim bzdury, nie będąc zdolna do jakiejkolwiek krytyki. Potem krytyka była aż za ostra (na blogu się wtedy stopowałam, ale to było widać), a przyczyniło się do tego zrzucenie klapek z oczu, przygody w pracy i zakończenie nieudanego związku z tradycyjnym tureckim macho-manem. Obraziłam się wtedy na ten kraj i na własną głupotę i nie chciałam tu więcej przyjeżdżać. No ale, jak to bywa, życie wycięło mi niezły numer i postawiło na drodze kogoś innego, kto wszystkie moje dotychczasowe teorie wywrócił do góry nogami. Wybór życia w Turcji był potem już rozsądną kalkulacją, a nie romantycznym porywem serca. Wiedziałam mniej więcej, na co się decyduję, a i tak do dziś przeżywam miłe zaskoczenia, będąc z natury pesymistką (czy też realistką, jak wolicie). I tak nie wiedzieć kiedy minęły prawie cztery lata, a ja nadal ostrożnie, krok po kroczku, wchodzę w życie tutaj.

Być może pisząc te słowa chcę się trochę wytłumaczyć? Uparcie nie chcę dać się zaszufladkować. Zauważyłam jednak, że i tak niektórzy do danych szufladek mnie wrzucają. A to jako "dziewczynę Turka", a to jako "dziewczynę Turka, która z nim pracuje" (pewnie żeby być pod jego kontrolą!), a to jako "Skylar, która krytykuje wakacyjne związki" i tak dalej.
Przechodząc do reala, znów mamy stereotypy i szufladki. Każdy tworzy sobie swoje własne, by jakoś poukładać to polsko-tureckie życie. Mamy więc na forach internetowych i w prawdziwym życiu nieustającą walkę. W zależności od środowiska są więc 'zawody' na to, która ma lepszego męża, która ma fajniejsze dzieci, której mąż bardziej pomaga w domu, a w końcu która jest bardziej niezależna i nowoczesna. Wyścig niedowartościowanych, zakompleksionych kobiet (na ogół niestety - Polek), które zamiast żyć własnym życiem, jakby to robiły w kraju w swoim własnym od lat znanym środowisku, próbują stworzyć sobie - tymi dziwnymi sposobami - własne za granicą. Z tego wszystkiego można stracić głowę, ja sama w którymś momencie ją straciłam, kiedy to ze mną niektórzy przestali się kontaktować, biorąc mnie za kogoś, kim nie jestem.

Wszystko to doprowadziło mnie do przemyślenia i przewartościowania wielu spraw. Cóż, jeśli ktoś z Was pisanie o tym w tak nieuporządkowanej spontanicznej formie na poczytnym blogu nazwie przegięciem, to jego sprawa. Nie musicie tego czytać (właściwie trzeba było to napisać na początku) ;)

Wniosek mój do oryginalnych nie należy: każdy sam kształtuje swój los. Każdy sam dostaje to, na co zapracował (czy też: 'zasłużył'). Obserwując z oddalenia przygody rozmaitych zachwyconych Turcją osób, dochodzę do wniosku, że... należy zawsze używać rozumu :) Banalne? Może. Tak łatwo dajemy się oczarować palmom, szumowi morza albo, dla odmiany, pięknu stambulskiej metropolii, no i czarnym wilgotnym oczom 'kochającego' mężczyzny. Tak łatwo sami sobie wmawiamy, że nasze życie od teraz będzie łatwiejsze, piękniejsze, inne. Że złapaliśmy Boga za nogi. Że Turcja to raj na ziemi, a Polska jest be.

A potem... buch! Mniej lub bardziej bolesny upadek wprost na ziemię.


Po tym całym tłumaczeniu mam następujące wiadomości dla wszystkich Czytelników, i mam nadzieję, że zostanę dobrze zrozumiana:

1. Nie jestem już szaleńczo zakochana w Turcji, dlatego nie jestem w stanie poradzić Wam czegoś, z czego będziecie zadowoleni. Mój stosunek do kraju przypomina dojrzały związek, w którym oprócz intuicji dużą rolę gra także rozum. Dlatego moje porady albo posty na blogu mogą się Wam po prostu nie spodobać - bo nie będą pokazywać zawsze kraju takiego, jakim być może chcielibyście go widzieć - za co z góry przepraszam.

2. Nie każdy nadaje się do związku międzykulturowego. Zarówno wśród Polaków, Turków, Francuzów, Amerykanów czy kogokolwiek jeszcze. Nie mówiąc o tym, że nie każdy nadaje się do tego, żeby w codziennym życiu komunikować się w innym języku niż ojczysty (mam wrażenie że mało osób myśli o ograniczeniach językowych, i wcale nie chodzi tu o znajomość języka).
Jeśli związek miałby być naczelnym powódem zmiany Waszego życia, to musi to być naprawdę wielka miłość i wielki spontan. W obie strony. A w takich przypadkach raczej więcej się robi niż gada.

3. No właśnie. Jak ktoś ma coś robić, to będzie robić, a nie gadać. Warto o tym pamiętać bo idealnie pasuje do Turków (także).

4. Tak, ja też jestem nadal w związku z Turkiem ('Król Pomarańczy'). Udanym. Od samego prawie początku mieszkamy razem i nie wyobrażam sobie związku na odległość, dlatego nie jestem w stanie nic radzić w takich kwestiach. Nie chcę też o nim tu pisać, bo wolę swoje prawdziwe życie zachować dla siebie. To, czy mój facet jest nowoczesny czy tradycyjny nie ma żadnego znaczenia (właściwie sama nie wiem, czy jest taki, czy taki, czy może jednocześnie i taki i taki). Dla mnie jest ważne, że nie musiałam z niczego rezygnować i niczego poświęcać. Że zamiast się zwijać rozwijam się. I gadajcie sobie co chcecie ;)

5. Wiem (!!!), że niektórzy czasami biorą mnie za przykład - że w końcu także i Skylar ma faceta, a więc musiała kiedyś też "zaszaleć", nawet jeśli to teraz krytykuje. I w ten sposób tłumaczą swoje wyskoki z czarnookimi przystojniaczkami z baru. Nie jestem przeciwko "kurortowym" czy jakimkolwiek innym mieszanym związkom, tylko przeciwko głupocie, naiwności, i braku racjonalnego podejścia do życia oraz odrobiny samokrytyki.

6. I na koniec: szukam w swojej okolicy normalnych ludzi. Znam już parę osób, ale wciąż mam niedosyt. Takich, którzy nie próbują sobie leczyć kompleksów posiadaniem tureckiego boyfrienda, tylko po prostu żyją, i patrzą co życie przyniesie. Takich, co nie muszą się lansować na kurortowym deptaku albo przeciwnie, krytykować wszystkich na internetowym forum za ich styl życia. Takich, co nie uznają pozowania i grania, tylko po prostu są sobą, niezaleznie od tego, czy są właśnie na terytorium Polski, Turcji, czy może Republiki Południowej Afryki.

Amen.

44 komentarze:

AsiaB pisze...

Ładnie napisane :) Ja nikogo nie lubię oceniać, szczególnie kiedy nie znam tej osoby, nie uważam, że poprzez czytanie czyjegoś bloga można go naprawdę poznać. Cieszę się, że miałam okazję Cię poznać, potem wymienić kilka maili i zareklamować Twoje biuro wśród znajomych. Jeżeli zaś chodzi o związki to uważam, że każdy ma swój rozum i każdy wie co dla niego dobre.. a jeżeli nie, to cóż - uczy się na błędach. Ja chętnie poznam Turcję taką jaka jest i będę czytała nadal Twoje posty nawet jeżeli będą negatywne :). Po przyjeździe z Turcji zgłębiłam trochę wiedzy z książek i z internetu i również mam zarówno pozytywne jak i negatywne odczucia. Musimy się przyzwyczaić, że wszystko ma plusy i minusy.
Pozdrawiam!

Anonimowy pisze...

zgadzam się z tym co tu napisałaś, czytam Twojego bloga już od dawna, z niczym nie przesadzasz i niczego nie koloryzujesz moim zdaniem, życie zarówno w Polce jak i w Turcji nie jest ani lepsze ani gorsze, to zależy tylko od tego JAK się żyje. ja też jestem w związku z Turkiem i też bywają problemy tak samo jak i w związkach polsko - polskich, to nieuniknione, w końcu każdy z nas jest indywidualnością. pozdrawiam Cię serdecznie, pisz dalej tak jak czujesz a komu będzie się to podobać to i tak to przeczyta, tak jak ja :)

Anonimowy pisze...

A ja lubię Twój blog właśnie za to , że nie jest peanem na cześć Turcji i życia w niej, za to że pokazuje słodko-gorzką prawdę. Ja sama cierpię na chorobę zwaną "Stambul" i jestem fanką Turcji i też przeżyłam całą gamę uczuć do tego kraju (od fascynacji po niechęć). Teraz jestem pośrodku i tak mi dobrze. Ja osobiście jestem Ci wdzięczna za ten blog ( i książkę), bo pokazują , że Turcy to normalni ludzie , a nie "kebaby", "brudasy" itd, że nie porywają Europejek do burdeli, nie sprzedają do haremów, nie przykuwają do kaloryferów po ślubie. Ten blog łamie stereotypy i może dzięki niemu jakiś ksenofob się otworzy na świat i zmieni swoje poglądy. A co do Twojej niechęci do kurortowych związków to w 100% się zgadzam. I po prostu mi wstyd za te głupie dziewczyny i psucie reputacji wszystkim porządnym Polkom.
Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy.
Asia
Ps
Nie wiem czy to dobry pomysł i miejsce ale może znajdzie się miejsce na Twoim blogu na opisanie doświadczeń innych Polaków z Turcją, z Turkami , może dziewczyny , które były w związkach z Turkami (i w tych szczęśliwych ,i w tych bez happy endu) podzieliłyby się swoimi doświadczeniami, może Polacy chcieliby napisać o swoich wakacyjnych przygodach w Turcji, o tym co ich zaskoczyło itd.
Może uzbierałby się materiał na drugą książkę?;)

skylar pisze...

O ludzie, a więc naprawdę istniejecie! :)

Do Asi: taki pomysł też mam i chodzi mi po głowie ale "bycie Skylar" trochę utrudnia sprawę. Na pewno chcę o tym pomyśleć poważnie, dzięki Twojemu komentarzowi sobie o tym przypomniałam ;)

skylar pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
masi77 pisze...

Uff jak dobrze, że nie szukam żadnego boyfrienda z Turcji :):):), bo pewnie bym musiał przestać czytać Twojego bloga:)
Kendine iyi bak :) z zimnego Wrocławia

Anonimowy pisze...

Brawo Pani Agato...tak trzymać....nie rezygnować z marzeń i pragnień...cieszyć się życiem...Z przyjemnością czytam Pani blog!!

pola pisze...

wlasnie dlatego wciąż tu wracam - za prawde, za codziennosc, za relacje z frontu ;) a przede wszystkim za "zyciowe" podejscie do sprawy!!

Anonimowy pisze...

dlatego twój blog jest taki interesujący, ponieważ nie koloryzujesz, ale ukazujesz blaski i cienie życia w Turcji i relacji z ludźmi - czyli tzw. codzienność i to jest dla mnie najciekawsze. Tak trzymaj Skylar

Anonimowy pisze...

Mi sie ten blog podoba...zawsze mozna sie dowiedziec co tam slychac w mojej ukochanej Alany(ukochana zaraz po Stambule).
Piszesz,ze sie zmieniasz a z tym i Twoje podejscie do wielu spraw...to chyba normalne bo wszyscy sie zmieniamy...
Zaczelam czytac tego bloga przed moim pierwszym wyjazdem do Alanyi i w notki z czasow fascynacji Turcja bardzo mnie wqrzaly...czasami bylo czuc ze w Turcji wszystko jest cacy w Polsce be...i to razilo.Jak pozniej czytalam ,jak juz wiemy w okresie Twojego buntu,ze w Turcji jest be...to myslalam po cholere ona tam siedzi?Zle Ci to wracaj do domu i nie marudz...I dopiero ten okres rownowagi najbardziej mi sie podoba...nic nie jest ani czarne ani biale...takie jak w zyciu.I za to cenie tego bloga i Ciebie.
A odnosnie tureckich boyfriendow:Ja pojechalam do Turcji ze swoim facetem i od razu sie zakochalam...w Turcji jako kraju i ich kulturze...On na szczescie tez:)O dziwo, bo jadac tam pierwszy raz byl b.sceptycznie nastawiony i robil to raczej dla mnie.A teraz mamy wspolna milosc Turcje..mozna wiec kochac turcje nie Turka:)

Agnieszka pisze...

Od siebie tez dodam jedynie Amen! bo wszystko inne zostalo juz powiedziane :)

Zofia pisze...

Agata! Świetna notka. Myślę, że wielu osobom może otworzyć oczy, bo w Turcji bardzo łatwo się zakochać i podchodzić do tego kraju bezkrytycznie. A już jak w grę wchodzi związek polsko-turecki... Klapki na oczy i zmieniamy życie o 180 stopni. Ja sama mam love-hate relationship ze Stambułem jak to nazywam, przeżyłam okres zauroczenia i głupoty niestety, ale chyba przejżałam na oczy i teraz podchodze do Turcji z rozumem. I nadal ją kocham. A Stambuł... muszę tam niedługo wrócić :) Powodzenia Ci życzę, pisz tak jak piszesz, czytlenicy (w tym ja :)) Cię uwielbiają, i świetne jest to, że będąc w Polsce , mamy odrobinkę Turcji od Ciebie w Twoich opowieściach :)

Anonimowy pisze...

90 % Polaków kocha Turcję ale Turcję hotelową tą z obrazków.
W każdym kraju coś jest lepsze a coś gorsze. Ja też jestem zafascynowana Turcją ale co Ja o niej mogę powiedzieć złego? Byłam tam na wakacjach gdzie nie miałam problemów, była pogoda, jedzenie podane na tacy ludzie uśmiechnięci bo to ich praca.
Ty tak naprawdę przekazujesz Nam to czego my nie widzimy i nie będziemy widzieć będąc na 2 tygodniowym wypoczynku.
Ja z miłą chęcią czytam Twojego bloga bo poznaje ten kraj z innej strony i za to Ci wielkie dzięki :)
Pozdrawiam
Justyna

fotoala pisze...

Skylar, lubie Twoja pisanine :) bo sie swietnie czyta to co piszesz, niezaleznie od tego o czym piszesz. Masz swietne poczucie humoru. Zgadzam sie w 100 procentach, ze trzeba umiec byc soba, tak po prostu. Ja tez jestem w zwiazku z Turkiem, ale bardzo zeszwedzonym. :) Tez wiele osob mi mowi nadal, ze zlapalam Pana Boga za nogi. Nie wiem czy chcialabym kiedykolwiek zrozumiec to myslenie, a w zasadzie bezpodstawna zazdrosc o cos czego te osoby nie sprobowaly. Bo aby zazdroscic i gadac bzdury to trzeba miec jakies nikle pojecie o tym. Tez mam problemy zyciowe te mniejsze i te wieksze, podobnie jak kazdy z nas.
Tak wiec mi to rybka o czym piszesz, fajnie, jesli bedziesz kontynuowac, bo ja wtedy bede miala chwile odpoczynku od ciezkiej bardzo pracy. Amen. :)
Pozdrawiam z upalnej Szwecji.

Anonimowy pisze...

A pisz sobie Kochana jak lubisz i jak chcesz! Masz dobrą ręke do tego pisania więc na pewno bedzie się dobrze czytać jak zawsze! Ja np. jestem wdzięczna za pewne ironiczne uwagi o relacjach damsko-męskich na riwierze:)bardzo subtelne zresztą. Pewne rzeczy wierzcie lub nie ale wynikają z prostolinijności bardziej i pewnej wiary w drugiego człowieka (czytaj- męzczyzne)niż z jakiegoś wyuzdania. Ludzie są różni.Różne pobudki nimi kierują. Mi Turcja i turecki boyfrend pomogła w walce z depresją np. I choc moja historia miłosna jest bez happy endu to zawsze do Turcji chętnie pojade i chętnie będe o niej czytać. Mało tego, ponieważ oprócz pięknej przyrody najbardziej kocham muzyke znalazłam sobie 2 Tureckich idoli- Cem Adrian i Hayko Cepkin (o którym jak pamiętam napisałaś, że jest dziwny :))i zamierzam kiedyś pojechac na ich koncerty.
Pozdrawiam serdecznie!
Ania

moniqe pisze...

Pani Agato od początku czytam Pani blog i wywołał on u mnie i radość i refleksje i złość ale przede wszystkim zainteresował mnie tym wspaniałym krajem. Pani przeżycia,oceny są bardzo interesujące. Proszę się nie martwić ocenami ludzi co do Pani związku i życia. Ważne by Pani była szczęśliwa i sama z sobą w zgodzie. Szczęście jest tak ulotne że warto je chwytać bez względu na kraj,język czy ludzi. Pozdrawiam z rodzinnego Poznania.(byłam na spotkaniu z przyjaciółką, foto)
Monika

Anonimowy pisze...

Czytam Pani blog, teraz już rzadziej, bo sama Turcję dośc dobrze poznałam, dzięki " życzliwym" z Alanyi odbyło sie to w przyspieszonym tempie. Z wszystkimi chyba uwagami moge sie zgodzić. Dla mnie istotne sa fazy poznawania tego kraju, które Pani opisała,gdyż podobnie po okresie fascynacji i głupich decyzji popadłam w pełną niechęć i negację. Dobrym lekarstwem okazała się czasowa izolacja od Alanyi, poznanie innych części Turcji, innych, nie - alanijskich ludzi. Mam nadzieję, że uda mi sie w czasie osiągnąc także dojrzały, nieemocjonalny stosunek do tego kraju i podjąc właściwe decyzje. Niezależnie od naszych stanów uczuciowych, zauroczeń, miłości, złych i dobrych rzeczy bardzo ważne jest nabranie dystansu i spojrzenie na ten kraj jako inny po prostu, ale nie lepszy lub gorszy od Polski.Wówczas może jest szansa na normalne tam życie.

Anonimowy pisze...

Witam serdecznie
Kocham Turcje i lubie ludzi którzy tam mieszkają są tacy jak my mają wady i zalety ,ten blog daje nam wiele informacji na temat kraju których faktycznie nie widzimy będąc tylko na wakacjach, jeśli chodzi o związki no cóz niech kazdy robi co uwaza dla siebie dobre , nie oceniam nikogo , dziękuję za blo i do zobaczenia w kwietniu w Alanyi :) Kasia

Justine-abroad pisze...

Alleluje! I tak własnie trzymać. W wielu kwestiach zgodziłabym się z Tobą (niektóre znam z autopsji) i bardzo podoba mi się Twój stosunek do życia za granicą. Jest po prostu... normalny. Mam nadzieję, że sama nie zwariuję od emigracji.

Trzymam kciuki i pozdrawiam
Justyna

Anonimowy pisze...

Pisz jak chcesz i co chcesz, kto się w tym odnajdzie będzie to jego, a kto nie - to już jego sprawa ;p Mnie się podoba blog z każdej fazy - fascynacji, szoku, no i teraz. Trochę żałuje, że późno go odkryłam (po napisaniu pracy magisterskiej - o szoku kulturowym) bo twoje notki idealnie wpasowują się w to zjawisko.

Pozdrawiam :)

Aga

Anonimowy pisze...

zmiany są nieuniknione..we wszytkim, a kto tego nie rozumie zatrzymał się na 'jakims' etapie, nie rozwija się. od siebie mogę powiedziać tylko tyle, że dziękuję za całokształt, za realizm i dojrzałość. pozdr. M z GDA.

Anonimowy pisze...

Poczułam się trochę rozczarowana tym postem,z zapartym tchem czytałam notatkę do ostatnich wersów mając gdzieś z tyłu głowy myśl-no zaraz nastąpi Super-News,Skylar wychodzi za mąż,lub spodziewa się dzidziusia :)A tu nic nowego,jedynie zebrane wcześniejsze przemyślenia i wnioski:)
To tak pół żartem-pół serio :)

skylar pisze...

Ha, ha, ha, takich 'super newsów' się nawet po mnie nie spodziewaj ;) Kompletnie nie mój klimat :)))

Anonimowy pisze...

Chyba nie wpiszę się w klimat wychwalania autorki i oklasków za ostatni post. Bo od jakiegoś już czasu trudno mi oprzeć się wrażeniu, że autorka zaczyna patrzeć (i pisać)"z góry". Mądrzejsza o doświadczenia, udowadnia coś głupszym (zakochanym panienkom, zauroczonym w wakacyjnym klimacie urlopowiczom itp). Trudno również oprzeć się ostatnio wrażeniu, że źle znosi krytykę. Może to syndrom "autorki książki".
Czytałam z zainteresowaniem posty pisane na świeżości. Teraz czuję chyba znużenie autorki krajem, blogiem, wymagającym czytelnikiem...? I czytam raczej z przyzwyczajenia.

P.S. Drażnią błędy ortograficzne i gramatyczne

Anonimowy pisze...

Zgadzam się co do odczuwalnego w zapiskach znużenia ( krajem,czytelnikiem, pracą?), błedów i nieodpornością na krytykę. Smieszą mnie też przyjaciółeczki jak stadko wróbli reagujące przesadnym zachwytem na każde słowo "objawione". Jednak notatka ma kontekst osobisty, który dobrze rozumieją osoby znające polskie środowisko w Alanii. Zawiść, plotkarstwo, kłamstwa , wywyższanie się i brak życzliwości, a nawet zwykłej ogłady, nie wspomnę o bardzo częstym niechlujnym wyglądzie to niestety najbardziej widoczne cechy tego środowiska. Przodują w tym osoby, które mieszkają w Alanii najdłużej - wieczne narzeczone i "żony" kolejnych mężów. Może szkoda, że Skylar nie napisała wprost - jeśli poznałaś chłopaka/ faceta w Alanii, to się strzeż, bo Alania przyciąga najbardziej wynaturzonych ludzi z całej Turcji, którzy widzą w przyjezdnych tylko obiekt do wykorzystania. Jeśli mimo to trafiłaś na uczciwego człowieka, jeśli ma wam sie udać, to raczej poza Alanią, bo tu w razie czego nawet rodaczki ci nie pomogą. Amen.

skylar pisze...

Drogi Anonimowy Wpisie, dobrze zrozumiałeś moje znużenie - tak, znużenie wszystkim. Nie jest trudno pisać OD LAT regularnie na blogu o swojej fascynacji krajem, łatwiej byłoby pisać "po prostu" o tym, co mi się przydarza w życiu, ale nie, nie czytelnicy nie odpuszczają, oni chcą czytać wyraźną fascynację Turcją. Dobrze rozumiesz, że takim swego rodzaju "musem" jestem znużona, stąd ta notka. Samej czasami naprawdę tego bloga mi się pisać nie chce, ale nie przesadzę, jeśli napiszę, że zmienił moje życie. Dlatego jestem do niego przywiązana i dlatego wiem, że jest po co się mobilizować.
TAK, nie jestem odporna na krytykę, jak chyba wielu piszących ludzi - jestem po prostu osobą wrażliwą i wszystkim się przejmuję.
TAK, patrzę z góry na głupie panienki ale i patrzyłam od początku mojego pobytu tutaj, tylko teraz już się z tym nie kryję, bo właściwie po co?
Skończyłam 31 lat, może dlatego przyszła już pora na to, by przestać się z niektórymi certolić i zacząć żyć i zachowywać tak, jak się zawsze chciało? Niniejszym to robię. Możesz to nazywać zadzieraniem nosa, ale w sumie zawsze miałam do tego tendencję i zadzieram nosa również we własnym prywatnym życiu :)

Czasem mam wrażenie że od autora ulubionego bloga (ogólnie, siedzę w blogach od ponad 10 lat i śledzę też innych) wymaga się żeby był niemalże idealny. A przecież jestem człowiekiem takim jak Ty, fakt wydania książki naprawdę niczego nie zmienił, nie zarabiam kokosów, w domu chodzę w rozciągniętych dresach i borykam się z pryszczem na policzku i to jest mój temat dnia numer jeden!
Podejdź do tego bardziej wyrozumiale, podobnie jak do błędów gramatycznych - albo mi je wskaż, żebym mogła poprawić, albo machnij ręką i nie czytaj.
W każdym razie zrób coś - bo najgorzej jest jak piszesz zaangażowany komentarz jako Anonim, że coś cię drażni, i nic nie robisz.

skylar pisze...

A co do Alanyi ja nie oceniałabym tak ostro, znam parę naprawdę wartościowych osób. Poza tym piszesz o "pomocy" gdyby co - z pomocą lepiej się zwracać nie do grupy, tylko indywidualnie. Ja sama nie traktuję tych ludzi jako ewentualną pomoc czy wsparcie, każdy powinien wg mnie liczyć tylko na siebie. Czasem po prostu brakuje mi wesołej ekipy na piwo; tu nie ma z kim, i tyle. To jest najsmutniejsze i bardzo specyficzne w Alanyi.

Anonimowy pisze...

Może rzeczywiście zabrakło mi wyrozumiałości, ale moja ocena nie jest po prostu... subiektywna. Jeśli zbyt ostra (choć nie wydaje mi się), to dlatego, że wiele wcześniejszych wpisów dość wysoko zawiesiło poprzeczkę autorce. Potem pojawiło się - u mnie, jako czytelnika - lekkie rozczarowanie.
Jeśli chodzi o wskazywanie błędów... Zwróciłam na to uwagę, bo jestem wymagająca, jeśli chodzi o używanie języka polskiego. Zwłaszcza od autorów (książek, blogów, komentarzy).
Jeśli zaś chodzi o moją anonimowość; nie mam zamiaru być "internetowym napinaczem". Komentarz był moim wkładem do dyskusji; czy jeśli przedstawię się z imienia, podam miasto, zawód jaki wykonuję, to coś pomoże?
Pozdrawiam i życzę twórczej weny. Sama żyję z pisania i wiem, że ze znużeniem można walczyć.

skylar pisze...

Dzięki za odpowiedź, nie nie wydaje mi się, że Twój komentarz był za ostry, mi też brakowało innej opinii niż te ciągłe "ochy" i "achy", tym bardziej, że mam świadomość, że np. piszę spontanicznie i nie zawsze sprawdzam pod kątem błędów to co napisałam (bardziej lubię blogować pod wpływem emocji niż przygotowywać gotowe "artykuły"). Aha, no i mimo to wskazuj mi błędy, nawet mailem, bo jeśli jest ich aż tak dużo, że to razi - to muszę nad tematem popracować.
A co do anonimów - mi się źle dyskutuje z kimś, kogo nie mogę w żaden sposób umieścić w "cyberprzestrzeni". Nie mam żadnego argumentu na swoją korzyść, po prostu nie podoba mi się ta nierównowaga: ja otwieram się przed wszystkimi, a potem ktoś pisze coś na mój temat tak, jakby mnie znał a ja nie wiem zupełnie kto to jest (obcy, znajomy...?). Ale zmienię to - po prostu można to ustawić w panelu bloga :)

Pozdrawiam koleżankę po "fachu", choć ja to raczej pismak amator i tak pewnie zostanie.

Anonimowy pisze...

Mój (ostatni?) głos w dyskusji. Sama nie nazwałabym autorki tego bloga "pismakiem-amatorem". I wcale nie z powodu wydania książki (gratuluję, to moja niespełniona ambicja). Rzadko zdarzają się osoby, które mają taką łatwość pisania, lekkie pióro. To też wyjątek w blogowej masie w sieci. A - wydaje mi się - że jestem w stanie obiektywnie ocenić warsztat, choćby z racji wykonywanego zawodu(stąd też może moje czepialstwo co do błędów, nawet tych pojedynczych).

Serdecznie pozdrawiam z nadzieją, że mój głos wniesie coś - wbrew pozorom - pozytywnego do jednego z moich ulubionych czytadeł w sieci.

Marta - dziennikarz prasowy - Polska centralna. (To tak, żeby było mniej anonimowo).

Anonimowy pisze...

Myślę,że piszesz prawdę i bardzo cenię Twój blog za to.

Anonimowy pisze...

wkurzasz mnie.

skylar pisze...

to nie czytaj ;)

Anonimowy pisze...

Skylar, ja absolutnie rozumiem Twoje znużenie, bo ileż można zachwycać się tym, co już nie zachwyca. A kolejne tabuny dziewczyn zakochanych w Turcji/Turku łakną nowych wiadomości.Ten blog jest potrzebny właśnie głównie dla takich osób. Jest żywy, dowcipny, może czasem jednostronny, ale takie prawo autora. Ja nie wiem, czy jest możliwe,żeby blog " żył" jeśli autor go porzuci.Bez sensu też pisać cos na siłę z niechęcią. Więc trzeba by zrobić tak, zeby blog żył, ale autorka też. Może zrobić cezurę - stary i nowy blog o tej samej nazwie, ale żebyś pisała to, o czym TY chcesz. To byłoby tak: część stara dla nowicjuszy, a nowa dla zaawansowanych. Ja bym już chętniej tę nową czytała. Co do Twojego pomysłu, żeby określać status: znajomy - nieznajony - to przy twojej działaności dość trudno - bo Ciebie zna dużo osób, ale Ty niekoniecznie i np kilka wymienionych maili, 1 wizyta w biurze - to już znajomy czy nie? Pytam, bo nie wiem, jak siebie określić ;) J.

Anonimowy pisze...

Nie da się ukryć,że blog ten był swego czasu wyższych lotów,da się wyczuć znużenie autorki i takie troszkę "zadzieranie (i tak już zadartego) noska" . Skylar, ale to w dużej części Twoja wina-sama przyzwyczaiłaś nas do postów "wysokiego lotu", a teraz... nie da się już czasem czytać tych "wypocin", piszesz tak trochę na "odczepnego", a przecież nie o to tu chodzi...Może warto ciut odpocząć,na chwilkę zawiesić pisanie? Nigdy nie odbierałam tego bloga jako autoterapii autorki,wręcz przeciwnie-odnosiłam wrażenie,że chcesz pomóc innym swoimi spostrzeżeniami i doświadczeniem. Osobiście czuję się urażona Twoim obecnym stylem pisania,dodam,że nie jestem i nigdy nie byłam panienką zakochaną w Turku, w tej kwestii podzielam zdanie większości Polaków,stereotypy uznając za prawdę:)
Czekając na lepsze czasy bloga,odwieszam na kołku jego czytanie...może kiedyś jeszcze tu wrócę,tego nie wykluczam:)

Serdecznie pozdrawiam,Anna z Wlkp

P.S. ż góry przepraszam za błędy (a na pewno jest ich w mojej wypowiedzi mnóstwo),cóż na swoje usprawiedliwienie mam tylko to,iż nie zajmuję się słowem pisanym ;)

Anonimowy pisze...

Droga Skylar,

Zawsze czytając Twój blog wyobrażałam sobie Ciebie siedzącą na tureckiej otomanie ze szklaneczką herbaty, spoglądającą na otaczającą turecką rzeczywistość z dystansem i humorem. Twoja tolerancja dla wszystkich i wszystkiego to dla mnie znak wewnętrznej siły. A tu dziś wchodzę na "Tur-tur-a" i doznaję zaskoczenia. Czytając "notatkę osobistą" zobaczyłam Cię stojącą na tych zimnych marmurach i szykującą się do... no właśnie, do czego? Do skopania ogródka? Do ostrzenia topora? A może do tańca wojennego? Przecież Ty nie musisz niczym potrząsać żeby uprzedzać, że coś zrobisz. Po prostu to robisz co uważasz i nic Cię nie zatrzyma, więc z całą pewnością coś Cię wyprowadziło z dotychczasowej równowagi i zmusiło do wojennego oflagowania.

Cieszę się, że zauważasz potrzebę zmian, one zawsze są na lepsze, chociaż nie zawsze na lepsze dla wszystkich. Niezależnie od tego w jakiej formie będziesz teraz do nas pisać nie zapomnij o różowych okularach i humorze, i wiedz, że dla mnie Twoje notatki to swoista forma urlopu.



Pozdrawiam znad cyfr i papierów

Klekocia

Anonimowy pisze...

Spelnienia imieninowych zyczen i marzen- wszystkiego najlepszego! ma.

Oj. pisze...

Skylar, powiedz proszę, czy przed Twoim pierwszym wyjazdem do Turcji (tym całkiem pierwszym) wszyscy dookoła mówili nie jedź, porwią cię, nie znasz kraju, ludzie są inni (zapewne kosmici), nie jedziesz i już?

skylar pisze...

Do Oj.: tak, mówili, ale nie traktowałam ich poważnie, ale zabronić nikt nie był mi w stanie, zresztą kto mnie zna wie, że jak sobie coś umyślę, to raczej ciężko mnie od tego odwieść. Także nikt nie zakazywał, tylko ostrzegał, a ja pojechałam i już.
A dlaczego pytasz?

Oj. pisze...

Bo mam bilet na czwartek do Stambułu, nie powiem że czekałam na ten wyjazd cztery miesiące, jako idealna forma uspokojenia się posesjowego i życiowego, a co najważniejsze uskpokojenia w formie Małego Księcia. Choć Mały Turecki Książę już obiecywał raz(może dwa, trzy) że przyjedzie do mnie, bez rezultatów póki co. Może wtedy nie było by problemów z powiadomieniem rodziców (wszak ja jeszcze małe 22letnie dziecko) o wyjeździe. Miał Mahomet przyjść do góry, nie przyszedł, a góra do Mahometa by przyleciała od razu, to znów są protesty. Czy Turcy często obiecują a potem zapominają?

RallyG pisze...

@Oj: Moja rodzina nadal powtarza, że Turcja jest 'beee' i przed moim pierwszym wyjazdem też snuli katastroficzne wizje z haremami i morderstwami w tle. Mimo, że mój O. wysłał mi skany swoich wszystkich dokumentów od prawa jazdy po dyplomy :)Podał adresy i namiary na swojego dowódce (jest pilotem). To wszystko i tak nie uspokoiło moich rodziców.
Nie mniej zalecałabym Ci i tak sporą ostrożność bo tak naprawdę nigdy nic nie wiadomo. I to nie ważne czy to Stambuł, Berlin czy Poznań:)
Jeśli chodzi o zapominanie o obietnicach to mi się wydaje, że to taki turecki styl. Z tego co osobiś cie zauważyłam to Turcy ( w każdym razie ci, których znam) uwielbiają planować, ustalać wszystko ale to jest dla nich bardziej takie marzenie, fantazjowanie i snucie wizji bynajmniej nie w złej intencji tylko ot tak. A, że potem nie wiele z tego wychodzi ;)
No to wtrąciłam swoje 3 grosze nie pytana :)

Monia pisze...

U mnie też było pełno ostrzeżeń i strachu ze strony rodziny. Znali go tylko z jednego spotkania z nim kiedy jeszcze był w Polsce. Po dwóch latach internetowego związku (on w tym czasie zbierał pieniądze na stały wyjazd do mnie,w tym dwa razy nie dali mu wizy, wypadek autokaru do Ankary w drodze do konsulatu i wiele innych przygód miłych i mniej miłych) w końcu poszłam do biura podróży z kasą z osiemnastki i kupiłam jeden z ostatnich czarterów w październiku. 18 lat to dopiero dziecko:)On do
Polski przyjechał rok temu. Teraz mieszkamy tutaj na stałe - czyli obietnice spełnił, trochę musiałam poczekac, nie było łatwo, ale opłaciło się. Jestem szczęśliwa, wszystko jest tak jak sobie wyobrażałam. Jest wciąż tak samo kochany i zakochany jak był na początku.:)

Pomidoresssss pisze...

Zaraz wyjdzie na to, że zrobimy z panelu komentarzy wymianę opinii na temat tureckich mężczyzn ;)
ja również jestem z facetem tej narodowości, mieszka w Istambule. Tak samo niewierzący, jak ja. Tak samo otwarty i szczery, jak ja :D Znamy się kilka lat, sprawdziliśmy się już w wieeeelu sytuacjach. W związku na odległość również się sprawdzamy zaskakująco dobrze. "Widzenia" w roku akademickim - co 6 tygodni :) wakacje - w całości razem. Nie znamy się ani z wakacji, ani z Internetu - a z wymiany międzynarodowej. Rodzina również wstydziła się. Woleli mówić ludziom, że jestem z "murzynem" niż z Turkiem. Ale gdy go poznali to nie było już odwrotu :) nikt z mojego otoczenia, rodziny nie chce mnie widzieć z nikim innym.
Są osoby, które po zobaczeniu "statusu związku z XX" - zwyzywały mnie od "typowych Poleczek, które lecą na obrzezanego penisa brudnego od sosu z kebaba"... tak. Na prawdę dostawałam takie wiadomości. Skala rasizmu, homofobii i strachu ludzi, młodych osób w Polsce mnie przeraża :)
i może dlatego tak strasznie kocham Istambuł ?
Obecnie kończę studia, zaczęłam drugie i ich ostatni rok realizować chce w Istambule :) także przygodo witaj.
tylko ja nie wiem... no. Mój, jak obiecuje to obietnicę spełnia. Jak planujemy to razem realizujemy. Jak robi remont w mieszkaniu, to pyta mnie o kolor w sypialni, bo to przecież Nasze, nie? :) więc ja nie wiem... przecież nie każdy Polak to pijak i złodziej prawda? :)

i zdecydowanie rozumiem Twój poziom znużenia droga Skylar. To, że odważnie zdecydowałaś się wyjechać z kraju również mi się podoba. Nigdy nie poznasz siebie, jeśli nie spróbujesz tego, co sobie zaplanowałaś, co sobie spontanicznie wymyśliłaś. Obecne znużenie przeżywam związane z miastem Kraków :) i nie kręci mnie już piękny rynek, Kazimierz a zapiekanki u Endziora absolutnie nie współgrają z moją dietą ;)

Po tym wpisie mam jeszcze większą ochotę na poznanie Ciebie :) nie wybierasz się może w lutym/ marcu do Istambułu? :)

skylar pisze...

Pomidoressss napisz do mnie @, a nuż będę w IST (wstępnie takie mam plany), a do tego czasu możemy się 'spisac' mailowo czy jakkolwiek ;)