niedziela, 26 kwietnia 2009

znów konkurs :)

Namówiona przez jedną z ulubionych Czytelniczek, startuję w konkursie blogowym ogłoszonym przez portal bobbyy.pl. Skusiłam się, gdyż głosowanie odbywa się przez internet (wystarczy podać adres e-mail), a nagrodą jest możliwość publikacji w czasopismach (np. Elle), co bardziej mnie przekonuje niż nagrody rzeczowe :)

Kliknijcie, by zagłosować:

konkurs

Pierwszy etap trwa do końca maja.
Zapraszam i z góry dziękuję za wsparcie!

ps. A wyjazd do Turcji coraz bliżej. Szczegóły i nowe emocjonujące posty już wkrótce :)

wtorek, 14 kwietnia 2009

DZIAŁALNOŚĆ POBOCZNA

Jak kochani Czytelnicy się zapewne domyślają, milczenie, które na tym blogu chwilowo nastało, ma swoje konkretne przyczyny. Nie tylko święta (przy okazji, bardzo udane, mam nadzieję, że u Was też).
Wiosna to oczywiście czas zmian i snucia rozmaitych planów, a nawet bardziej realnych projektów na całkiem bliską przyszłość. O nich bardziej konkretnie w swoim czasie, na razie tylko poinformuję o dwóch efektach mojej działalności "okołotureckiej", które jak najbardziej są do wglądu:

1. Ukazał się najnowszy numer magazynu "Polki w Świecie", gdzie znalazły się moje refleksje na temat przygody z Turcją. Gazeta do wglądu w większych salonach prasowych, także, zdaje się we fragmentach, tutaj

2. Biorę też udział w bardzo ciekawym projekcie: "Koniec Świata". Osoby chętne mogą tam tworzyć na bieżąco przewodnik po różnych krajach dla prawdziwych podróżników z plecakiem. Spisane przeze mnie porady na temat Turcji bezpośrednio na tej stronie.


Tymczasem, jak donoszą informatorzy, na południu Turcji zaroiło się już od turystów. Jakby na złość kryzysowi ekonomicznemu :)
Już niedługo i ja spakuję walizkę (a raczej walizki, w jedną na pewno się nie zmieszczę) i polecę inaugurować sezon lato 2009. Miejmy nadzieję, że kryzysowy nie będzie wcale :)

Do następnej notki (wkrótce),
z wiosennymi, słonecznymi, polskimi :) pozdrowieniami

niedziela, 5 kwietnia 2009

MY HOME IS MY CASTLE

Dziś będzie tematycznie-architektonicznie, czyli zapowiadana foto-notka o marokańskich otworach wejściowych tudzież okiennych.
W tradycyjnym budownictwie wiąże się z tym cała filozofia. Trochę magii, trochę religii islamu - pomieszane takie rzeczy, których inni ze sobą nie mieszają - u Berberów od wieków funkcjonują razem.

Na początek Nowa Medina w Agadirze - czyli "nowe-stare" miasto. Próba odtworzenia tradycyjnego budownictwa marokańskiego, które w Agadirze nie zachowało się po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w 1960 r. Już po wizycie w tym - niestety opuszczonym miejscu (szkoda, chyba zabrakło środków na ciąg dalszy) - widać charakterystyczne cechy: czerwonawy kolor ścian. Grube mury, które trzymają ciepło w zimie, a chłodzą w lecie. Korytarzyki, krużganki - dające cień.











Drzwi są symbolem przejścia ze świata zewnętrznego, publicznego, do tego chronionego i najcenniejszego. Przyozdabia się je, zostawia magiczne znaki. Kolor niebieski - teoretycznie ma też funkcję magiczną - w rzeczywistości podobno odstrasza robactwo :)
Za większością tych niby surowych murów kryje się świat prywatny, dostępny tylko dla wybranych, zaproszonych, czasami zaskakująco bogaty. To zupełnie inne podejście od tego znanego nam. Zresztą podobnie jest i ze strojem: kobiety przykrywają się nie w wyniku jakiegoś zakazu - zasłona jest właśnie granicą publicznego, a prywatnego. A co się mają niepowołani gapić... prawda? :)
Okna są małe - ciężko zobaczyć co jest w środku, za to gwarantuję, że z wnętrza idealnie obserwuje się to, co dzieje się na ulicy.
W tradycyjnych domach marokańskich balkony nigdy nie będą wychodziły na ulicę. To niepraktyczne i niepotrzebne; lepiej je zwrócić ku dziedzińcowi. W balkonikach od ulicy specjalizowali się za to Żydzi, którzy przebywali w Maroku długo i działali aktywnie.

Będąc w Marrakeszu należałoby wejść do chociaż jednego z riadów - domów w medinie. Wejścia ukryte w ciemnych korytarzach prowadzą do - czasami - enklaw kompletnego luksusu. Wiele z nich adaptuje się na hotele. Dziedzińce, na środku z ogrodami, które dają ukojenie w upałach, są "studniami światła". Tak na marginesie ogród to dla muzułmanów specjalne miejsce - taka namiastka raju...

A to już przeurocza wioska w górach Antyatlasu, której nazwy nie potrafiłam zapamiętać.



























A to już nowoczesna architektura mieszkaniowa: większe okna, inne kolory, balkony, ale fantazji nadal sporo. Aha - no i nadal wiele domów jest budowanych na planie podkowy - z dziedzińcem w środku.









Jestem pod wrażeniem marokańskich drzwi i okien, a ta notka to tylko delikatna namiastka. Gdybym miała więcej czasu, zagłębiłabym się w ten temat znacznie dokładniej, i zaglądałabym z aparatem we wszystkie zaułki...

Na koniec przywołanie (a jakże!) Turcji. Niezwykle zastanawiającym dla "nowicjuszy" popularnym nawet w nowoczesnych budynkach jest widok zostawianych przed drzwiami butów. To też echo muzułmańskiej tradycji - nie wnosi się przecież zewnętrznego brudu do domu... Ciekawe co na to nasz savoir-vivre? ;)


ps. A wkrótce już nowinki tureckie. Co prawda jestem w Polsce, ale już za kilka tygodni powinnam znów znaleźć się w "najpopularniejszym kurorcie turystycznym Riwiery Tureckiej". Zostańcie z nami. Będzie się (znów) działo.

środa, 1 kwietnia 2009

RÓŻNICE KULTUROWE

Z punktu widzenia turysty wszystko wydaje się fajne. Jest ta egzotyka, jest mit filmu "Casablanka", jest piękny ocean i szeroka piaszczysta plaża. Jest takie poczucie, że dotknęliśmy kawałka Afryki, kawałka czegoś tajemniczego, że dojechaliśmy do miejsca, w które nie każdy się wybierze i które nie każdy doceni czy zrozumie. Są gościnni ludzie mówiący w różnych językach, pomocni, życzliwi. Są marokańscy chłopcy, którzy zachwyconym głosem mówią kobietom, jakie są piękne. No i są obrazy, które na każdym aparacie wyglądają fantastycznie i robią wrażenie na znajomych w Polsce...

Podczas moich poprzednich pobytów patrzyłam na Maroko oczami turysty. Nawet, gdy pojawiały się problemy w pracy, coś szło nie tak - byłam nastawiona pozytywnie: taka specyfika, taki urok, taki kraj - co robić - mówiłam z filozoficznym spokojem nauczona pobytami w Turcji.
Miałam rację, ale w tym roku Maroko dało mi popalić...

Po pewnym czasie można odczarować wszystkie mity. "Casablanka" była kręcona w Hollywood, a nie w Maroku (za to powstało tam wiele innych wspaniałych filmów; odsyłam do starych notek pod tagiem "Maroko"). Poza częścią turystyczną ulice są brudne, śmieci walają się wszędzie. Zapędziwszy się chociażby w marokańską część Agadiru dostajemy lekcję "Jak poruszać się po mieście" - najlepiej wcale, ale jeśli już to z oczami dokoła głowy. Nie jest trudno zostać potrąconym czy rozjechanym przez skuterki jadące pod prąd.
Ludzie - to moje wielkie rozczarowanie. Jako rezydentka nie miałam za dużo możliwości poznać prawdziwych Berberów czy Marokańczyków - ciągle obracałam się w kręgu osób pracujących w turystyce czy po prostu mieszkających w turystycznych zagłębiach. Nie zliczę ile razy próbowano mnie oszukać - począwszy od taksówkarza, który zagadywał mnie uroczo, opowiadając "Polska - super fajnie!", gdy ustawiał taryfikator na kurs nocny (w środku dnia). Albo inny - który udawał, że taryfikator jest zepsuty. Albo jeszcze inny - który jeździł po bocznych uliczkach udając, że nie zna miejsca docelowego. W końcu wysiadłam z auta wściekła płacąc mu połowę zażądanej przez niego sumy.

Ciężko jest poruszać się samotnie po mieście. Wszędzie budzi się sensację. I nie chodzi tu wcale o strój: nawet w spódnicy po kostki i zwykłej koszulce dziewczyna z Europy zawsze będzie dziewczyną z Europy. Nieważne, czy ładną, czy brzydką, grubą, czy chudą. A samotna - to jeszcze gorzej. Samochody zatrzymują się, trąbią ciężarówki. Faceci wychylają się przez okna, by wykrzyczeć swoje nieśmiertelne "Ça va?", a chłop układający kostkę brukową, woła "Bonjour" (sepleniąc, bo bez zębów).

Jeśli się na zaczepki odpowie - potwierdzi się stereotyp o seks-turystyce i "lekko prowadzących się" Europejkach, bo przecież żadna szanująca się kobieta nie będzie rozmawiać na ulicy z obcym mężczyzną.
Jeśli się nie reaguje, po prostu milcząc - naraża się na agresywne komentarze typu "Rasistka" i "Sp**** z mojego kraju".

Jedyną radą jest poruszanie się tylko w towarzystwie mężczyzn/y. Zaczepki nadal będą, ale już innego rodzaju.

Jeszcze ten alkohol. Oficjalnie zabroniony, bo to przecież kraj muzułmański. W rzeczywistości pity niemal nałogowo przez większość Marokańczyków, podobno coraz więcej z nich ma problem z uzależnieniem. Byłam świadkiem kilkakrotnie robiąc zakupy w hipermarkecie, jak wielkim trunki cieszą się powodzeniem. Część sklepu z alkoholem jest wydzielona (zawsze ją można zamknąć, np. przy okazji religijnego święta), podlega pod osobną kasę. Przy kasie tłumy mężczyzn kupujący alkohol na zgrzewki: nie tylko piwa, nie tylko wina. Ilości, które u nas kupuje się chyba tylko w hurtowniach albo na Sylwestra :)

Nie wątpię, że to tylko mój skrzywiony turystycznie punkt widzenia. Nie ma co go odnosić do tego, co można spotkać w głębi kraju. W berberyjskich wioskach, wśród ludzi, którzy słyną z prawdziwej otwartości i gościnności. I którzy nie będą przeliczać każdego życzliwego gestu na dodatkowe parę dirhamów. Niestety - większość z nas - czy turystów, czy pracowników branży turystycznej (z tego masowego, czarterowego odłamu) - nigdy prawdziwego Maroka nie pozna. Zresztą co ja piszę, to prawdy oczywiste, które odnieść można do każdego niemal kraju o egzotycznej dla nas kulturze (i może nie tylko).

Wróciłam do Polski z prawdziwą ulgą - przyznaję się bez bicia. Dostałam po głowie nawet w ostatni dzień, stając się ofiarą machlojek finansowych księgowej z marokańskiej firmy. Może stąd ta gorycz :)

Za to - oj, to na pewno - zdjęcia w Maroku po prostu WYCHODZĄ DOBRZE.
Ostatnia porcja w następnej notce.

środa, 25 marca 2009

MARRAKESZ


Wjazd w kierunku na Medinę, czyli stare miasto. Mgła nie pozwala zobaczyć gór Atlasu Wysokiego a szkoda, bo ośnieżone wyglądają bosko.


Dresiarz marakeski.


Kochamy niemieckich turystów (szczególnie za te kapelusiki).


Ruch uliczny w Marrakeszu - po prostu kreatywnie.


Ruch uliczny w Marrakeszu - po prostu elastycznie.


Ruch uliczny w Marrakeszu - po prostu idź, gdzie oczy poniosą.


Berber podczas sjesty.


Berber spieszący w interesach.


Wejście do jednego z mnóstwa riadów (domów) na marakeskiej medynie.


Parka w parku, czyli lans w Marrakeszu - on rysuje, ona pisze.


Taksiarz. Wanna ride?


Pracownie farbiarzy na suku. Kolorrr.


Tu też.


Nad placem Skazańców, czyli Djemma-el-Fna. Deszcz, anteny satelitarne i góry w tle.


Nigdy nie jest zły moment na małą partyjkę warcabów (warcab?) na kartonie, czyli kolejna odsłona cyklu: Marokańczycy w pracy.


Teraz już wszyscy wiemy, dlaczego Marrakesz zwą Czerwonym Miastem.

ps. Mało piszę, bo zdjęcia, jak myślę, najlepiej oddają tutejszy klimat. A nie będę się bawić w opisywanie brudu i smrodu wielu tych nie-turystycznych zaułków. Chyba że będziecie chcieli o tym czytać... No, ale niedługo już do Polski. Widząc na zdjęciach tutejszą aurę czytelnicy mogą się dziwić, że odliczam dni (a odliczam). Maroko jest fantastyczne, jest ciekawe, a widoki zapierają dech w piersiach (te niektóre). Jest ciepło i słonecznie. Jest sjesta od 12 do 15, która znakomicie ułatwia życie (powinno coś takiego być wprowadzone w Polsce, wydajność pracy byłaby większa). No i jest po prostu INACZEJ.
Na wakacje - na pewno.
Ale życie tutaj, w Maroku, dla osoby z Europy nie jest łatwe. Dla porównania - w Turcji te różnice są o wiele mniejsze. Ale to już temat na zupełnie inną bajkę.

środa, 18 marca 2009

RZUT MAROKAŃSKI 2009 (2)

W Maroku bez zmian. Ciepło, bardzo ciepło. Zeszły tydzień to w Agadirze temperatury powyżej 30 stopni. Gorące powietrze buchało nawet wieczorem. W przeciwieństwie do znanego mi klimatu tureckiego jest tu bardzo sucho - więc przynajmniej jakoś się funkcjonuje; ale tak czy tak - mogłoby być nieco chłodniej.
Na ulicach tak samo jak zwykle - wszechobecne rozwalające się taksówki w dwóch wersjach: petite (mała) w kolorze czerwonym, która zabiera maksymalnie 3 osoby i jeździ wg taryfikatora. Grande (duża) to biało-kremowy stary mercedes typu "beczka", mieszczący w sumie 6 osób, z czego dwie siedzą koło kierowcy, a na tylnym siedzeniu 4 - ściśnięte jak śledzie. Grande taxi działa na zasadzie tureckiego dolmusza - jedzie dopiero zapełniona. Jeśli ruszy z dwoma osobami, to pewnie "dobierze" po drodze kolejne cztery, żeby interes się opłacił.
Taksówkarze niewiele mówią i niewiele wiedzą. Słuchają głośnej muzyki marokańskiej, berberyjskiej, arabskiej, ale kiedy widzą, że wsiada cudzoziemiec, zdarza się że przełączają na pierwsze z brzegu europejskie disco.

Marokańczycy zadają ciągle dwa te same pytania: Ça va? (Jak leci) i Bonjour (Dzień Dobry) - też ze znakiem zapytania, dodając czasami epitety w stylu "La Gazelle". Porównanie do gazeli niewątpliwie uchodzi za komplement w Maroku, ale mnie jakoś nie przekonuje. Kręcą się wszędzie, zadając te pytania wszędzie, niezależnie od tego ile mają lat, zębów, i jak wyglądają - myślą może, że po iluś tam próbach w końcu im się poszczęści. I pewnie tak jest. Turystyka określonego rodzaju w Maroku, a dokładniej Agadirze właśnie, kosi niesamowite żniwo. Siedząc tutaj przez kilka tygodni nie sposób tego nie zauważyć.

Poniżej, trochę z innej beczki, kolejna tura zdjęć. A jutro - insallah - jadę kolejny raz - ale pierwszy w tym roku - do Marakeszu. Insallah, bo wczoraj dopadła mnie marokańska zemsta (krótko ale intensywnie) i mam nadzieję, że już nie wróci.


Klasyczne ujęcie Agadirskiego portu z widokiem na kazbę. Na kazbie napis: Allah, El Watan, El Malik (Bóg, Ojczyzna, Król). W nocy świeci.


Mewy o zmierzchu. W nocy strasznie hałasują.


Kobieta z Tiznitu z mężczyzną z Tiznitu.


Banana Republic - wróć, Banana Kingdom.


Klasyk marokański.


Zwietrzałe skały nad oceanem, Sidi'rbat.


Domki rybaków nad oceanem wykute w zwietrzałych skałach. Przy okazji: mekka surferów, bo wieje pieruńsko.


Typowe czerwone Maroko, głęboko w Antyatlasie.


Nie dotykaj. Grrrryzie.


Tafraute. Jedna z głównych ulic.


Hotel w górach z basenem. Oj, chciałoby się.


Wyglądają jak zabawki z gumy lub narzędzie do zbijania celluitu pod prysznicem. Ale uwaga na te malutkie kolce...


Niesamowita wiocha z niesamowitym meczetem.


Rzut z góry na wioseczkę berberyjską - ksar.

Au revoir (do zobaczenia), tudzież Ma'salaama.