środa, 1 kwietnia 2009

RÓŻNICE KULTUROWE

Z punktu widzenia turysty wszystko wydaje się fajne. Jest ta egzotyka, jest mit filmu "Casablanka", jest piękny ocean i szeroka piaszczysta plaża. Jest takie poczucie, że dotknęliśmy kawałka Afryki, kawałka czegoś tajemniczego, że dojechaliśmy do miejsca, w które nie każdy się wybierze i które nie każdy doceni czy zrozumie. Są gościnni ludzie mówiący w różnych językach, pomocni, życzliwi. Są marokańscy chłopcy, którzy zachwyconym głosem mówią kobietom, jakie są piękne. No i są obrazy, które na każdym aparacie wyglądają fantastycznie i robią wrażenie na znajomych w Polsce...

Podczas moich poprzednich pobytów patrzyłam na Maroko oczami turysty. Nawet, gdy pojawiały się problemy w pracy, coś szło nie tak - byłam nastawiona pozytywnie: taka specyfika, taki urok, taki kraj - co robić - mówiłam z filozoficznym spokojem nauczona pobytami w Turcji.
Miałam rację, ale w tym roku Maroko dało mi popalić...

Po pewnym czasie można odczarować wszystkie mity. "Casablanka" była kręcona w Hollywood, a nie w Maroku (za to powstało tam wiele innych wspaniałych filmów; odsyłam do starych notek pod tagiem "Maroko"). Poza częścią turystyczną ulice są brudne, śmieci walają się wszędzie. Zapędziwszy się chociażby w marokańską część Agadiru dostajemy lekcję "Jak poruszać się po mieście" - najlepiej wcale, ale jeśli już to z oczami dokoła głowy. Nie jest trudno zostać potrąconym czy rozjechanym przez skuterki jadące pod prąd.
Ludzie - to moje wielkie rozczarowanie. Jako rezydentka nie miałam za dużo możliwości poznać prawdziwych Berberów czy Marokańczyków - ciągle obracałam się w kręgu osób pracujących w turystyce czy po prostu mieszkających w turystycznych zagłębiach. Nie zliczę ile razy próbowano mnie oszukać - począwszy od taksówkarza, który zagadywał mnie uroczo, opowiadając "Polska - super fajnie!", gdy ustawiał taryfikator na kurs nocny (w środku dnia). Albo inny - który udawał, że taryfikator jest zepsuty. Albo jeszcze inny - który jeździł po bocznych uliczkach udając, że nie zna miejsca docelowego. W końcu wysiadłam z auta wściekła płacąc mu połowę zażądanej przez niego sumy.

Ciężko jest poruszać się samotnie po mieście. Wszędzie budzi się sensację. I nie chodzi tu wcale o strój: nawet w spódnicy po kostki i zwykłej koszulce dziewczyna z Europy zawsze będzie dziewczyną z Europy. Nieważne, czy ładną, czy brzydką, grubą, czy chudą. A samotna - to jeszcze gorzej. Samochody zatrzymują się, trąbią ciężarówki. Faceci wychylają się przez okna, by wykrzyczeć swoje nieśmiertelne "Ça va?", a chłop układający kostkę brukową, woła "Bonjour" (sepleniąc, bo bez zębów).

Jeśli się na zaczepki odpowie - potwierdzi się stereotyp o seks-turystyce i "lekko prowadzących się" Europejkach, bo przecież żadna szanująca się kobieta nie będzie rozmawiać na ulicy z obcym mężczyzną.
Jeśli się nie reaguje, po prostu milcząc - naraża się na agresywne komentarze typu "Rasistka" i "Sp**** z mojego kraju".

Jedyną radą jest poruszanie się tylko w towarzystwie mężczyzn/y. Zaczepki nadal będą, ale już innego rodzaju.

Jeszcze ten alkohol. Oficjalnie zabroniony, bo to przecież kraj muzułmański. W rzeczywistości pity niemal nałogowo przez większość Marokańczyków, podobno coraz więcej z nich ma problem z uzależnieniem. Byłam świadkiem kilkakrotnie robiąc zakupy w hipermarkecie, jak wielkim trunki cieszą się powodzeniem. Część sklepu z alkoholem jest wydzielona (zawsze ją można zamknąć, np. przy okazji religijnego święta), podlega pod osobną kasę. Przy kasie tłumy mężczyzn kupujący alkohol na zgrzewki: nie tylko piwa, nie tylko wina. Ilości, które u nas kupuje się chyba tylko w hurtowniach albo na Sylwestra :)

Nie wątpię, że to tylko mój skrzywiony turystycznie punkt widzenia. Nie ma co go odnosić do tego, co można spotkać w głębi kraju. W berberyjskich wioskach, wśród ludzi, którzy słyną z prawdziwej otwartości i gościnności. I którzy nie będą przeliczać każdego życzliwego gestu na dodatkowe parę dirhamów. Niestety - większość z nas - czy turystów, czy pracowników branży turystycznej (z tego masowego, czarterowego odłamu) - nigdy prawdziwego Maroka nie pozna. Zresztą co ja piszę, to prawdy oczywiste, które odnieść można do każdego niemal kraju o egzotycznej dla nas kulturze (i może nie tylko).

Wróciłam do Polski z prawdziwą ulgą - przyznaję się bez bicia. Dostałam po głowie nawet w ostatni dzień, stając się ofiarą machlojek finansowych księgowej z marokańskiej firmy. Może stąd ta gorycz :)

Za to - oj, to na pewno - zdjęcia w Maroku po prostu WYCHODZĄ DOBRZE.
Ostatnia porcja w następnej notce.

12 komentarzy:

Anonimowy pisze...

zdjecia ladne ale juz i po nich widac, że panuje tam taki...zamęt? ;)

malgorzka pisze...

Dobrą wprawką przed pobytem (choćby i krótkim) w Maroku jest wyjazd do turystycznego kurortu w Turcji. Na turyście każdy chce zarobić, ale sądze, że w Turcji odbywa się to w granicach i rozsądku i ludzkiej przyzwoitości (no chyba, ze ktoś jest naprawdę naiwny). Byłam niedawno m. in. w Agadirze i czasami czułam się w oczach miejscowych jak chodzący przepełniony portfel... Nie wiadomo, czy arabska mentalność jest już taka, a nie inna, czy wynika to z ich kompleksów (a nie powinni mieć najmniejszych w momencie, gdy podchodzi się do nich otwarcie...). Mieszane uczucia długo będą mi towarzyszyć, mimo, że chciałabym i tam, podobnie jak i do Turcji jeszcze wrócic.

LilQueen pisze...

a mówią ze my jestesmy krajem lubiacym alkohol.
Czesto slyszalam takie opinie ze arab cie zawsze oszuka i zawsze klamie. Po czesci prawda , zalezy od osoby jak wszedzie.
Generalnie miasta afrykanskie, hinduskie i zazwyczaj azjatyckie sa brudne. Walajace sie cegly z domu ktorego nie chcialo sie dokonczyc i ogolny brud. To niestety zniecheca wiekszosc osob. Czy to wynika z kultury i malej estetyki, biedy ?Nie mam pojecia

malgorzka pisze...

Według mnie Arab na pewno będzie chciał coś sprzedac :), za cenę co najmniej czterokrotnie przewyzszającą realna wartość tego, co chcesz kupic - no moze oprócz owoców (meczące było czasami to targowanie sie o wszystko...). A propos szerzącego się alkoholizmu: byłam szczerze zaskoczona widząc zataczającego się tubylca wychodzącego chyba z baru. Nie mogłam w to uwierzyc mając w pamięci widok innego człowieka modlącego się pod znakiem drogowym w okolicach portu. Kontrast niesamowity zwłaszcza, ze wydają się być bardzo przywiązani do religii i tradycji.

4emkaa pisze...

Czytam i trudno mi uwierzyć, ale muszę :) Ja byłam w Tunezji ... i tam takich rzeczy nie widziałam, albo byłam ślepa ... Mimo to Maroko czeka na mnie i zamierzam je odwiedzić :)

żużu pisze...

Okropna ta notka, żenująca, i to zaraz obok informacji, ze napisała ją magister kulturoznawstwa. Nie wiem, jak można być w Maroku tak długo i nie zadać sobie trudu, zeby wyjechać w góry. Nazewnictwo marokańskie, którego używasz w postach poniżej jest nieprawidłowe.
Nie wiem, gdzie widziałaś pijanych Marokańczyków, ja nie widziałam ich wcale na ulicach. Jeśli chodzi o to, że wszyscy próbowali Cię oszukać, naciągnąć, halo, to jest AFRYKA, Afrykańczykowi każdy biały człowiek wydaje się bogaty, gdzie nie pojedziesz będą chcieli Ci pomóc za "drobną opłatą". Taki urok ale ile w tym serdeczności, jeśli i TY będziesz miła i nie potraktujesz ich z góry. A gdybyś wybrała się poza miasto to zobaczyłabyś czyściutkie berberyjskie chatki. Zaczepianie jest rzeczywiście męczące ale wystarczy być uprzejmym i stanowczym. Oraz uszanować kulturę kraju , w którym się przebywa.

skylar pisze...

Droga Żużu,
był to mój trzeci pobyt w Maroku więc co nieco już na ten temat wiem. Gdybyś przeczytała więcej moich notek, także tych starszych, wiedziałabyś, że oceniania i szufladkowania boję się jak mało czego.
Pracowałam w Maroku, nie byłam turystką, nie miałam więc czasu na podróżowanie z plecakiem - żałuję tego i sama piszę w notce, że moje postrzeganie jest z kategorii osób reprezentujących turystykę masową, czarterową. Mam świadomość, że prawdziwy kraj jest gdzie indziej. Ja piszę o tym, co mnie spotkało.

Pijanych Marokańczyków spotkałam niestety wielu. Sama byłam zaskoczona.

Co do zaczepek - czasami stanowczość nie pomaga. Podczas wcześniejszych pobytów nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego, dopiero teraz. Więc mam porównanie i wiem o czym piszę.

Nie traktuję z góry nikogo - zarówno Marokańczyków, jak i Polaków czy Turków. Oraz komentatorów mojego bloga :) Nie mam do tego żadnych powodów. Blog jest po to by wyrażać własne uczucia i obserwacje, nie uprawiam publicystyki i nie zamierzam tego robić.

Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

żużu czy jak Ci tam...najpierw przeczytaj więcej postów i poznaj ich autorkę, a dopiero potem pisz żenujące komentarze:/
to było żałosne naprawdę!

Karolina

Urszula pisze...

A ja napiszę jako osoba, która pracuje w turystyce masowej, ale sama podróżuje zdecydowanie z daleka od mas (w miarę mozliwości). Żeby dowiedziec się naprawdę sporo o Maroku zachęcam do lektury bloga Lalli Fatimy: http://yakooseska.blox.pl/html, która przez jakiś czas mieszkała w Mhamidzie i przez wiele miesięcy sama podróżowała po tym kraju. Ja w Maroku i jego ludziach jestem zakochana. Oczywiście w miejscach turystycznych zdarza się to, o czym pisze Skylar, ale wystarczy wyjechać za miasto by poznać prawdziwy Maroka czar... Nie wiem skad stwierdzenia, że kobieta nie moze porozmawiać z meżczyzną na ulicy? Ja wielokrotnie rozmawiałam w Marakeszu czy Fezie ze sprzedawcami, oglądałam ich sklepy, karmiłam żółwie, piłam herbatkę i nic nie kupowałam i nie było żadnych głupich zaczepek. A ja nie widziałam pijanego Marokańczyka. Prędzej już spalonego haszem czy innym wynalazkiem. Ja sama byłam zmuszona przez wiele dni zrezygnowac z picia zimnego piwka na rzecz berber whisky, czyli pysznej miętowej herbatki. I nie było to w ramadanie :)

skylar pisze...

Urszula, dzieki za wpis, swego czasu bardzo wnikliwie czytalam bloga Beaty.
Jak piszesz odwiedzalas inne miejsca; ja po raz kolejny podkreslam (zreszta pisze to w notce i asekuruje sie, zeby to bylo wyrazne, ze nie mam zlych intencji), ze moj opis dotyczy miejsc w ktorych JA przebywalam a nie calego Maroka. A poniewaz mieszkalam w Agadirze dotyczy to tego "zepsutego" turystyka swiatka.
Pijanych Marokanczykow - podkresle kolejny raz ze bylo to dla mnie ogromnym zaskoczeniem - widzialam wielu.

Szanujaca sie muzulmanka nie powinna rozmawiac z mezczyzna na ulicy, i to nie tylko w Maroku. Turystow to nie dotyczy, zgadzam sie. Za to w Agadirze to od razu zaproszenie do flirtu. Niestety. Mam w zanadrzu wiele historii z zycia i tej "gorszej" strony turystycznego Agadiru, ale naprawde nie chce mi sie nimi rzucac, bo nikomu to i niczemu nie sluzy. To tylko moje wrażenia, a ponieważ byłam w Maroku trzeci raz, nigdy (nigdy!) wcześniej nie napisałam o tym kraju niczego negatywnego, stwierdziłam, że mam prawo odczarować obraz jaki tu stworzyłam.
Nasze podejścia są subiektywne, bo oparte na kompletnie rożnych doswiadczeniach i warto o tym pamietac czytajac bloga, czyli DZIENNIK.

ps. A mietowa herbatke uwielbiam...

Anonimowy pisze...

A tu się niezupełnie zgadzam. Z klasyczną słowiańską urodą poruszałam się SAMOTNIE po Fezie i nikt - ani jeden człowiek - mnie nie zaczepił. Wyjąwszy oczywiście souk, ale to inna para kaloszy. W żadnym kraju z tego kręgu kulturowego nie czułam się tak swobodnie jak w Maroku.

Co więcej, poznałam tam wielu ludzi, którzy byli na tyle oddanymi wierze muzułmanami, że nie pili w ogóle, ba, źle przyjmowali to, że ktoś inny alkoholizuje się w ich obecności. Rozumiem, że mogłaś zobaczyć inne sceny, ale te inne sceny nie tworzą pełnego obrazu kraju, w którym mieszka niemal tyle osób, co w Polsce.

Pozdrawiam - Ola

P.S. Przyznaję, Casablanka wypada lepiej w filmie niż na żywo...

4emkaa pisze...

Hmm czytam i nie bardzo rozumiem atak na SKYLAR, dziewcznyna napisała o tym co widziała. Marokańczy są tylko ludźmi, tak samo jak Polacy czy Amerykanie. Mogą pić i palić, mogą uprawiać seks. Kobiety mogą być bardziej swobodne lub mniej. A to że to inna kulutra i że inne są normy etyczne i moralne to naturalne i należy je przyjąć z całym dobrodziejstwem inwetarza.
A tak wogóle czy ktoś z was ściśle przestrzega postu czterdziestodniowego przed Wielkanocą ??? Ja nie ... i żyję.
Widziałam podczas Ramadanu młodych Tunezyjczyków pijących piwo i jedziących obiad w knajpie w południe, kiedy przy stoliku obok nasz znajomy Mahmut nie pił nic i nie jadł, a my żeby go nie denerować zamówiliśmy tylko po małej uwielbianej przez mnie herbacie (czym był bardzo zdziwiony).
Zatem ilu ludzi tyle spojrzeń :)