niedziela, 2 stycznia 2011

TURCJA CZY POLSKA, CZYLI NOWOROCZNYCH REFLEKSJI GARŚĆ

Z okazji świeżo rozpoczętego Nowego Roku będzie dzisiaj nieco refleksyjnie. Uspokoiłam się już i wyspałam po szaleństwach sylwestrowych (na marginesie, jak uszczęśliwić mogą całkiem pokaźną grupę ludzi szlacheckie kontusze, długie sukienki, sarmackie wąsy i dworskie maniery nie mówiąc już o tańcu!). Robiąc rachunki, rozliczenia i listy rzeczy do załatwienia w roku 2011 nie sposób nie zastanowić się trochę, tradycyjnie zresztą, nad swoją specyficzną sytuacją.

Ostatnio znów pytano mnie "Polska czy Turcja"? Tak jakby odpowiedź dało się zawrzeć w jednym słowie czy zdaniu. Jak można się w jakikolwiek sposób zdeklarować, jeśli obecnie największym moim marzeniem jest bycie w dwóch miejscach naraz? A jeśli już nie, to chociaż utworzenie bezpośredniego i niedrogiego połączenia lotniczego na trasie Poznań-Antalya?

Turcja pojawiła się w moim życiu przypadkiem chociaż... przypadkom przecież trzeba pomagać. W jakiś sposób więc stworzyłam sama sobie warunki do tego, aby: 1. wyjechać, 2. zaadoptować się, 3. zamieszkać. Trafiło na Turcję, chociaż planowałam przecież zupełnie inne rejony. Podczas mojego pierwszego sezonu koleżanki widząc mój zachwyt odmienną kulturą żartowały bez przerwy, że "jeszcze ty tu kiedyś zamieszkasz na stałe"... - strasznie mnie to śmieszyło.

Jak to mogę skomentować po pięciu latach, z których ostatnie dwa to już oficjalne mieszkanie w Turcji? Hmm, mogę tylko powiedzieć z tajemniczym uśmiechem - życie robi niespodzianki.

Oczywiście życie na emigracji nie należy do łatwych. Nie wierzcie nigdy ludziom, którzy bezkrytycznie zachwycają się jakimś krajem a Polskę krytykują od A do Z. Najwyraźniej są jeszcze na tym histerycznym etapie, na którym i ja byłam jeszcze całkiem niedawno. Każdą kończynę miałam obwieszoną koralikami z okiem proroka, w głośnikach wciąż turecką muzykę, wszystko wydawało się takie doskonałe. Stan euforycznego poczucia, że znalazło się swoje miejsce na ziemi, takie zakochanie po prostu. Potem mija i przechodzi w kolejny etap: albo rzuca się swoją pasję (wraca do Polski, do "normalnego" życia), albo przeradza w stan dojrzalszy. Turcja, jak i każdy inny kraj na świecie, potrafi zarówno zachwycić jak i wkurzyć. Turystyka jest po to, żebyśmy się zachwycili, ale kiedy mówimy o życiu gdzieś, mieszkaniu, funkcjonowaniu - trzeba się liczyć z tym, że będziemy często walić głową w mur zastanawiając się "na co mi to wszystko było?".

Najprościej byłoby mieszkając w obcym kraju otoczyć się bezpiecznym kokonem, jak to robią w niektórych środowiskach. Turcy w Niemczech a Polacy w USA czy Anglii tworzą sobie narodowościowe enklawy a sami w domach oglądają polską telewizję, jedzą polskie potrawy, i żyją, jakby byli w Ojczyźnie.
Inni z kolei kompletnie asymilują się z nowym krajem i to tak, że po dwóch-trzech miesiącach za granicą mówią z obcym akcentem :)

Chciałoby się znaleźć złoty środek, ale nie jest prosto. Banał. Wiele kodów kulturowych, wzorów zachowań które mamy z Polski, w Turcji kompletnie się nie sprawdza. W Polsce codziennie funkcjonując nie trzeba się nad niczym zastanawiać - przez lata wpoiliśmy sobie system zachowań, wiemy co robią ludzie kulturalni a co chamy, wszystko jest zdefiniowane, jasne i oczywiste. Nawet jeśli następują zmiany - kulturowe rewolucje - możemy sami zdecydować, czy na przykład słowo "zajebisty" wejdzie do naszego codziennego słownika, czy nie.
Przyjeżdżając do Turcji wpadamy do zupełnie nowej przestrzeni, w której trzeba się próbować odnajdywać. Nawet znając turecki na komunikatywnym poziomie w pełnych sytuacjach stajemy się bezradni jak dzieci - trzeba pytać kogoś, żeby nam pomógł, wytłumaczył "co się robi" w takich okolicznościach - a i to nie wystarcza, bo dana osoba tłumaczy nam własną wersję "co się robi" - i nie wiemy, czy taki schemat obowiązuje w całej Turcji, czy nie. Nawet nasz turecki jest tylko jedną z lokalnych odmian, której nas nauczono, ale którą być może wcale nie chcemy mówić!
Jeśli chcemy sobie wyrobić zdanie na dany temat, znów zdajemy się na tłumaczenia innych Turków. Zebrawszy je w całość powinniśmy jeszcze raz przestudiować programy telewizyjne i przejrzeć gazety: i wtedy pomalutku stworzymy sobie coś w rodzaju własnego poglądu. Tylko kto ma tyle czasu i zapału, żeby tak robić w każdym wypadku?
To dlatego powtarzamy potem banały na temat Turcji przekazane nam przez znajomych i współpracowników, a najczęściej partnerów, a sami za dobrze nie wiemy, o czym właściwie mówimy. Wpadliśmy w kulturową pułapkę.

Oczywiście moglibyśmy się tym wszystkim nie przejmować i robić to, co nam się żywnie podoba. Ale - wierzcie mi - taka taktyka sprawdza się podczas pobytów krótkich, wakacyjnych, z określonym terminem ważności. Jeśli wybraliśmy Turcję dlatego, że ją lubimy, że fajnie się nam tu żyje - to wydaje się oczywiste, że staramy się lepiej ją poznać, a nie patrzeć na wszystko z perspektywy własnego widzimisię. Za to jeśli Turcji nie lubimy, a łączy ją z nami tylko nieplanowany element w postaci czarnookiego prawiącego komplementy "boyfrienda" i kilka romantycznych wizji czy zachwyt koleżanek waszymi zdjęciami na Facebooku - zaręczam, nie warto, bo i tak skończy się rozczarowaniem ;)


Jedynym sposobem, żeby z tej przedziwnej kulturowej schizofrenii wyjść zwycięsko jest... brnięcie w nią dalej. Przyznam się szczerze, że nie cierpię tego jeżdżenia wciąż do Polski i do Turcji - mimo, że samo podróżowanie (dokądkolwiek) uwielbiam, to napięcie przedwyjazdowe doprowadza mnie do szału. Kilka dni przed robię się nerwowa, urządzam awantury bliskim, w końcu mam ochotę nigdzie nie jechać. Klasyczny "reisefieber". A potem bierze się te wszystkie toboły, od targania których kiedyś będę miała albo dwumetrowe ramiona albo porządne muskuły, i rusza się w około 12-godzinną podróż (tyle mi to zwykle zajmuje). Na ogół zaraz po zajęciu miejsca w busie na lotnisko pojawia się uspokajająca myśl, że jednak WARTO.

Kiedy więc słyszę pytanie "Polska czy Turcja?" mam na nie ochotę odpowiedzieć takim mniej więcej wywodem. Jako podsumowanie rzuciłabym następującą myśl: z czasem, kiedy już minęła moja bezkrytyczna "faza na Turcję", jedno zaczęło wynikać z drugiego. Jeśli Polska, to Turcja. A jeśli Turcja, to Polska. Nauczyłam się cieszyć jednym, o ile jest to drugie. Jedno nie nudzi, bo jest drugie. Zawsze jest opcja B, w stosunku do opcji A, alternatywa, lusterko, na którego drugą stronę można się wybrać, żeby zobaczyć więcej, niż widzi się na co dzień. Polska jest dla mnie piękniejsza. Turcja również. Nie mówiąc już o ludziach.

Świat przez to robi się ciekawszy, bardziej złożony, pociągający. Oczywiście trudniejszy, bo wciąż gdzieś trzeba się adaptować, przyzwyczajać, przestawiać, tłumaczyć. Wciąż się tęskni, nieustannie. Ale ile się dzieje!

Dlatego wypowiem na głos moje noworoczne życzenie: Chciałabym już zawsze zostać na tej polsko-tureckiej granicy, siedzieć sobie na granicznym słupku i radośnie machać nogami. Z aparatem na szyi, notatnikiem w dłoni, obserwować z zachwytem ten świat widoczny z pogranicza. I nigdy nie przechodzić za bardzo ani na jedną, ani na drugą stronę. To chyba dobry sposób na to, żeby zapewnić sobie niewyczerpane źródło inspiracji. Bo bez inspiracji to przecież - wiadomo - po prostu się nie da! :)

A wszystkim Czytelnikom w Nowym Roku życzę również i przede wszystkim BOGATYCH I NIEWYCZERPANYCH ŹRÓDEŁ INSPIRACJI!

14 komentarzy:

Anonimowy pisze...

jako że jestem jedną z osób, która również zadała to pytanie dziekuję, za bardzo wyczerpującą odpowiedź :) i życzę nam obydwu, żeby kiedyś mocarze togo świata uruchomili to lotnicze połączenie, bo niestety w granicę polsko-turecką jakoś za bardzo nie wierzę. Uściski wapanna sara

skylar pisze...

Dziękuję Szanowna Waćpanno :) A granice niech może zostaną jak są, peace & love - liczą się te "duchowe" pogranicza :)
Ściskam!

Anonimowy pisze...

Dużo szczęścia w Nowym Roku!!! Oby inspiracji nie zabrakło!

Anonimowy pisze...

Piękny post. Ładnie to ujęłaś.
Życzę Ci spełnienia marzeń.

Maymun pisze...

Dopiero natrafiłam na Twojego bloga i bardzo się cieszę, że poruszyłaś właśnie ten temat ;) Sama na własnej skórze poczułam wielokrotnie to, o czym wspomniałaś, zarówno jeśli chodzi o kody kulturowe ("Wiele kodów kulturowych, wzorów zachowań które mamy z Polski, w Turcji kompletnie się nie sprawdza. ") jak i stosunek do samej Turcji (u mnie to taka mieszanka miłości i nienawiści :P). Wszystkiego najlepszego z okazji Nowego ROku!

Anonimowy pisze...

Witam!
jestem fanką nr 1 Pani bloga!
Korzystając z okazji chciałam się spytać czy doczekamy(My-bo mam nadzieję że nie tylko ja czekam na nią z niecierpliwością!:)) się Pani książki-o życiu w Turcji? :))

Mutlu yıllar.! :)

mor cadı pisze...

siedzenie na granicznym słupku i radosne machanie nogami to bardzo ładna metafora:)
i tego Ci życzę!

Gastria pisze...

Fajny post. Oby w Nowym Roku ruszyło wymarzone połączenie lotnicze, oby marzenie o słupku granicznym się spełniło...Wszystkiego Dobrego!!!

4emkaa pisze...

dziękuję za notkę :) szanowej autorce bloga, życzę bardzo bliskiego pogranicza polsko - tureckiego :)

Anonimowy pisze...

Nie musisz tego czytać.
Kiedyś w trudnych początkach mojego małżeństwa marzyłam o składanej "czarnej dziurze" w którą mogłabym włożyć głowę i choć na chwilę znaleźć się w innej rzeczywistości. Teraz już jej nie potrzebuję, ale ją mam. Dzięki Tobie. Jak tylko pragnę znaleźć się w innej rzeczywistości i chcę pooddychać innym powietrzem wchodzę na Twój blog.
Dziękuję - to słabe słowo, wypowiadamy je nawet w sklepie do obcej osoby. Pisz proszę,bo tego potrzebuję.
Klekota

skylar pisze...

Klekota, czytajac taki komentarz nie musze sie zastanawiac, czy pisac. Tacy czytelnicy nadaja wszystkiemu sens :) Dzieki, i pozdrawiam!

Izabela pisze...

Hej Skylar

myślę, że mamy sporo wspólnego :)
przede wszystkim Turcję :) i blog...
Ja jestem w Bursie od niedawna i w innym charakterze :)
ale również staram się oddać to co mnie otacza i opisać rzeczywistość turecką na swoim blogu

Regularnie zaglądam do Ciebie, zapraszam w odwiedziny :)

Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

Cześć Skylar!
Od pewnego już czasu moje życie prowadzę na trasie Polska-Turcja-Polska i w wolnej chwili lubię zaglądać na Twojego bloga. Też niestety ubolewam nad brakiem połączeń lotniczych w rozsądnej cenie między Polską a Turcją! Bardzo bym Cie prosiła, czy możesz napisać z racji wieloletniego doświadczenia jak ty podróżujesz? Ja podróżuje najczęściej przez Berlin lub Hamburg (dojeżdżam autobusem z Polski) do Istambułu lub Antalyi (linie sunexpress, skyairlines, condor lub tuifly), bo bezpośrednie połączenia między Polską (Warszawa) a Turcją (Lot/Turkish Airlines) niestety jest dość drogie... Może podrzucisz mi jakąś sugestie? Byłabym wdzięczna... samych sukcesów w Nowym Roku
Pozdrawiam DomiNika

Anonimowy pisze...

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku dla autorki i czytelników i dla mnie samej.
Wiele prawdy w tym artykule lecz jak to mówia punkt widzenia zależy od....a punkt siedzenia w końcu wybieramy sobie sami.ile ludzi tyle zdań i historii.
Uwielbiam tego blooga i gratuluję poziomu.
Co do granic to zgadzam się ,że wizja Polsko - Tureckiej granicy jest...hmm nieco straszna, oczywiscie to żart i wiem ,że nie chodzi o rzeczywisty słupek :-)
Zjechałam Turcję dookoła i w poprzek , przeszłam chyba wszystkie etapy , o których piszesz .Od zachwytu do zniechęcenia.
Kazdy kraj jest niezwykły i kazdy ma cos do zaoferowania , to zależy od nas czego szukamy lub nie.Turcja pomimo swej urody powaliła mnie na łopatki potworna hipokryzją społeczną.
Na kraj docelowy wybrałam Bułgarię i nigdy nie powiem nic złego o Polsce , wręcz przeciwnie ale życ wole gdzie indziej, jednak przyjmowanie obcej kultury za własną jest nie mozliwe ale możliwe jest współistnienie z nia w najlepszym tego słowa znaczeniu, i wszystkim ,Turkom tez życzę aby słowa.... szanuj gospodarza swego - wzięli sobie do serca.