czwartek, 16 sierpnia 2007

NADAL ŻYJĘ!

Muszę się wygadać..., komuś opowiedzieć mój rozkład ostatnich dni :)

Wtorek
W nocy wysyłam gości na lotnisko. Wieczorem mam migrenę ale znika po przespaniu paru godzin. Budzę się o 3 i idę na miejsce zbiórki z autobusem. Autobusu nie ma. I nie ma. Spóźnił się w sumie 40 minut, co przy wyjeździe na lotnisko ma JAKIEŚ znaczenie. Ok 5 idę spać.

Środa
O 9 wyjeżdżam na lotnisko (130 km), specjalnie jadę wcześniej żeby pochodzić po centrum handlowym; muszę się odstresować (dużo problemów ostatnio), ide na herbate ze znajomym. O 13 ląduje pierwszy samolot, potem bardzo opóźniony następny. Pędzimy do Alanyi (130 km).
W Alanyi jestem o 19, załatwiam parę Bardzo Ważnych Spraw, nie zdążyłam wziąść prysznica ani zjeść normalnej kolacji, o 20 mam autobus znów do Antalyi (130 km).
Czekam na ten autobus (z firmy) około godziny, bo zapomniali o mnie i przejechali przystanek - trzeba było wracać. Zaczynam siąkać nosem; jestem chora.
Na lotnisku jestem ok 23, o 3 rano idę spać po przywiezieniu i zakwaterowaniu turystów (nie obyło się bez stresów z powodu luzu organizacyjnego firmy tureckiej; 130 km).

Czwartek
Wstaję o 9, od 10 zaczynam pracę (spotkania informacyjne) - jestem solidnie przeziębiona, kończe pracę (z hotelu do hotelu, na telefonach, w pośpiechu, bez jedzenia), kończę o 18, przebieram się, 3 minuty prysznica i lecę do biura dalej pracować (kolejne wazne sprawy). Aktualnie jestem w biurze i nadal pracuję. Potem pójdę na kolację i SPAĆ (oby żadne niespodziewane telefony mi snu nie przerwaly).

Piątek
Od rana mam dyżury w hotelach, potem dwie wycieczki, w sumie pracuję od 9 do 24.

Sobota
Turyści w hotelach poprosili o dodatkowe dyżury bo "Pani taka fajna". Po dyżurach jestem wolna - jak się uda - do poniedziałkowego popołudnia. Zamierzam się byczyć tak bardzo, jak to tylko możliwe po takim maratonie. Może nawet pokuszę się i pojdę na plaże - ale najpierw muszę się pozbyć przeziębienia...


Nie powiem jak się teraz czuję, żeby nie martwić bliskich ;) No i żeby nie przeklinać.
Ale to jest takie śmieszne uczucie podzielenia, bo z powodu przepracowania, odpowiedzialności, zmęczenia, choroby - ma się ochotę rzucić wszystko w jednej sekundzie. Tym bardziej - za taką kasę. A w następnej sekundzie załatwi się coś "niemożliwego" dla turysty albo chwile pogada z jakimiś miłymi nowymi gośćmi - i cała złość odpływa. Takie to uroki - już widzę wielki neon migający mi nad głową "Uśmiech turysty najlepszą zapłatą"
i niżej małymi literkami "Naiwniaczka" ;)

5 komentarzy:

mor cadı pisze...

o-haaa...

wstrzasnelo

co nas nie zabije to nas.. taak...

za pare lat otworzysz wlasne biuro, a wtedy wszyscy czytajacy Twojego bloga sie zglosza (ja bede pierwsza;)

kendine iyi bak

slawoslaw pisze...

z takim podejściem to raczej do polskiej akcji humanitarnej, lub czegoś w tym stylu - oczywiście na obczyźnie ;)

aişe pisze...

a ja będę druga :)
Od dłuższego czasu regularnie i bardzo chętnie wracam na tego bloga, bo bardzo miło się czyta to, co piszesz.
Potrafisz świetnie oddać tę niezwykłą atmosferę, jaka panuje w turystycznym świecie Turcji :)
kiedy się to czyta to, pomimo wielu nieznośnych dziwactw w mentalności Turków, zwyczajnie nie da się Turcji nie kochać :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę wytrwałości.

e. pisze...

i dzięki temu widzę jak hm turystka wygląda z drugiej strony, teraz wszystkie spóźnienia autobusów, wycieczek itd. stają się jasne...

Anonimowy pisze...

super blog!przeczytalem twoje strasze wpisy,jestem pod wrazeniem twojej wytrwalosci!3maj sie!