Dzisiaj troszkę inaczej. Piszę bowiem z apelem, informacją, zaproszeniem i zachętą. Od dłuższego czasu chodził mi po głowie ten projekt, aż w końcu w środku tego sezonu, postanowiłam wprowadzić go w życie i odważyć się. Lepiej teraz, bo może ktoś z Was, albo znanych Wam osób będzie chciał w nim uczestniczyć. Lepiej teraz, bo jeśli tak, i jeśli planujecie latem odwiedzić Turcję, to wszystko się Szanowni Państwo idealnie składa.
Na blogu to tylko wciąż ja i ja :) A tym razem chciałabym poznać moich Czytelników, a szerzej i ogólniej - osoby, które interesują się Turcją, mają z nią związki bliższe lub dalsze, rodzinne, przyjacielskie, albo po prostu regularnie spędzają tu wakacje czy lubią turecką muzykę. I odwrotnie - interesują mnie także Turcy i Turczynki, którzy/które z jakichś względów wybrały/wybrali Polskę - jako miejsce studiów, pracy, życia. A może interesują się polską historią, a może mają przyjaciół czy małżonka z Polski?
Projekt o roboczej nazwie "tur-tur" (bo jakże by inaczej :)) ma na celu zbliżenie nas wszystkich do siebie. Nie trzeba mieszkać ileś tam lat w Turcji, mówić biegle po turecku, mieć męża/żony Turka i wiedzieć o tym kraju wszystkiego, by przyczynić się do wzrostu kulturowej tolerancji i obalania stereotypów. Jeśli dzięki Wam, waszym drobnym działaniom, Waszej pasji typu: tureckie kino albo gotowanie tureckich przysmaków - ktoś w Waszym otoczeniu zmienił zdanie o tym kraju, zaczął na niego patrzeć łagodniej, albo - nawet - odważył się i wybrał na wakacje, to wspaniale. To znaczy, że naprawdę świat można zmieniać :)
Zapraszam więc do kontaktu wszystkich chętnych do wzięcia udziału w moim nielimitowanym (póki co) projekcie. Będę o Was pisać, robić z Wami mini-wywiady, fotografować w tureckiej scenerii i publikować to wszystko na blogu i facebooku, za Waszą zgodą oczywiście. Będę otwarta na Wasze sugestie - ale ostatecznego wyboru uczestników, scen i tematów będę dokonywać ja. Jestem otwarta na chcące się pokazać pary, małżeństwa polsko-tureckie, osoby tutaj pracujące, uczące się, podróżujące, posiadające tureckie pasje... projekt nie ma granic, bedzie trwał dopóty, dopóki go nie odwołam, a potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, ruszę z nim gdzieś na szerokie wody.
A więc zapraszam - nie krępujcie się, nie bójcie się pokazać, szczególnie jeśli swoim życiem czy pasjami jesteście dowodem na to, że świat jest pełen zrozumienia i pokoju, a nie uprzedzeń i stereotypów. Naiwne i idealistyczne? Jestem pewna, że nie :)
Piszcie na moją skrzynkę mailową (bez spacji) skylar @ onet . eu, podając kilka informacji o sobie, opisując w paru słowach Wasze związki z Turcją i ewentualny termin przyjazdu do Turcji, aby móc się umówić na sesję fotograficzną i rozmowę. Jeśli przyjazd będzie niemożliwy, kontakt internetowy może go zastąpić (skype, mail).
Uwaga: projekt jest non-profit, natomiast wszelkie wsparcie promocyjne będzie mile widziane :)
EDIT:
Dostałam bardzo dużo maili i zgłoszeń, dziękuję bardzo! Proszę o cierpliwość będę odpowiadać maksymalnie z tygodniowym opóźnieniem. Ponieważ projekt ma być jednoczesnie fotograficzny i tekstowy, chciałabym móc z Wami się spotkać. Oto wstępny plan: najpierw zajmę się osobami, które przyjeżdżają do Alanyi i okolic, następnie u progu jesieni jest możliwe spotkanie z osobami ze Stambułu oraz innych miast Turcji, a jesienią i zimą już wszędzie (także w Polsce i Europie) bez ograniczeń :)
turlanie się po Turcji... i nie tylko
Uroki zycia w Turcji i pracy w turystyce relacjonowane na goraco wprost z granicy polsko - tureckiej.
sobota, 23 czerwca 2012
sobota, 16 czerwca 2012
ALANYA NEWS - CZERWIEC
Przyszedł czerwiec i pogoda jest czerwcowa - mimo obaw zapobiegliwych turystów, którzy jadąc do Alanyi śledzą z wypiekami na twarzy prognozy pogody, na żadne większe zmiany (np. deszcze) liczyć nie można. Jest gorąco, duszno, a przede wszystkim strasznie wilgotno. Z racji, że zrobiło się tak z dnia na dzień niemalże, nasze delikatne ludzkie organizmy się buntują ;) W Alanyi rozpanoszyła się jakaś inna wersja popularnej zemsty sułtana, która dotyka także Turków (a może i przede wszystkim ich). Śmiejemy się, że widocznie nie są przyzwyczajeni do tutejszej flory bakteryjnej. Dostało się nawet Królowi Pomarańczy; prawie cały tydzień spędził o chlebie i wodzie, śniąc o soczystej posypanej papryką baraninie.
Trzeba się nagle przestawić na picie ogromnych ilości wody, bez tego boli brzuch, boli głowa, człowiek jest jakiś śnięty, niedzisiejszy, niekumaty. Włosy puszą się w wilgotnym powietrzu i już nie wiem jak je układać, makijaż spływa z twarzy, krążenie krwi zwalnia. Uparcie jeżdżę na rowerze, aby mieć wyrobione minimum ruchu tygodniowo, ale po ostatniej kilkunastokilometrowej wycieczce, kiedy bezmyślnie spaliłam sobie plecy, robię przerwę.
Ale przecież nie jest źle, jest świetnie, a to dlatego, że Polska gra dobrze a będzie grać jeszcze lepiej - i to dziś, miejmy nadzieję ;) Niesamowicie ogląda się w Turcji mecze z komentarzem Szpakowskiego ("przyczajony Tytoń") i to razem z innymi Polakami (turyści, pracownicy różnych biur i sklepów, porozumienie ponad podziałami - mam nadzieję :))) - oj, są emocje.
Wraz z rozpoczęciem tak zwanego wysokiego sezonu zrobiło się także swojsko pod innym względem. W rejony naszego biura zaczynają podjeżdżać rozmaici znajomi których nie widzieliśmy od lat, na motorach, albo innych mechanicznych koniach. Na tylnym/bocznym siedzeniu nieodmiennie przedstawicielka płci zwanej piękną, w stroju wskazującym na fakt bycia turystką (maksimum ciała, minimum materiału, przecież trzeba korzystać ze słońca). Zsiadają z pojazdów i ruszają ku nam, spoglądającym z popłochem na siebie, rycząc:
- Brrrrachuuuuuu czeeeeeść!
A potem zwracają się do swojej towarzyszki łamanym angielskim/rosyjskim/tarzańskim:
- To jest mój najlepszy przyjaciel, a to jego dziewczyna, zobacz, razem prowadzą biuro! - i bezpośrednio o mnie:
- Jest dla mnie jak siostra! (Na co ja prawie się duszę ze śmiechu, bo gdybym miała takiego brata, to chyba uciekłabym gdzie pieprz rośnie).
Rozsiadają się na kanapie, opowiadają po turecku niepowiązane logicznym ciągiem historie, szpanują, a zagraniczna koleżanka reaguje w dwójnasób:
a) zafascynowana ale nie rozumiejąca uśmiecha się uwodzicielsko, głaszcząc swojego ukochanego po ręce
b) zdenerwowana że nic nie rozumie, wychodzi na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza
W obu przypadkach koleżanki nie wiedzą pewnie, że znamy się z ich chłopcem ledwo co, że w ogóle się nie lubimy, że to tylko taki pokaz i szpan i gra, w którą chcąc nie chcąc gramy także my. Turecki loverboy w jego mniemaniu robi na kobiecie wrażenie światowca znającego CAŁĄ (CAŁĄ!!!) Alanyę, salonowego lwa, nieprzemijającej gwiazdy i osoby, której się pożąda.
Dziewczyny nie wiedzą, choć pewnie się niektóre domyślają, że takie obwożenie jest typowe dla zakompleksionych podrywaczy, którzy nie potrafią dziewczynie w inny sposób zaimponować, niż przedstawiając ją całej gromadzie dalekich kolegów.
Powtarzalność tego zjawiska jest zadziwiająca. I uniwersalność; dotyczy zarówno wystrojonych jak koguciki barmanów, kelnerów i sprzedawców wycieczek, jak i żonatych oraz dzieciatych panów w starszym wieku, z brzuszkami, koszulkami z kołnierzykami i spodniami w kancik. Skala rażenia dziewcząt w różnym wieku, o różnym wyglądzie i statusie majątkowym, z różnych krajów (z UE i poza UE), też skłania do refleksji.
Czasami sobie myślę co by było, jakby któraś z tych pań trafiła na tego bloga, i miała wrażenie że piszę o niej - ale pewnie byłoby nic. W końcu jest to najlżejsza historia, którą opowiadam, z wrodzonej wrażliwości uważając, by nikogo nie urazić. Ciężko przecież zakochaną kobietę przekonać, że świat wygląda inaczej, niż jej się wydaje - to my zostajemy wtedy nazwani zazdrośnikami i zimnymi do bólu racjonalistami, którzy nigdy nie zaznali prawdziwej miłości. Dużo bardziej skrajne historie nigdy nie ujrzą światła dziennego - na pewno nie na blogu, choć nadają się na filmy. W sumie można by nawet stworzyć książkę z tych bohaterów i kuriozów, które w Turcji przychodziły pogadać czy prosić o pomoc. Jedynie zmieniając imiona i dane charakterystyczne. Ale wtedy musiałabym chyba wyprowadzić się z Alanyi i zatrzeć po sobie wszelkie ślady - a póki co jednak mi tu całkiem nieźle ;)
Pozostańmy więc w słodkiej realności, wypijmy herbatkę rumiankową (papatya) dobrą na żołądek (tak na zapas) i nastawiajmy się bojowo na wieczór. Polskaaaaa! Polska!!!! :)
Trzeba się nagle przestawić na picie ogromnych ilości wody, bez tego boli brzuch, boli głowa, człowiek jest jakiś śnięty, niedzisiejszy, niekumaty. Włosy puszą się w wilgotnym powietrzu i już nie wiem jak je układać, makijaż spływa z twarzy, krążenie krwi zwalnia. Uparcie jeżdżę na rowerze, aby mieć wyrobione minimum ruchu tygodniowo, ale po ostatniej kilkunastokilometrowej wycieczce, kiedy bezmyślnie spaliłam sobie plecy, robię przerwę.
Ale przecież nie jest źle, jest świetnie, a to dlatego, że Polska gra dobrze a będzie grać jeszcze lepiej - i to dziś, miejmy nadzieję ;) Niesamowicie ogląda się w Turcji mecze z komentarzem Szpakowskiego ("przyczajony Tytoń") i to razem z innymi Polakami (turyści, pracownicy różnych biur i sklepów, porozumienie ponad podziałami - mam nadzieję :))) - oj, są emocje.
Wraz z rozpoczęciem tak zwanego wysokiego sezonu zrobiło się także swojsko pod innym względem. W rejony naszego biura zaczynają podjeżdżać rozmaici znajomi których nie widzieliśmy od lat, na motorach, albo innych mechanicznych koniach. Na tylnym/bocznym siedzeniu nieodmiennie przedstawicielka płci zwanej piękną, w stroju wskazującym na fakt bycia turystką (maksimum ciała, minimum materiału, przecież trzeba korzystać ze słońca). Zsiadają z pojazdów i ruszają ku nam, spoglądającym z popłochem na siebie, rycząc:
- Brrrrachuuuuuu czeeeeeść!
A potem zwracają się do swojej towarzyszki łamanym angielskim/rosyjskim/tarzańskim:
- To jest mój najlepszy przyjaciel, a to jego dziewczyna, zobacz, razem prowadzą biuro! - i bezpośrednio o mnie:
- Jest dla mnie jak siostra! (Na co ja prawie się duszę ze śmiechu, bo gdybym miała takiego brata, to chyba uciekłabym gdzie pieprz rośnie).
Rozsiadają się na kanapie, opowiadają po turecku niepowiązane logicznym ciągiem historie, szpanują, a zagraniczna koleżanka reaguje w dwójnasób:
a) zafascynowana ale nie rozumiejąca uśmiecha się uwodzicielsko, głaszcząc swojego ukochanego po ręce
b) zdenerwowana że nic nie rozumie, wychodzi na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza
W obu przypadkach koleżanki nie wiedzą pewnie, że znamy się z ich chłopcem ledwo co, że w ogóle się nie lubimy, że to tylko taki pokaz i szpan i gra, w którą chcąc nie chcąc gramy także my. Turecki loverboy w jego mniemaniu robi na kobiecie wrażenie światowca znającego CAŁĄ (CAŁĄ!!!) Alanyę, salonowego lwa, nieprzemijającej gwiazdy i osoby, której się pożąda.
Dziewczyny nie wiedzą, choć pewnie się niektóre domyślają, że takie obwożenie jest typowe dla zakompleksionych podrywaczy, którzy nie potrafią dziewczynie w inny sposób zaimponować, niż przedstawiając ją całej gromadzie dalekich kolegów.
Powtarzalność tego zjawiska jest zadziwiająca. I uniwersalność; dotyczy zarówno wystrojonych jak koguciki barmanów, kelnerów i sprzedawców wycieczek, jak i żonatych oraz dzieciatych panów w starszym wieku, z brzuszkami, koszulkami z kołnierzykami i spodniami w kancik. Skala rażenia dziewcząt w różnym wieku, o różnym wyglądzie i statusie majątkowym, z różnych krajów (z UE i poza UE), też skłania do refleksji.
Czasami sobie myślę co by było, jakby któraś z tych pań trafiła na tego bloga, i miała wrażenie że piszę o niej - ale pewnie byłoby nic. W końcu jest to najlżejsza historia, którą opowiadam, z wrodzonej wrażliwości uważając, by nikogo nie urazić. Ciężko przecież zakochaną kobietę przekonać, że świat wygląda inaczej, niż jej się wydaje - to my zostajemy wtedy nazwani zazdrośnikami i zimnymi do bólu racjonalistami, którzy nigdy nie zaznali prawdziwej miłości. Dużo bardziej skrajne historie nigdy nie ujrzą światła dziennego - na pewno nie na blogu, choć nadają się na filmy. W sumie można by nawet stworzyć książkę z tych bohaterów i kuriozów, które w Turcji przychodziły pogadać czy prosić o pomoc. Jedynie zmieniając imiona i dane charakterystyczne. Ale wtedy musiałabym chyba wyprowadzić się z Alanyi i zatrzeć po sobie wszelkie ślady - a póki co jednak mi tu całkiem nieźle ;)
Pozostańmy więc w słodkiej realności, wypijmy herbatkę rumiankową (papatya) dobrą na żołądek (tak na zapas) i nastawiajmy się bojowo na wieczór. Polskaaaaa! Polska!!!! :)
niedziela, 27 maja 2012
HERBATA GOTOWA!
Policzyłam, że wypijam około dwudziestu szklaneczek herbaty dziennie. Co prawda piję ją "açik", czyli słabą, ale jednak co turecka herbatą, to turecka herbata. Osad odkłada mi się już na zębach, weszłam, trzeba to przyznać, w pewien rodzaj uzależnienia. Pracujący ze mną w biurze Turcy wciąż parzą herbatę, by była gotowa na przyjęcie ewentualnych gości (zarówno turystów, jak i kontrahentów oraz innych przybyszy), a więc i ja piję, bo nie mogę się oprzeć pytaniu:
- "Çay içermısın?"(Napijesz się herbaty)
Ależ oczywiście, że się napiję, i dla mnie poproszę od razu w dużej szklance, żeby było konkretnie. Do śniadania, po śniadaniu, potem mała przerwa na kawę z mleczkiem, po obiedzie znów, a potem popołudniowo, kilka sztuk. A jak jeszcze zjadło się kolację o przyzwoitej porze, to po niej znów, na dobre trawienie.
Chłopacy w biurze (do których zalicza się także Król P.) utrzymują, że woda na herbatę musi się dobrze zagotować. Nie, że zagotować, zabulgotać, osiągnąć 100 stopni. Ale zagotować DOBRZE. Cokolwiek to oznacza, trzeba tego przestrzegać, bo inaczej napar nie ma odpowiedniego smaku. Hołdują tej i innym dziwnym zasadom (zabobonom?) związanym z parzeniem, co powoduje, że przeciętna yabanci taka jak ja, woli się do parzenia nie mieszać. Co prawda sama uważam, że herbata turecka wychodzi mi dobra, ale tylko w proporcjach na 2 osoby (tak robiłam najwięcej razy). Kiedy tylko pojawia się zapotrzebowanie na większą ilość czerwonawego naparu, tracę rezon. Zostawiam więc parzenie specjalistom od "porządnego" gotowania wody.
Myśląc o ilości wypitych szklaneczek i szukając sposóbu na subtelną walkę z herbacianym osadem na zębach bez tracenia przyjemności delektowania się bursztynowym płynem przypomniał mi się pewien filmik, który kiedyś pokazała turecka telewizja a który potem oglądałam jeszcze wielokrotnie. Jest to wystapienie amerykańskiej pisarki i bibliotekarki Katharine Branning związane z promocją jej książki pod tytułem "Yes, I would like another glass of tea". Książka - jakże by inaczej - o Turcji. Nie miałam jej jeszcze w swoich rekach, ale wystąpienie dotyczące herbaty zapadło mi w pamięć. Mimo że wymowa jest bardzo amerykańska (nie potrafię tu użyć innego słowa!). Nie mogąc doszukać się nigdzie w internecie tłumaczenia na polski, popełniłam własne, autorskie i bardzo "wolne" tłumaczenie, którego nie umieszczę jednak tutaj, bo po polsku w ogóle nie brzmi to sensownie. Za to dla zainteresowanych oryginał z tureckimi napisami:
- "Çay içermısın?"(Napijesz się herbaty)
Ależ oczywiście, że się napiję, i dla mnie poproszę od razu w dużej szklance, żeby było konkretnie. Do śniadania, po śniadaniu, potem mała przerwa na kawę z mleczkiem, po obiedzie znów, a potem popołudniowo, kilka sztuk. A jak jeszcze zjadło się kolację o przyzwoitej porze, to po niej znów, na dobre trawienie.
Chłopacy w biurze (do których zalicza się także Król P.) utrzymują, że woda na herbatę musi się dobrze zagotować. Nie, że zagotować, zabulgotać, osiągnąć 100 stopni. Ale zagotować DOBRZE. Cokolwiek to oznacza, trzeba tego przestrzegać, bo inaczej napar nie ma odpowiedniego smaku. Hołdują tej i innym dziwnym zasadom (zabobonom?) związanym z parzeniem, co powoduje, że przeciętna yabanci taka jak ja, woli się do parzenia nie mieszać. Co prawda sama uważam, że herbata turecka wychodzi mi dobra, ale tylko w proporcjach na 2 osoby (tak robiłam najwięcej razy). Kiedy tylko pojawia się zapotrzebowanie na większą ilość czerwonawego naparu, tracę rezon. Zostawiam więc parzenie specjalistom od "porządnego" gotowania wody.
Myśląc o ilości wypitych szklaneczek i szukając sposóbu na subtelną walkę z herbacianym osadem na zębach bez tracenia przyjemności delektowania się bursztynowym płynem przypomniał mi się pewien filmik, który kiedyś pokazała turecka telewizja a który potem oglądałam jeszcze wielokrotnie. Jest to wystapienie amerykańskiej pisarki i bibliotekarki Katharine Branning związane z promocją jej książki pod tytułem "Yes, I would like another glass of tea". Książka - jakże by inaczej - o Turcji. Nie miałam jej jeszcze w swoich rekach, ale wystąpienie dotyczące herbaty zapadło mi w pamięć. Mimo że wymowa jest bardzo amerykańska (nie potrafię tu użyć innego słowa!). Nie mogąc doszukać się nigdzie w internecie tłumaczenia na polski, popełniłam własne, autorskie i bardzo "wolne" tłumaczenie, którego nie umieszczę jednak tutaj, bo po polsku w ogóle nie brzmi to sensownie. Za to dla zainteresowanych oryginał z tureckimi napisami:
niedziela, 13 maja 2012
DZIEŃ MATKI
Dzisiaj turecki Dzień Matki... czy na pewno turecki? Mieszkając w Polsce nigdy nie interesowałam się tym jak obchodzi się to święto w innych krajach. Mówiąc krótko żyłam w błogiej niewiedzy (jak to się mówi po turecku byłam "cahil", nieświadoma) i patrzyłam na ten dzień z naszej polskiej perspektywy. Nagle okazało się, że Polska jest ze swoim 26 maja wyjątkowym krajem, a jednak większość państw (Dania, USA, Holandia, Słowacja itp.) ma to święto w drugą niedzielę maja. Wybór niedzieli wydaje się tu bardzo trafionym pomysłem. Święto jest ruchome; niedzielę dzieci mniejsze i te większe mogą spędzić ze swoimi Rodzicielkami i nie przekładać świętowania na najbliższy wolny od pracy dzień.
Od jakiegoś czasu już widziałam w telewizji coraz większą ilość reklam z okazji Dnia Matki, ale dzisiaj i tak dałam się zaskoczyć. Pojechałam rowerem do sklepu (ach, jaka to przyjemność, stałam się prawdziwą maniaczką dwóch kółek). Już po uregulowaniu rachunku Pan Kasjer wymamrotał bardzo uprzejme podziękowanie oraz życzenia miłego dnia, co wydało mi się podejrzane (znam go już nieco), a następnie sięgnął po leżący za nim stos czerwonych kwiatków i wręczył mi jednego:
- Proszę.
- (Skylar parska śmiechem) - Ale... dlaczego?
- Dzisiaj Dzień Matki.
Jak się okazuje, zostałam wzięta za matkę, choć w sumie nie ma się co dziwić, osiągnęłam wiek zdecydowanie poborowy. Inne wytłumaczenie jest takie, że nawet jeśli się matką nie jest, niektóre kobiety też mogą nimi być (jak to w filmie Miś było: "I nie mówcie mi, że nie macie dzieci, bo zawsze mieć możecie - sprawdzić czy nie ksiądz"). Być może tą myślą przewodnią kierowali się managerowie marketu, który należy do tych tak zwanych konserwatywnych (alkoholu się w nim nie znajdzie).
Życzę więc wszystkim matkom i córkom oraz paniom w wieku zdecydowanie poborowym wszystkiego najlepszego! 26 maja będzie drugie świętowanie (w końcu każda okazja jest dobra by przyjąć na klatę jakiegoś kwiatka lub prezencik; nawet jeśli niezasłużenie).
Z nowości warto wspomnieć, że wczoraj odbył się finał meczu o Puchar Turcji. Galatasaray grało z Fenerbahce i niestety mała przewaga punktowa w klasyfikacji spowodowała, że już sam remis dał Galata palmę zwycięzcy. Jako fanka tych drugich miałam więc niespecjalnie wesoły wieczór. Kibice drużyny zwycięskiej świętowali do rana (że też można się tak cieszyć z remisu! Phhh!), paląc race, majtając żółto-czerwonymi flagami, trąbiąc klaksonami aut, wrzeszcząc, demolując rozmaite tureckie miasta, robiąc sobie wzajemnie krzywdę i tak dalej. Pamiętając moją zeszłoroczną radość (wygrał wtedy Fener) byłam szczerze zmartwiona faktem, że nie mogę wsiąść do samochodu i zrobić pokazowego objazdu Alanyi wychylona w połowie przez okno z wielką flagą w ręce. Uczucie niesamowite. No cóż, na pewno za rok. Przecież i tak jesteśmy lepsi :)
Od jakiegoś czasu już widziałam w telewizji coraz większą ilość reklam z okazji Dnia Matki, ale dzisiaj i tak dałam się zaskoczyć. Pojechałam rowerem do sklepu (ach, jaka to przyjemność, stałam się prawdziwą maniaczką dwóch kółek). Już po uregulowaniu rachunku Pan Kasjer wymamrotał bardzo uprzejme podziękowanie oraz życzenia miłego dnia, co wydało mi się podejrzane (znam go już nieco), a następnie sięgnął po leżący za nim stos czerwonych kwiatków i wręczył mi jednego:
- Proszę.
- (Skylar parska śmiechem) - Ale... dlaczego?
- Dzisiaj Dzień Matki.
Jak się okazuje, zostałam wzięta za matkę, choć w sumie nie ma się co dziwić, osiągnęłam wiek zdecydowanie poborowy. Inne wytłumaczenie jest takie, że nawet jeśli się matką nie jest, niektóre kobiety też mogą nimi być (jak to w filmie Miś było: "I nie mówcie mi, że nie macie dzieci, bo zawsze mieć możecie - sprawdzić czy nie ksiądz"). Być może tą myślą przewodnią kierowali się managerowie marketu, który należy do tych tak zwanych konserwatywnych (alkoholu się w nim nie znajdzie).
Życzę więc wszystkim matkom i córkom oraz paniom w wieku zdecydowanie poborowym wszystkiego najlepszego! 26 maja będzie drugie świętowanie (w końcu każda okazja jest dobra by przyjąć na klatę jakiegoś kwiatka lub prezencik; nawet jeśli niezasłużenie).
Z nowości warto wspomnieć, że wczoraj odbył się finał meczu o Puchar Turcji. Galatasaray grało z Fenerbahce i niestety mała przewaga punktowa w klasyfikacji spowodowała, że już sam remis dał Galata palmę zwycięzcy. Jako fanka tych drugich miałam więc niespecjalnie wesoły wieczór. Kibice drużyny zwycięskiej świętowali do rana (że też można się tak cieszyć z remisu! Phhh!), paląc race, majtając żółto-czerwonymi flagami, trąbiąc klaksonami aut, wrzeszcząc, demolując rozmaite tureckie miasta, robiąc sobie wzajemnie krzywdę i tak dalej. Pamiętając moją zeszłoroczną radość (wygrał wtedy Fener) byłam szczerze zmartwiona faktem, że nie mogę wsiąść do samochodu i zrobić pokazowego objazdu Alanyi wychylona w połowie przez okno z wielką flagą w ręce. Uczucie niesamowite. No cóż, na pewno za rok. Przecież i tak jesteśmy lepsi :)
środa, 9 maja 2012
LETNIE CIĘCIE
Poszłam obciąć włosy u tureckiego fryzjera i:
1. Zachwycałam się jak zwykle długością mycia włosów przez pomocnika i przyjemnością płynącą z masażu skóry głowy.
2. Zostałam przez pomocnika wzięta za Turczynkę, co mi się ostatnio często zdarza, zbyt często. Pomocnik spytał czy jestem z Alanyi. Dzień wcześniej na straganie pan sprzedający truskawki westchnął z ulgą "wreszcie Turczynka, od rana obsługuję samych cudzoziemców" (w sensie, że ciężko mu się z nimi dogadać).
3. Pan Mistrz fryzjer usłyszawszy, że chcę cięcie wygodne w pielęgnacji latem, obiecał, że faktycznie takie będzie. Obciął mnie krótko, bardzo krótko... - i przyznam, że jest wygodnie.
4. W międzyczasie, kiedy coś było mu potrzebne, wołał pomocników per "Panie Ibrahimie", "Panie Mehmecie", co zauważam w salonach fryzjerskich jest normą, i zawsze bardzo mnie intryguje, bo zarówno Pan Ibrahim jak i Pan Mehmet są kilkunastoletnimi pryszczatymi wyrostkami...
5. Może kiedyś jakiś poważny fotoreportaż z zakładu fryzjerskiego?
6. Pan Mistrz nieśmiało mrucząc podcinał i podcinał, następnie wysuszył mi głowę naturalnie by sprawdzić, jak się będą układały, a potem zawołał pomocnika i ułożył mi włosy na suszarkę i szczotkę (czyli tak jakby je katować prostownicą a nawet lepiej), nie używając ani grama jakiegokolwiek środka utrwalającego
7. Pan Mistrz już mnie zna, wie, że nie lubię spędzać czasu przed lustrem i potrzebuję fryzury dostosowanej do struktury włosów i spełnił w stu procentach moje wymagania.
8. Cała przyjemność kosztowała mnie jedyne 30 lir, czyli około 55 zł.
9. Minął cały dzień i dochodzę do wniosku, że o ile Polakom i Turkom z tak zwanego najbliższego grona fryzura się podoba, o tyle zmieniło to mój turecki image w Alanyi. Niniejszym wszyscy biorą mnie od razu za cudzoziemkę. I to mimo, że mówię po turecku - ba, odpowiadają mi wtedy po angielsku! O ile kiedyś mogłam dość udanie udawać, że jestem tutejsza, o tyle teraz obawiam się, że nie wrobię nikogo nawet na minutę!
10. Punkt 9 nie jest oczywiście bardzo ważny, raczej śmieszny, ale skłania do refleksji.
11. Więcej nic nie napiszę, bo jestem wciąż w trakcie leczenia kanałowego, i za bardzo się skupiam na moim zębie. Ale idzie ku dobremu, idzie.
PS. Piszę rzadko, bo pisanie bloga wymaga zaangażowania umysłowego, chwili skupienia, a w tej chwili z racji pracy o to trudno. Starzy czytelnicy wiedzą, bo to się powtarza co roku :) Postaram się oczywiście publikować coś minimum co tydzień, w okolicach środy, natomiast jeśli komuś brakuje newsów z Turcji, zaglądajcie na stronę facebookową - łatwiej czasem wrzucić jedno zdjęcie czy link, notkę, żarcik, niż napisać długi i sensowny tekst. Zapraszam :)
1. Zachwycałam się jak zwykle długością mycia włosów przez pomocnika i przyjemnością płynącą z masażu skóry głowy.
2. Zostałam przez pomocnika wzięta za Turczynkę, co mi się ostatnio często zdarza, zbyt często. Pomocnik spytał czy jestem z Alanyi. Dzień wcześniej na straganie pan sprzedający truskawki westchnął z ulgą "wreszcie Turczynka, od rana obsługuję samych cudzoziemców" (w sensie, że ciężko mu się z nimi dogadać).
3. Pan Mistrz fryzjer usłyszawszy, że chcę cięcie wygodne w pielęgnacji latem, obiecał, że faktycznie takie będzie. Obciął mnie krótko, bardzo krótko... - i przyznam, że jest wygodnie.
4. W międzyczasie, kiedy coś było mu potrzebne, wołał pomocników per "Panie Ibrahimie", "Panie Mehmecie", co zauważam w salonach fryzjerskich jest normą, i zawsze bardzo mnie intryguje, bo zarówno Pan Ibrahim jak i Pan Mehmet są kilkunastoletnimi pryszczatymi wyrostkami...
5. Może kiedyś jakiś poważny fotoreportaż z zakładu fryzjerskiego?
6. Pan Mistrz nieśmiało mrucząc podcinał i podcinał, następnie wysuszył mi głowę naturalnie by sprawdzić, jak się będą układały, a potem zawołał pomocnika i ułożył mi włosy na suszarkę i szczotkę (czyli tak jakby je katować prostownicą a nawet lepiej), nie używając ani grama jakiegokolwiek środka utrwalającego
7. Pan Mistrz już mnie zna, wie, że nie lubię spędzać czasu przed lustrem i potrzebuję fryzury dostosowanej do struktury włosów i spełnił w stu procentach moje wymagania.
8. Cała przyjemność kosztowała mnie jedyne 30 lir, czyli około 55 zł.
9. Minął cały dzień i dochodzę do wniosku, że o ile Polakom i Turkom z tak zwanego najbliższego grona fryzura się podoba, o tyle zmieniło to mój turecki image w Alanyi. Niniejszym wszyscy biorą mnie od razu za cudzoziemkę. I to mimo, że mówię po turecku - ba, odpowiadają mi wtedy po angielsku! O ile kiedyś mogłam dość udanie udawać, że jestem tutejsza, o tyle teraz obawiam się, że nie wrobię nikogo nawet na minutę!
10. Punkt 9 nie jest oczywiście bardzo ważny, raczej śmieszny, ale skłania do refleksji.
11. Więcej nic nie napiszę, bo jestem wciąż w trakcie leczenia kanałowego, i za bardzo się skupiam na moim zębie. Ale idzie ku dobremu, idzie.
PS. Piszę rzadko, bo pisanie bloga wymaga zaangażowania umysłowego, chwili skupienia, a w tej chwili z racji pracy o to trudno. Starzy czytelnicy wiedzą, bo to się powtarza co roku :) Postaram się oczywiście publikować coś minimum co tydzień, w okolicach środy, natomiast jeśli komuś brakuje newsów z Turcji, zaglądajcie na stronę facebookową - łatwiej czasem wrzucić jedno zdjęcie czy link, notkę, żarcik, niż napisać długi i sensowny tekst. Zapraszam :)
środa, 2 maja 2012
ŚWIĘTO PRACY I INNE OPOWIEŚCI
1. O Święcie Pracy, które obchodzone jest także w Turcji 1 maja, przypomniałam sobie kiedy trafiłam na trzy zamknięte apteki z rzędu. Najpierw pomyślałam że to najwidoczniej strajk aptekarzy, bo faktycznie tak to wyglądało: wszystkie inne punkty handlowe i sklepy w Alanyi były normalnie otwarte, na ulicach ruch i gwar. To nie tak jak w Polsce, gdzie miasto wymarłe i wszyscy na grillu (ech!)... W końcu trafiłam na aptekę dyżurną i przypomniało mi się, że jest święto. Następnie pokornie wróciłam do pracy - w turystyce dni wolne nie występują :)
2. O ile w zeszłym roku zmorą były wizyty na policji w celu wyrobienia wizy pracowniczej, o tyle w tym roku poszło jak po maśle, za to borykamy się z czym innym... mianowicie Turecką Telekomunikacją. Dzieją się rzeczy tak absurdalne, że aż wymagają uwiecznienia na blogu. Po pierwsze: zapisany na mnie numer telefonu biurowego został przepisany na firmę. W marcu. Kiedy wczoraj ktoś z Telekomunikacji zadzwonił, żeby sprzedać kolejną "nadzwyczajnie korzystną" ofertę internetową okazało się, że telefon zapisany jest ... tak tak, nadal na mnie. Mimo, że podpisana została nowa umowa, przybite pieczątki, i dopełnione wszystkie inne formalności, fakt zmiany właściciela nadal nie dotarł do centrali.
Ale to nie koniec. Po drugie: tego samego dnia, kiedy przepisywaliśmy telefon, zamówiliśmy odrębny numer faxu. I znów dopełniono całej biurokracji, wypełniono formularze, wybrano numer, złożono podpisy i przybito pieczątki. Przy okazji wypiliśmy z pracownikami Telekomunikacji kilka herbatek, porozmawialiśmy o tym i owym, niemalże zaprzyjaźniając się z całą obsługą, a ja wychodziłam z budynku oszołomiona tym, jak moje stare teorie o załatwianiu interesów w Turcji idealnie się sprawdzają. Teraz myślę sobie, że w załatwianiu spraw chodzi właśnie o to gadanie i herbatki, a sprawa jak leżała, tak leży. I oto po dwóch miesiącach okazało się, że nasz numer faxu został przydzielony komuś innemu! Po tym jak wydrukowaliśmy wizytówki, broszurki i zapragnęliśmy pracować jak cywilizowani ludzie. Teraz więc trwają negocjacje z używającą numeru panią (osobą prywatną), aby oddała nam należący do nas numer.
Czy nie brzmi to wszystko jakoś dziwnie znajomo? :)
3. Dla kontrastu byłam wczoraj u dentysty. Ząb zaczął dość dotkliwie przypominać o swojej obecności. Kilkoro znajomych poleciło mi klinikę, ponoć jedną z pierwszych prywatnych w Alanyi. Być może nie jestem na bieżąco ze stomatologią, ale poziom obsługi i sprzęt zrobiły na mnie niesłychane wrażenie. Kiedy zobaczyłam że pani doktor aby zobaczyć, co dzieje się w zębie, zanim rozwiercać starą plombę i przyglądać się, robi zdjęcie rentgenowskie... kiedy aparat do zdjęcia był wielkości dwóch centymetrów kwadratowych i przyłożono mi go do samego zęba... kiedy zdjęcie pokazało się na monitorze lcd przed moimi oczami po mniej więcej 5 sekundach... i na koniec kiedy pani doktor cierpliwie tłumaczyła mi (nie znającej kompletnie tureckiej terminologii medycznej) wszystko co planuje w zębie majstrować i pytała mnie o zgodę, oraz zapisała antybiotyk jako przygotowanie do leczenia kanałowego... - a cena wszystkich tych 'przyjemności' to ledwo 70zł!
4. Wszyscy wciąż do mnie piszą z dumą z Polski opowiadając, ile to u Was "w kraju" nie jest stopni. No wspaniale, proszę się Szanowni Państwo cieszyć bo pewnie długo to nie potrwa. Za to u nas na pewno chłodniej, ledwo 20-25 stopni, a dziś cały dzień zachmurzenie i przelotne deszcze. Przyznam szczerze, że uwielbiam taką pogodę. Jeszcze można się nacieszyć ciepłem-ale-nie-gorącem, poczuć powiew chłodnego wiaterku a nawet lekko zmarznąć. Od niedawna pomykam na rowerze, więc jest dodatkowa przyjemność.
W poniedziałek prowadziłam wycieczkę do Pamukkale - na tarasach spaliłam sobie nos na czerwono, a z racji że mam zadarty... to wyglądam jak wyglądam. Zresztą zapomniałam kapelusza w autobusie (Pani Pilot! Ale wstyd!) - i wraz z całą grupą wyglądaliśmy jak takie pomidorki. Tak więc ku przestrodze, do Pamukkale jedźcie (tarasy wyglądają super, jak się ze zbocza po nich schodzi, bajka), ale uważajcie na spiekotę, nie zapomnijcie kapeluszy w autokaru i lepiej nasmarujcie się grubo kremem :)
A poniżej kilka zdjęć obiecanych ze Stambułu jeszcze.

Piątek 13-go na Istiklal, zamieszanie, samochody dostawcze, tramwaj i turyści. A wieczorem mniej samochodów i więcej ludzi, ale efekt ten sam. I tak uwielbiam.

Najlepsze śniadanie w Stambule: simit jeszcze ciepły, i hajda na prom, tam do kompletu cay. I nic wiecej nie potrzeba.

Oklepany stambulski klasyk, podobnie jak koty - te same widoki, wciąż nowe zdjęcia.

Poranny widok z hotelu, w którym nocowałam z grupą w dzielnicy Beyoglu.

Dzielnica turystyczna Sultanahmet.

Tego dnia pełno się kręciło ekip jakichś zapewne programów podróżniczych.

O, tu też.

Relacja sprzed Hagii Sofii :)
Mam jeszcze zdjęcia nocne ze Stambułu, co prawda nie byłam wyposażona w odpowiedni obiektyw, ale coś tam widać. Żeby jednak się nie dublować podaję link do ich obejrzenia: Kliknij: Nocny rejs po Bosforze
I do następnego majowego razu, Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!
2. O ile w zeszłym roku zmorą były wizyty na policji w celu wyrobienia wizy pracowniczej, o tyle w tym roku poszło jak po maśle, za to borykamy się z czym innym... mianowicie Turecką Telekomunikacją. Dzieją się rzeczy tak absurdalne, że aż wymagają uwiecznienia na blogu. Po pierwsze: zapisany na mnie numer telefonu biurowego został przepisany na firmę. W marcu. Kiedy wczoraj ktoś z Telekomunikacji zadzwonił, żeby sprzedać kolejną "nadzwyczajnie korzystną" ofertę internetową okazało się, że telefon zapisany jest ... tak tak, nadal na mnie. Mimo, że podpisana została nowa umowa, przybite pieczątki, i dopełnione wszystkie inne formalności, fakt zmiany właściciela nadal nie dotarł do centrali.
Ale to nie koniec. Po drugie: tego samego dnia, kiedy przepisywaliśmy telefon, zamówiliśmy odrębny numer faxu. I znów dopełniono całej biurokracji, wypełniono formularze, wybrano numer, złożono podpisy i przybito pieczątki. Przy okazji wypiliśmy z pracownikami Telekomunikacji kilka herbatek, porozmawialiśmy o tym i owym, niemalże zaprzyjaźniając się z całą obsługą, a ja wychodziłam z budynku oszołomiona tym, jak moje stare teorie o załatwianiu interesów w Turcji idealnie się sprawdzają. Teraz myślę sobie, że w załatwianiu spraw chodzi właśnie o to gadanie i herbatki, a sprawa jak leżała, tak leży. I oto po dwóch miesiącach okazało się, że nasz numer faxu został przydzielony komuś innemu! Po tym jak wydrukowaliśmy wizytówki, broszurki i zapragnęliśmy pracować jak cywilizowani ludzie. Teraz więc trwają negocjacje z używającą numeru panią (osobą prywatną), aby oddała nam należący do nas numer.
Czy nie brzmi to wszystko jakoś dziwnie znajomo? :)
3. Dla kontrastu byłam wczoraj u dentysty. Ząb zaczął dość dotkliwie przypominać o swojej obecności. Kilkoro znajomych poleciło mi klinikę, ponoć jedną z pierwszych prywatnych w Alanyi. Być może nie jestem na bieżąco ze stomatologią, ale poziom obsługi i sprzęt zrobiły na mnie niesłychane wrażenie. Kiedy zobaczyłam że pani doktor aby zobaczyć, co dzieje się w zębie, zanim rozwiercać starą plombę i przyglądać się, robi zdjęcie rentgenowskie... kiedy aparat do zdjęcia był wielkości dwóch centymetrów kwadratowych i przyłożono mi go do samego zęba... kiedy zdjęcie pokazało się na monitorze lcd przed moimi oczami po mniej więcej 5 sekundach... i na koniec kiedy pani doktor cierpliwie tłumaczyła mi (nie znającej kompletnie tureckiej terminologii medycznej) wszystko co planuje w zębie majstrować i pytała mnie o zgodę, oraz zapisała antybiotyk jako przygotowanie do leczenia kanałowego... - a cena wszystkich tych 'przyjemności' to ledwo 70zł!
4. Wszyscy wciąż do mnie piszą z dumą z Polski opowiadając, ile to u Was "w kraju" nie jest stopni. No wspaniale, proszę się Szanowni Państwo cieszyć bo pewnie długo to nie potrwa. Za to u nas na pewno chłodniej, ledwo 20-25 stopni, a dziś cały dzień zachmurzenie i przelotne deszcze. Przyznam szczerze, że uwielbiam taką pogodę. Jeszcze można się nacieszyć ciepłem-ale-nie-gorącem, poczuć powiew chłodnego wiaterku a nawet lekko zmarznąć. Od niedawna pomykam na rowerze, więc jest dodatkowa przyjemność.
W poniedziałek prowadziłam wycieczkę do Pamukkale - na tarasach spaliłam sobie nos na czerwono, a z racji że mam zadarty... to wyglądam jak wyglądam. Zresztą zapomniałam kapelusza w autobusie (Pani Pilot! Ale wstyd!) - i wraz z całą grupą wyglądaliśmy jak takie pomidorki. Tak więc ku przestrodze, do Pamukkale jedźcie (tarasy wyglądają super, jak się ze zbocza po nich schodzi, bajka), ale uważajcie na spiekotę, nie zapomnijcie kapeluszy w autokaru i lepiej nasmarujcie się grubo kremem :)
A poniżej kilka zdjęć obiecanych ze Stambułu jeszcze.

Piątek 13-go na Istiklal, zamieszanie, samochody dostawcze, tramwaj i turyści. A wieczorem mniej samochodów i więcej ludzi, ale efekt ten sam. I tak uwielbiam.

Najlepsze śniadanie w Stambule: simit jeszcze ciepły, i hajda na prom, tam do kompletu cay. I nic wiecej nie potrzeba.

Oklepany stambulski klasyk, podobnie jak koty - te same widoki, wciąż nowe zdjęcia.

Poranny widok z hotelu, w którym nocowałam z grupą w dzielnicy Beyoglu.

Dzielnica turystyczna Sultanahmet.

Tego dnia pełno się kręciło ekip jakichś zapewne programów podróżniczych.

O, tu też.

Relacja sprzed Hagii Sofii :)
Mam jeszcze zdjęcia nocne ze Stambułu, co prawda nie byłam wyposażona w odpowiedni obiektyw, ale coś tam widać. Żeby jednak się nie dublować podaję link do ich obejrzenia: Kliknij: Nocny rejs po Bosforze
I do następnego majowego razu, Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!
niedziela, 22 kwietnia 2012
PO NIEOBECNOŚCI & REKLAMA MIESIĄCA
Trudno pisać notkę po jakiejś niezapowiedzianej dłużej nieobecności na blogu, bo nie wiadomo od czego zacząć. Czy się tłumaczyć, czy może zachowywać się jak gdyby nigdy nic :)
Od czasu ostatniej notki o reklamach były przecież Święta Wielkanocne (moje pierwsze od paru lat w Polsce), potem dużo załatwiania wizowego w związku z pracą w sezonie, a potem nie wiedzieć kiedy siedziałam już w samolocie do Stambułu. W Stambule spędziłam dwa szalone dni, powód był czysto zawodowy ('odprawiałam' naszą grupę studyjną na wycieczkę po Turcji), ale starałam się wyciągnąć z kolejnego krótkiego pobytu w Magicznym Mieście jednocześnie coś dla siebie prywatnie. Nie bardzo się udało (ostatnio mam duże problemy z organizacją czasu, czyżby jakiś kryzys egzystencjalny albo po prostu negatywny wpływ Turcji na moją poznańską duszę?), a wręcz skończyło się tym, że drapanie w gardle, które przywiozłam z Polski, zamieniło się w poważne choróbsko. Po przedostaniu się do Alanyi zamiast przygotowywać się do sezonu, czytaj: pracować w pocie czoła, cały niemal tydzień spędziłam owszem pocąc się, ale w domu przykryta kocem, nie mając nawet sił czytać książki, nie mówiąc o bardziej skomplikowanych czynnościach.
Szybko przeleciała ta zima, mamy wiosne, a ja czuję się już teraz bardzo zmęczona. Myślę, że jak dojdę do siebie za dni parę (co mam nadzieję w końcu nastąpi) poczuję przypływ energii. Tym bardziej, że pogoda sprzyja. Z dnia na dzień jest cieplej i bardziej słonecznie, w niektórych basenach napuszczono już wodę, a niemieccy i skandynawscy emeryci zaczęli z tego dobrodziejstwa skwapliwie korzystać.
Tymczasem, aby nie pozostawiać Was w klimatach nieaktrakcyjnych czytelniczo, publikuję reklamę pt. "Pewnej soboty w Stambule", którą ostatnio zamęczam wszystkich. Cóż, nic nie poradzę na to, że tak bardzo mi się podoba ;)
Reklama mimo że promuje angielski samochód, została nakręcona w Turcji i jest tak bardzo turecka, że już bardziej nie można... po pierwsze: Stambuł i most na Bosforze. Po drugie: dwóch tak zwanych "łepków", przekomicznych standardowych "nowobogackich" Turków. I po trzecie (i pewnie najważniejsze): Uczciwy starszy pan (jak nazywają takich Turcy 'amca', czyli wujek) oddający wyrzucony portfel. Na stronie facebookowej, której też tą reklamę zamieściłam jeden z Czytelników słusznie zwrócił uwagę, że pewnie w Polsce taka scena nie miałaby sensu... zresztą zobaczmy:
I jak się podoba? Ja dla samej muzyki (stary kawałek Orhana Gencebaya), "śmiechu mew", miny starszego'amca' i głupich wyrazów twarzy dwóch bohaterów głównych, zdecydowanie wybieram ten spot reklamą miesiąca :)
PS. Warto przypomnieć, że jutro w Turcji jest obchodzony Dzień Dziecka! Wszystkim dzieciom tym małym i całkiem dużym, życzymy więc, aby minął w radosny i niezapomniany sposób!
Od czasu ostatniej notki o reklamach były przecież Święta Wielkanocne (moje pierwsze od paru lat w Polsce), potem dużo załatwiania wizowego w związku z pracą w sezonie, a potem nie wiedzieć kiedy siedziałam już w samolocie do Stambułu. W Stambule spędziłam dwa szalone dni, powód był czysto zawodowy ('odprawiałam' naszą grupę studyjną na wycieczkę po Turcji), ale starałam się wyciągnąć z kolejnego krótkiego pobytu w Magicznym Mieście jednocześnie coś dla siebie prywatnie. Nie bardzo się udało (ostatnio mam duże problemy z organizacją czasu, czyżby jakiś kryzys egzystencjalny albo po prostu negatywny wpływ Turcji na moją poznańską duszę?), a wręcz skończyło się tym, że drapanie w gardle, które przywiozłam z Polski, zamieniło się w poważne choróbsko. Po przedostaniu się do Alanyi zamiast przygotowywać się do sezonu, czytaj: pracować w pocie czoła, cały niemal tydzień spędziłam owszem pocąc się, ale w domu przykryta kocem, nie mając nawet sił czytać książki, nie mówiąc o bardziej skomplikowanych czynnościach.
Szybko przeleciała ta zima, mamy wiosne, a ja czuję się już teraz bardzo zmęczona. Myślę, że jak dojdę do siebie za dni parę (co mam nadzieję w końcu nastąpi) poczuję przypływ energii. Tym bardziej, że pogoda sprzyja. Z dnia na dzień jest cieplej i bardziej słonecznie, w niektórych basenach napuszczono już wodę, a niemieccy i skandynawscy emeryci zaczęli z tego dobrodziejstwa skwapliwie korzystać.
Tymczasem, aby nie pozostawiać Was w klimatach nieaktrakcyjnych czytelniczo, publikuję reklamę pt. "Pewnej soboty w Stambule", którą ostatnio zamęczam wszystkich. Cóż, nic nie poradzę na to, że tak bardzo mi się podoba ;)
Reklama mimo że promuje angielski samochód, została nakręcona w Turcji i jest tak bardzo turecka, że już bardziej nie można... po pierwsze: Stambuł i most na Bosforze. Po drugie: dwóch tak zwanych "łepków", przekomicznych standardowych "nowobogackich" Turków. I po trzecie (i pewnie najważniejsze): Uczciwy starszy pan (jak nazywają takich Turcy 'amca', czyli wujek) oddający wyrzucony portfel. Na stronie facebookowej, której też tą reklamę zamieściłam jeden z Czytelników słusznie zwrócił uwagę, że pewnie w Polsce taka scena nie miałaby sensu... zresztą zobaczmy:
I jak się podoba? Ja dla samej muzyki (stary kawałek Orhana Gencebaya), "śmiechu mew", miny starszego'amca' i głupich wyrazów twarzy dwóch bohaterów głównych, zdecydowanie wybieram ten spot reklamą miesiąca :)
PS. Warto przypomnieć, że jutro w Turcji jest obchodzony Dzień Dziecka! Wszystkim dzieciom tym małym i całkiem dużym, życzymy więc, aby minął w radosny i niezapomniany sposób!
sobota, 31 marca 2012
Kilka reklam na wiosnę
Dzisiaj będzie radośnie, przyjemnie, pozytywnie. Kilka tureckich reklam, które ostatnio wpadły mi w oko (wiecie, że oglądam ich dość dużo). Nie dość, że nienachalnie optymistyczne, to przy okazji niedużo się w nich gada, więc nawet nie władający tureckim Czytelnicy mogą je spokojnie obejrzeć.
Na początek reklama najnowsza, prosta, ale oparta na oryginalnym pomyśle:
W ten sprytny sposób reklamuje swoją nową usługę telewizja cyfrowa. Dzięki specjalnej opcji możemy zatrzymać wszelkie pokazywane w telewizji programy i obejrzeć je wtedy, kiedy mamy na to ochotę. Dotychczas to my czekaliśmy na ulubione programy w tv. Teraz będzie odwrotnie. Spot przedstawia więc czekających na nas filmowych bohaterów - włącznie z panterą i kreskówkowym ptaszkiem Twieetie (chyba tak się nazywał?). Trzeba przyznać, że widok drzemiącego w oczekiwaniu Pirata z Karaibów rozśmiesza i robi wrażenie :)
Poniżej jeszcze jedna reklama tej samej telewizji, ale tym razem prezentowana nam jest usługa oferująca możliwość zatrzymywania jednego z nadawanych w tym samym czasie programów, aby obejrzeć go później. Przy okazji mecze i serial "Wspaniałe stulecie" (który opowiada o czasach Suleymana Wspaniałego) to pewnie jedne z najpopularniejszych programów w tureckiej tv, wybór ich do reklamy wydaje się więc uzasadniony :)
Poniżej kolejne dwie reklamy jednej firmy, tym razem opon:
W pierwszej reklamie występuje turecka mistrzyni świata w nurkowaniu, w reklamie drugiej, tak dla kontrastu - mistrz świata w bilardzie. Trzeba przyznać, że koncepcja spotów jest świetnie dopracowana i robi wrażenie. W tle piosenkarz Mazhar Alanson głosem idealnie dopasowanym do klimatu, wyśpiewuje: "Będę stąpał solidnie* przez życie, będę stąpał solidnie przez życie. A jeśli solidnie, to LASSA" [to już gra słów związana z nazwą marki opon].
*słówko 'sağlam' - znaczy też 'zdrowo', 'mocno' - warto je zapamiętać :)
Poniżej reklama, na której początku zostaje nam zadane pytanie: co najdziwniejszego możemy zrobić w naszym banku? I pokazuje listę błędnych odpowiedzi:
Na końcu okazuje się, że najśmieszniejsza i nie budząca zrozumienia jest prośba o wypłatę pieniędzy z naszej lokaty. Na szczęście teraz w banku F. jest to już możliwe :) - reklama do najinteligentniejszych nie należy, ale publikuję tutaj ze względu na naprawdę dobrą scenę tańca kolbastı, którą zachwycają się także sami Turcy :)
Następna reklama, muzyczna, ale w bardziej tradycyjnym stylu:
Oto przeróbka starej piosenki Zeki Mürena w reklamie.... chyba wielu miłośnikom Turcji znanych, słynnych ciasteczek Tutku! Samo słówko 'tutku' znaczy 'pasja', 'namiętność', o czym warto wiedzieć kupując ciasteczka po raz pierwszy (można je dostać w Polsce).
Szukając tej reklamy w internecie natknęłam się na wersję, której w telewizji nie pokazywano, a szkoda:
I jak się podobało? :)
Poniżej jeszcze jedna reklama w której muzyka bezpośrednio cytuje stare tureckie przeboje - to chyba patent na sukces marketingowy, bo wiele reklam opiera się na takim schemacie, i większość budzi pozytywne reakcje:
Wykorzystano tu hit: "Hoşgeldin Yüreğime" czyli "Witaj w moim sercu" wykonywany m.in. przez bardzo charakterystycznego gwiazdora (a może gwiazdorkę? Ciężko ostatnio stwierdzić) pop o nazwisku Fatih Yurek. Mnie w reklamie przede wszystkim podoba się numer z koszulkami, gdzie zaprezentowano ofertę i zalety nowej taryfy komórkowej. Śmieszy mnie też moment, kiedy śpiewa się słowa 'Turkcel-li-li-li-li-li-li.." czyli coś w rodzaju "Turkcellowcy" (abonenci tej sieci) - Turcy naprawdę uwielbiają się bawić swoim językiem i to widać na każdym kroku.
A teraz... coś, co jest smakowitym kąskiem dla nas, pochodzących z kręgu zupełnie innej kultury. Reklama o obrzezaniu! No, może nie dosłownie, ale bohaterami są chłopcy i ich przygody podczas tego "wielkiego dnia" przemiany w mężczyznę.
Jednym z najpopularniejszych strojów chłopiecych podczas tego święta jest strój.. powiedzmy "padyszacha" - i często można zaobserwować całe gromady chłopców w miastach ubranych identycznie. W reklamie mamy ten sam schemat, niesfornych, psocących, biegających 'młodych mężczyzn', których uwaga skupiła się na jedzącej ze smakiem czekoladę dziewczynce... I jak się okazuje goniąc za nią trafili do sali, w której będzie się odbywała uroczystość. W jednej z ostatnich scen są już w szpitalu i dla "ukojenia" pogryzają wspomnianą czekoladę. Slogan głosi: "Hayat bize hep tatli" (Życie jest dla nas wciąż słodkie) - i to mimo zabiegu :)
Na koniec coś z klimatu romantycznych wyciskaczy łez. Po prostu reklama - bajka na dobranoc. Możecie ją spokojnie oglądać przed pójściem spać:
W sloganie firma mleczarska woła "Podążaj naszymi śladami"! Pamiętajcie więc o szklance gorącego mleka przed snem :)
Życząc miłej niedzieli, i przypominając o symbolicznej akcji "Godzina dla Ziemi" dzisiaj o 20.30 :) - kłania się z wyrazami uszanowania
Skylar
Na początek reklama najnowsza, prosta, ale oparta na oryginalnym pomyśle:
W ten sprytny sposób reklamuje swoją nową usługę telewizja cyfrowa. Dzięki specjalnej opcji możemy zatrzymać wszelkie pokazywane w telewizji programy i obejrzeć je wtedy, kiedy mamy na to ochotę. Dotychczas to my czekaliśmy na ulubione programy w tv. Teraz będzie odwrotnie. Spot przedstawia więc czekających na nas filmowych bohaterów - włącznie z panterą i kreskówkowym ptaszkiem Twieetie (chyba tak się nazywał?). Trzeba przyznać, że widok drzemiącego w oczekiwaniu Pirata z Karaibów rozśmiesza i robi wrażenie :)
Poniżej jeszcze jedna reklama tej samej telewizji, ale tym razem prezentowana nam jest usługa oferująca możliwość zatrzymywania jednego z nadawanych w tym samym czasie programów, aby obejrzeć go później. Przy okazji mecze i serial "Wspaniałe stulecie" (który opowiada o czasach Suleymana Wspaniałego) to pewnie jedne z najpopularniejszych programów w tureckiej tv, wybór ich do reklamy wydaje się więc uzasadniony :)
Poniżej kolejne dwie reklamy jednej firmy, tym razem opon:
W pierwszej reklamie występuje turecka mistrzyni świata w nurkowaniu, w reklamie drugiej, tak dla kontrastu - mistrz świata w bilardzie. Trzeba przyznać, że koncepcja spotów jest świetnie dopracowana i robi wrażenie. W tle piosenkarz Mazhar Alanson głosem idealnie dopasowanym do klimatu, wyśpiewuje: "Będę stąpał solidnie* przez życie, będę stąpał solidnie przez życie. A jeśli solidnie, to LASSA" [to już gra słów związana z nazwą marki opon].
*słówko 'sağlam' - znaczy też 'zdrowo', 'mocno' - warto je zapamiętać :)
Poniżej reklama, na której początku zostaje nam zadane pytanie: co najdziwniejszego możemy zrobić w naszym banku? I pokazuje listę błędnych odpowiedzi:
Na końcu okazuje się, że najśmieszniejsza i nie budząca zrozumienia jest prośba o wypłatę pieniędzy z naszej lokaty. Na szczęście teraz w banku F. jest to już możliwe :) - reklama do najinteligentniejszych nie należy, ale publikuję tutaj ze względu na naprawdę dobrą scenę tańca kolbastı, którą zachwycają się także sami Turcy :)
Następna reklama, muzyczna, ale w bardziej tradycyjnym stylu:
Oto przeróbka starej piosenki Zeki Mürena w reklamie.... chyba wielu miłośnikom Turcji znanych, słynnych ciasteczek Tutku! Samo słówko 'tutku' znaczy 'pasja', 'namiętność', o czym warto wiedzieć kupując ciasteczka po raz pierwszy (można je dostać w Polsce).
Szukając tej reklamy w internecie natknęłam się na wersję, której w telewizji nie pokazywano, a szkoda:
I jak się podobało? :)
Poniżej jeszcze jedna reklama w której muzyka bezpośrednio cytuje stare tureckie przeboje - to chyba patent na sukces marketingowy, bo wiele reklam opiera się na takim schemacie, i większość budzi pozytywne reakcje:
Wykorzystano tu hit: "Hoşgeldin Yüreğime" czyli "Witaj w moim sercu" wykonywany m.in. przez bardzo charakterystycznego gwiazdora (a może gwiazdorkę? Ciężko ostatnio stwierdzić) pop o nazwisku Fatih Yurek. Mnie w reklamie przede wszystkim podoba się numer z koszulkami, gdzie zaprezentowano ofertę i zalety nowej taryfy komórkowej. Śmieszy mnie też moment, kiedy śpiewa się słowa 'Turkcel-li-li-li-li-li-li.." czyli coś w rodzaju "Turkcellowcy" (abonenci tej sieci) - Turcy naprawdę uwielbiają się bawić swoim językiem i to widać na każdym kroku.
A teraz... coś, co jest smakowitym kąskiem dla nas, pochodzących z kręgu zupełnie innej kultury. Reklama o obrzezaniu! No, może nie dosłownie, ale bohaterami są chłopcy i ich przygody podczas tego "wielkiego dnia" przemiany w mężczyznę.
Jednym z najpopularniejszych strojów chłopiecych podczas tego święta jest strój.. powiedzmy "padyszacha" - i często można zaobserwować całe gromady chłopców w miastach ubranych identycznie. W reklamie mamy ten sam schemat, niesfornych, psocących, biegających 'młodych mężczyzn', których uwaga skupiła się na jedzącej ze smakiem czekoladę dziewczynce... I jak się okazuje goniąc za nią trafili do sali, w której będzie się odbywała uroczystość. W jednej z ostatnich scen są już w szpitalu i dla "ukojenia" pogryzają wspomnianą czekoladę. Slogan głosi: "Hayat bize hep tatli" (Życie jest dla nas wciąż słodkie) - i to mimo zabiegu :)
Na koniec coś z klimatu romantycznych wyciskaczy łez. Po prostu reklama - bajka na dobranoc. Możecie ją spokojnie oglądać przed pójściem spać:
W sloganie firma mleczarska woła "Podążaj naszymi śladami"! Pamiętajcie więc o szklance gorącego mleka przed snem :)
Życząc miłej niedzieli, i przypominając o symbolicznej akcji "Godzina dla Ziemi" dzisiaj o 20.30 :) - kłania się z wyrazami uszanowania
Skylar
Subskrybuj:
Posty (Atom)