czwartek, 9 grudnia 2010

WSPANIAŁA URFA

Şanlıurfa (czyli 'wspaniała' Urfa) była naszym kolejnym bazowym punktem na trasie. Już kiedyś, słysząc samą nazwę, wiedziałam że to miasto przypadnie mi do gustu. Potem, studiując przewodniki i zdjęcia przed wyjazdem, wpadłam w stan niecierpliwego oczekiwania. Miasto będące swoistym odpowiednikiem polskiej Częstochowy, z powodu kilku dość istotnych miejsc dla muzułmanów. Z tego względu mieszkańcy Urfy przyzwyczajeni są do turystów, choć jednak przede wszystkim Turków... lub z krajów arabskich. Najciekawsze zabytki mieszczą się w pobliżu "Balıklı Göl" czyli stawku zamieszkanego przez ogromne ilości... karpi (w które wedle legendy ponoć zostały zamienione polana ze stosu Abrahama/Ibrahima). Stawek ten i mieszczące się w pobliżu meczety są najistotniejszymi miejscami, dlatego oglądając tłuste kotłujące się w wodzie karpie trzeba szybko wyzbyć się europejskiej perspektywy ;)
Miasto pełne jest (oczywiście) zawiłych uliczek, domów typowo po arabsku ukrytych za grubymi murami, z widocznymi jedynie fantazyjnie przyozdobionymi masywnymi drzwiami - najczęściej niebieskimi (taka magiczna funkcja). Często nad nimi znajdują się wykaligrafowane wersety z Koranu - też pewnie w celach "zabezpieczających". Piękny widok gwarantuje wspięcie się na Urfa Kalesi (twierdzę), kolejny z najbardziej istotnych zabytków.

W Urfie nadal słyszeliśmy na każdym kroku kurdyjski, ale także arabski - a może to był tylko inny akcent tureckiego... Fakt, że miasto etnicznie jest na pewno mocno "wymieszane". Duże, gwarne, ale oczywiście bardzo tradycyjne - procent kobiet w chustkach jest tu bardzo duży. Choć najwięcej było widać chustki w romantycznym kolorze lila - także u mężczyzn! Jak dowiedzieliśmy się od mieszkańców Urfy, taki kolor chust noszą Kurdowie. A dlaczego mężczyźni? Oto luźno zarzucona na
głowę chusta, z końcówką niekiedy fantazyjnie przewieszoną przez ramię, to kurdyjski odpowiednik arabskiego męskiego nakrycia głowy. Służy w obu przypadkach po prostu do wszystkiego: jako ochrona od słońca, obrus, ściereczka do rąk lub do stołu, i tak dalej - podejrzewam że zastosowanie ogranicza tylko wyobraźnia noszącego.

Widzieliśmy także kobiety w bajecznie połyskujących ubraniach. Jak się okazuje kurdyjskie wieśniaczki, które wyszywają swoje sukmany cekinami, robią to w celu zaprezentowania poziomu zamożności swojej rodziny (przyszłemu kandydatowi do ślubu) i... chodzą tak na co dzień.

Dużo czasu spędziliśmy na bazarze - takim już typowym, prawie że arabskim, 'suku', gdzie stragany są, jak być powinny, rozmieszczone tematycznie. Fioletowo-liliowych chust była tam cała jedna "uliczka". Trafiliśmy też pod opiekę sprzedawców butów, którzy oczywiście musieli nas poczęstować herbatą i wypytać o wszystko.

O Urfie można by opowiadać bardzo dużo, mimo, że przecież wcale nie byliśmy tam długo. O prostych ludziach, którzy zapraszali nas do swoich sklepików i opowiadali: o swoich rodzinach, polityce, tym, jak istotne jest wykształcenie i że na świecie najważniejsza powinna być tolerancja.
Trzeba też wspomnieć, że nasz pobyt przypadł akurat w czasie, kiedy w Urfie rozpoczynał się festiwal Sıra Gecesi. A jest to rodzaj muzyki, pieśni, często religijnych, wykonywanych przez artystów ustawionych w półokręgu. Taka muzyka kojarzona jest właśnie z Urfą. Niesamowicie było udać się na pierwszy koncert (oczywiście bezpłatny) festiwalu, zostać poczęstowanym mocną kawą (mırrą), rozdawaną wszystkim widzom, zobaczyć rozmaitych Vipów i Prezydenta Miasta. Gdzie zresztą, co warto zaznaczyć, byliśmy pewnie jedynymi cudzoziemcami, budząc sensację :)
Niestety... nie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Przed koncertem udaliśmy się na kolację do restauracji. Tu uwaga: w podróży zazwyczaj nie jadalismy w restauracjach, tylko zwykłych jadłodajniach czy na ulicy (a czasem prosto ze straganu, bazaru itp.). Tak najlepiej; można ocenić czy w danym miejscu jest dużo klientów, czy panuje tam ruch (a jak ruch, to i "przerób" żywności). Taką taktykę zalecam i taką mi zalecano.
Kolacja w ostatni wieczór w Urfie była wyjątkiem. I to niestety bolesnym. Pięknej, klimatycznej restauracji nie zapomnę do końca życia - zatrułam się tam potrawą, której też nigdy już nie zapomnę... Co więcej, zatrucie poczułam po kilku godzinach, najpierw dostając wysokiej gorączki. Pozostałe atrakcje pojawiły się poźniej... Ciężko było, oj ciężko. Z tego też powodu pozostała część wyprawy (Syria i powrót do Turcji) wyglądała zupełnie inaczej niż planowałam... Leczenie żołądka, dieta, syryjski lekarz a potem w Alanyi antybiotyki i znów dieta... Cóż. Na pociechę wmówiłam sobie, że zawsze mogę do Syrii jeszcze wrócić i wszystko nadrobić. Wmówiłam sobie z takim przekonaniem (dni z kisielkami, suchym chlebem i gotowanym ziemniakiem dały mi dużo do myślenia), że wręcz zaplanowałam ponowny wyjazd do Syrii. Ale już nie z przechodzeniem na przejściu granicznym w Kilis. Już nigdy, nigdy żadnego Kilis. O tym dlaczego... w następnym odcinku :)


IMG_3681

IMG_3533

IMG_3477

IMG_2950

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Urfa jest piękna!!Ten święty staw z karpiami to coś niesamowitego!!!i cały kompleks w którym się znajduje!! Oby pojechać tam raz jeszcze!!Pozdrowienia dla autorki tego super bloga!!!izka

Anonimowy pisze...

Ciekawe opisy i zdjecia.
Czekam na ciag dalszy. Pozdrowienia.ma.

Justyna Wiśniewska pisze...

Miasto Urfa kojarzyć mi się będzie do końca życia z firmą autobusową "Urfa Sayahat" i niezapomnianą wycieczką "prawdziwym tureckim autobusem" do Anamur :)

Marlena pisze...

Sama się nakręcam i obawiam się tego;)Zawsze mnie ciągnęło na wschód,ale odradzano i straszono.A jednak dowodzisz tego,że się da:)
pozdrowienia Marlena