niedziela, 27 czerwca 2010

FAKTY I MITY (1)

Nie mam siły.
Jak już się ma ten upragniony wolny dzień, to nagle jakby kończyły się wszystkie zapasy energii i czasami wyjście do sklepu (5 pięter niżej windą plus parę kroków na drugą stronę ulicy) to już nadmierny wysiłek. Nie, żeby moja praca była jakoś specjalnie wyczerpująca. A może i jest - przede wszystkim psychicznie. Ilość spraw, o których trzeba pamiętać, rzeczy do tak zwanego załatwienia... z czasem dochodzę do wniosku że właściwie w 99% praca rezydenta to głównie to "załatwianie" właśnie. Rezydent to taki bufor na wszystko. Czy hotel zachował się nie w porządku, czy linie lotnicze przesunęły lot, czy biuro podróży ma jakiś problem, czy może sam turysta jest jednostką kłopotliwą... w każdym przypadku rezydent jest kimś, kto ma za zadanie załagodzić sprawę. Niekoniecznie rozwiązać - po prostu załagodzić tak, aby "rozeszło się po kościach", żeby wszyscy byli mniej lub bardziej szczęśliwi. Taka uboższa wersja trudnego zawodu mediatora.
Oczywiście to wersja idealna. W wersjach mniej idealnych a bardziej życiowych zawsze będzie ktoś niezadowolony. Wtedy jego narzekania i pretensje wracają jak bumerang do... rezydenta właśnie.

Można być rezydentem zrelaksowanym - pomyśleć sobie - to tylko praca, cóż to. Nie odbierać kłopotliwego telefonu, a potem udawać, że się go odebrać nie mogło (w końcu jestesmy tak zajęci). Można też po prostu "spychać" problemy, odpierać, mniej lub bardziej ostro. Ignorować, nie zauważać. Mieć tak zwany zwis.
To właśnie dzięki takim rezydentom wykształcił się stereotyp pracy w tym zawodzie jako synonimu nieustannych wakacji. W końcu tak blisko plaży, że aż grzech nie pójść. Mówiąc o grzechach, stereotypowi rezydenci bardzo lubią też imprezować, spotykać się na balangach, potem wrzucać na Facebooka zdjęcia z egzotycznych (dla postronnych) wypadów: dzikie ostępy, góry, doliny, lazurowe wybrzeża, tubylcy czy tubylki otaczający naszych bohaterów ramionami, lejące się strumienie kolorowych alkoholi. No i last but not least - firmowe samochody.
Tacy rezydenci mają mocną psychikę - ot, traktuje się turystów tylko jako numer rezerwacji. Tak jest zresztą łatwiej - inaczej można by było zwariować od nadmiaru problemów, którymi się należy przejąć.

Drugim stereotypem jest rezydent wiecznie zapracowany. Zawsze zabiegany, często spóźniony, z teką dokumentów pod pachą, wciąż na telefonie, załatwiający te wszystkie niezwykle ważne sprawy. Zaaferowany, operujący branżowym slangiem. Rezydent taki niemalże chełpi się swoim stanem, tym, ze nie miał czasu zjeść śniadania i obiadu, tym, że nie spał ostatnią noc z powodu dzwoniących telefonów i (na przykład) problemów na lotnisku. Nie mówiąc o chełpieniu się brakiem opalenizny. Wiadomo przecież od lat - dobry rezydent to blady rezydent...

Obie opisane opcje to dwie skrajności. Najlepiej, a jednocześnie najtrudniej, jest znaleźć stan pośrodku. Jak to w życiu. Ciężko się zaangażować w pracę, a jednocześnie nie stracić z pola widzenia troski o samego siebie: o to, żeby nie paść z głodu czy pragnienia, o to, by mieć na bieżąco uprane ubrania... Czy o to, żeby - jako na ogół młoda i aktywna osoba - nie zapomnieć o czymś tak istotnym jak własny czas wolny, który można spędzić na słodkim nieróbstwie, czy na spotkaniach ze znajomymi, nie mówiąc już o banalnej rozmowie z odległą o tysiące kilometrów rodziną. Ciężko też jednocześnie dbać o siebie, a pamiętać o wytycznych firmy, wyrabiać się z raportami, wynikami, spełniać firmowe oczekiwania i zawsze mieć wyprasowany tzw. mundurek. Albo traktować turystów i ich problemy poważnie a jednocześnie nie dać wejść sobie na głowę.


Jest w tej pracy coś niesamowitego, co wciąga tak mocno, że potem ciężko ot tak, po prostu, rzucić to i przestawić się na tryb etatu, biurka i planowania urlopu z półrocznym wyprzedzeniem. Większość rezydentów, pilotów (w tym ja) po prostu nie potrafi już wrócić do tak zwanego "normalnego życia". To musi być znów coś, gdzie trzeba działać, jeździć, podejmować wyzwania. Gdzie wokół jest dużo rozmaitych ludzi. Gdzie nie ma nic przewidywalnego.
W naszej pracy wystarczy jedno podziękowanie sympatycznych turystów, wystarczy parę ciekawych rozmów na wycieczce, albo burza oklasków po jej zakończeniu, wystarczy czysta ludzka życzliwość i zrozumienie dla naszej pracy. I wtedy tak jakby baterie ładowały się od razu w tempie ekspresowym. Zapomina się poprzednie problemy, albo stają się mniej ważne, zapomina się przykre sprawy, ludzi, których w istocie nie warto pamiętać. Zapomina się momenty, kiedy ze zmęczenia i stresu chciało się wszystko rzucać, a czasami płakać.
Tak jakby złe wydarzenia resetowały się, kasowały, i zaczynało się z nową, czystą kartą. A doświadczeniem bogatszym o kolejne niesamowite przygody i wydarzenia.


Ta praca to przygoda, ale i wyzwanie. Sama nie potrafię tego robić na pół gwizdka. Z czasem nauczyłam się dbać także o siebie, a nie całkowicie pochłaniać się w wersji rezydenta zapracowanego. Potrafię też już oddzielać rzeczy ważne od tych, które muszą poczekać. Wiem też, jak "załatwiać" sprawy niezałatwialne. Dziwne, że kilka lat temu drżałam na samą myśl, że będę musiała o coś poprosić, coś zorganizować, wywalczyć, wynegocjować, nie mówiąc o banalnym przemawianiu publicznym! Oj, zmienia się człowiek, zmienia ;)

I dlatego... pora iść dalej. Czasem warto zostawić coś, co się kocha za sobą - by z czasem nie stało się rutyną i niechcianym obowiązkiem. Tak więc... pora na nowe wyzwania. Kto wie, może od przyszłego roku? Szkicowanie planów i poszukiwanie inspiracji rozpoczęte.

A póki co, pora na relaksującą kawę. Jak to w wolny dzień.

6 komentarzy:

krotka pisze...

Zanim nie trafiłam na tego bloga też wychodziłam z założenia, że praca rezydenta to półroczne płatne wakacje. Piękne miejsca, bezstresowa praca, żyć ne umierać. Dopiero po przeczytanu kilku tekstów zobaczyłam, że to co widzą turyści tto tylko fragment tego co się dzieje, że to nie tylko zebranie w holu hotelu, żeby sprzedać wycieczki i potem plaża plaża i jeszcze raz plaża. Nerwy ze stali i twardy tyłek obowiązkowo muszą być na miejscu :) Pozdrawiam serdecznie i dużo wytrwałości ! :)

4emkaa pisze...

jakie PLANY?????????? Skylar nie będzie już rezydentem ????

skylar pisze...

4emka... - jeszcze brakowaloby abym byla rezydentka do konca zycia ;)

Marta pisze...

No nie ma to jak nowe wyzwania! A co z książką? Bo nie wiem czy czegoś nie przegapiłam :P

Anonimowy pisze...

A ja poszukuje informacji czy jest jakies bezposrednie polaczenie miedzy Alania a Antalia???Jesli jest to jak sie ksztaltuja ceny???dzieki

Renata pisze...

A ja bym w tym roku dla odmiany pojechała do Maroka, w październiku, o!