czwartek, 6 listopada 2008

WIZA W PASZPORCIE I INNE BAJKI

Najgorsze co może być, nie wiem czy nawet nie gorsze od wstawania rano, jest wstawanie w środku nocy - po zaledwie 2,3 godzinach snu. I to jeszcze wiedząc, że czeka człowieka wielogodzinna podróż autobusem...
Na szczęście jakoś udało mi się z łóżka zwlec i podreptać na otogar (dworzec autobusowy), skąd ruszyłam rejsem w kierunku Hatay (które kiedyś na pewno jeszcze odwiedzę), do miejscowości Tasucu. Tu uwaga: jeśli ktokolwiek chciałby podróżować po Turcji autobusami a się boi/waha/sam nie wie, to gorąco namawiam. Kraj jest stworzony dla podróżników. Siatka połączeń jest ogromna; są to firmy prywatne; wysoki standard autobusów, serwisy dowożące do dworców, bezpłatny serwis na pokładzie, opieka młodocianego stewarda ktory zadba, żebyśmy nie zaspali swojego przystanku itp. Ponadto po tureckich drogach jeździ się naprawdę znakomicie.
Chcąc kupić bilet na autobus, docieramy do dworca, gdzie już czekają na nas naganiacze poszczególnych firm, wykrzykujący wszystkie możliwe miasta: "Istanbul Istanbul Istanbuuuuul! Ankara! Antalya Antalyaaaa! Mersin Adana Adana Adanaaaaa!" - z zawrotną szybkością i tak bez przerwy od rana do nocy. Naganiacze wykonują prawdopodobnie kawał doskonałej roboty promocyjnej, ponieważ ceny biletów i standard poszczególnych firm są zbliżone, o klienta trzeba więc zabiegać innymi sposobami.
Kupując bilet zawsze zostaniemy zapytani o płeć pasażerów - to taki mały szczegół dla wygody i bezpieczeństwa. Samotne kobiety siadają obok samotnych kobiet, a panowie razem. Chroni to panie przed natręctnym wzrokiem którym lubią oblepiać niektórzy Turcy - i jest wygodne - w środku nocy nie będziemy mieć obok siebie chrapiącego szeroko rozpartego na siedzeniu faceta.

Do mojego Tasucu z Alanyi dotarłam rano, po 6 godzinach jazdy wzdłuż poludniowego wybrzeża - trasa uznawana za "emocjonującą" z powodu bliskości gór i przepaści. W celu dodatkowego jej uatrakcyjnienia kierowca jechał z zawrotną prędkością... a widoki - gdyby było jasno - na pewno byłyby zachwycające. Przyznam szczerze, że i to co widziałam zaskoczyło mnie pozytywnie - oj, dużo jest w Turcji miejsc ładniejszych od tej już oklepanej i nudnej Alanyi.
Przedpołudnie spędziłam zwiedzając okolicę (Silifke i Kizkalesi - niezwykle malownicze miejsca), a w południe zaokrętowałam się na promie. Wcześniej oczywiście dostąpiłam zaszczytu kontroli paszportowej - widok Polki z wizą 6-miesięczną w paszporcie oraz książeczką pobytu na tyle Turków zaskoczył, że musieli udać się na zaplecze w celu konsultacji i porady, gdzie mianowicie i co mają przystemplować. I tak trwało to trochę czasu, co oczywiście skomentowali stojący za mną tureccy turyści:
- Haha, w Europie to my wszędzie musimy czekać, a tutaj oni czekają! [z satysfakcją].
Zamiast odpowiedzi odwróciłam się tylko i potraktowałam delikwenta spojrzeniem typu: "Przypadkiem wszystko zrozumiałam i wcale mi to nie przeszkadza" :)
A propos, kiedy - żeby pomóc - przyznałam się w okienku że rozumiem turecki, pani celniczka roześmiała się z ulgą:
- Jak dobrze! Bo my angielskiego nie znamy.
Rozbrajająca szczerość :)

To dopiero nic; dużo większych emocji dostarczył mi powrót do Turcji (mówiąc wprost, dobitnie mi uświadomił, że ten kraj bardzo podobny jest do Polski; bardziej niż się wydaje). Ponieważ skończył się termin mojej książeczki pobytu, musiałam na granicy wykupić normalną 30-dniową turystyczną wizę (znaną każdemu, kto był na wakacjach w Turcji). Byłam na to przygotowana; niestety Turcy nie byli.
Po oględzinach paszportu i potwierdzeniu:
- Jaki to kraj?
- Polska.
poproszono o przejście do księgowego w celu uiszczenia oplaty wizowej. Grzecznie podreptałam do kanciapki, gdzie przywitał mnie roztrzepany pan. Od razu wyjaśnił, że on tu dziś na zastępstwie, więc zadzwoni do kolegi i się zapyta, co mianowicie ma zrobić. Po paru telefonach został oświecony, że ma mi wlepić do paszportu naklejkę z sumą 10 euro (lub 15 dolarów) i wystawić rachunek. Niestety odpowiednich naklejek nie było. OK, to wkleimy 10 dolarów a pan napisze poniżej odpowiednią adnotację.
- Ale - wtrącam - ja nie mam dolarów. Tylko euro lub liry.
- Ojej. (znów telefon do kolegi).
- Niech więc pani zapłaci 25 lira, bo kurs się zmienia, i teraz to tyle wychodzi.
- Nie, nie. Na tej pana liście jest napisane 10 euro lub 15 dolarów, to na pewno nie odpowiada 25 lirom.
- No ale kurs się zmienia!
- Trudno, to nieistotne.
(Strapiona mina, telefon do kolegi).
W odpowiednim momencie pojawia się jakiś inny pan, chyba ważniejszy w hierarchii, który - kiedy widzi, że mam niby zapłacić więcej - bardzo się oburza.
- Absolutnie nie, jeśli jest napisane: Polska - 10 euro lub 15 dolarów - tyle ma być, niezaleznie od kursu.
Uff. Uratował mnie. I wyszedł.
Przerażony pan znów zadzwonił do kolegi, i nagle się okazało, że 10 euro jednak odpowiada 20 lirom, a nie 25. Odetchnęłam z ulgą.
Pan wypisuje rachunek. Podaję 50 lirów.
- Ale ja nie mam drobnych!
Załamuję ręce.
- Niech pani idzie do duty free shopu (czytaj: rozsypująca się buda z wolnocłowymi papierosami) i tam zmieni.
Wracam, w tym czasie kilka osób zajęło się przybijaniem odpowiedniej ilości pieczątek w paszporcie i na rachunku i smaleniem adnotacji. To też nie poszło gładko; jedna pieczątka w paszporcie się rozmazała, więc trzeba było przybić drugi raz. Ale wtedy okazało się, że na niej jest ustawiona inna data: 1.11 zamiast 2.11. Pan zaklął siarczyście, poszedł po czerwony długopis i własnoręcznie przemalował jedynkę na dwójkę... Totalnie już załamana wracam do kanciapy Przypadkowego Księgowego, który w panice przetrząsa wszystkie szuflady.
- Nie ma rachunku! Na pewno pani nie dawałem??
Po pięciu minutach znajduje się pod biurkiem.

Wychodzę z odprawy spocona PO GODZINIE.
/Myśląc jak by sobie poradził jakiś zagraniczny, nie znający tureckiego turysta?!/

Tak poza tym podróż odbyła się gładko... Przejazd promem z Tasucu do tureckiego Girne dostarczył ciekawych obserwacji drobnych handlarzy z ogromnymi torbami, śmiejących się do rozpuku podczas seansu krajowej komedii... resztę 2,5 godzinnej drogi przespałam.

Sam Cypr na początku przypominał mi Turcję; bo w rzeczywistości Cypr Północny to taka Turcja w skali mikro, a ponieważ mikro, to i bardziej wszystko zrobione na pokaz (żeby zaznaczyć, że my osobnym krajem jesteśmy). Tureckie i cypryjskie flagi na każdym kroku, ba, wysiadając z autobusu w Lefkosi trafiłam akurat na paradę wojskową przed - jakżeby inaczej - pomnikiem Ataturka i odegraniem narodowego hymnu (Turcji). Reszta też jak w ojczyźnie, cay bahcesi czyli herbaciarne ogródki obsadzone gapiącymi się facetami, kobiety w chustkach i bez chustek, tureckie reklamy, kebaby, sklepy i napisy.
A potem już przyszli moi przyjaciele jeszcze z Poznania, zabrać mnie na grecką stronę. Przejście zaskakujące; oto na jednej ulicy mamy budkę - kontrola turecka; parę metrów dalej znów budka - kontrola grecka - jedna ulica w środku starego miasta, a dzieli dwa osobne państwa. Nigdy bym się nawet nie domyśliła :)
I potem już wszystko jest inaczej: ani jednego Turka, ani jednego kebaba. Napisy po grecku i angielsku. Kosmopolitycznie: Europa, Afryka, Azja - ale najbardziej się wybija brytyjski angielski, którym tu mówią chyba wszyscy :) Miła odmiana po Turcji, gdzie każdy utrzymuje, że angielski zna, a w rzeczywistości jest to jakaś pokraczna wersja piąte-przez-dziesiąte zaczerpnięta z internetowych czatów.
Czysto, zamożnie, porządnie i przeuroczo-grecko. Miałam szczęście zwiedzać Cypr z osobami, które wiedzą dużo więcej od przeciętnego turysty, dlatego obejrzałam na przykład romantyczną wioskę Kakopetrię w górach, byłam w paru kościółkach, wielkim antycznym mieście nieopodal Larnaki, oglądałam samoloty lądujące niemal na plaży w Larnace, jechałam samochodem z kierownicą po prawej stronie (i bałam się że te z naprzeciwka zaraz się z nami zderzą), jadłam pyszności cypryjskiej kuchni (od teraz mówcie mi: fanka sera haloumi, szczególnie robionego na grillu!! poezja), popijając lokalnym piwem...
Szkoda, że stan zdrowia (niestety pierwsze od wielu miesięcy przeziębienie przypadło akurat na czas wyjazdu) nie pozwolił mi zostać dłużej. Ale mam nadzieję, że nadrobię przy innej okazji...

Wracając do Turcji zahaczyłam jeszcze o Adanę - jeśli zahaczeniem można uznać odbicie na wschód o kolejne 2 godziny jazdy autobusem (pytanie do stewarda: O której będziemy w Adanie? Odpowiedź: Jakoś tak koło czwartej, jak Bóg da). Adana to ogromne miasto, jedno z największych w Turcji, z którego udało mi się zobaczyć jedynie ścisłe centrum. Niedziela wieczór; tłok, ścisk, tysiąc dolmuszy, uliczni sprzedawcy warzyw i owoców. I bardzo mało (zauważalnie) zagranicznych sklepów czy restauracji. Wszystko lokalne.
Zobaczyłam przepiękny meczet Sabanci położony nieopodal; z 6-ma minaretami. Nowy; z podziemnym parkingiem i ogromnym pięknym parkiem. Prawdziwa perełka - spędziłam tam sporo czasu.

Do Alanyi dotarłam nad ranem (po kolejnej źle przespanej nocy; z Adany do Alanyi 9 godzin jazdy), wymięta, siąkająca nosem, z zapasem serka haloumi (jak się okazało - zbyt małym!) i pełną kartą zdjęć. Było wspaniale. Mam ochotę jeszcze gdzieś się ruszyć, ale zostało mało czasu... za 10 dni, "jak Bóg da", wracam do Polski.


ps. w nagrodę dla tych, co doczytali do końca, odpowiedź na prośby czytelniczek o wrzucenie na bloga zdjęć, cytuję "gorących tureckich facetów". jak narazie do sesji foto zgłosił się tylko mój chłopak, tłumacząc "chcę być sławny tak jak ty!" - niestety jego kandydatuję muszę odrzucić ze względów osobistych (panie mam nadzieję mnie zrozumieją :))).
ale nie poddaję się, pracuję nadal nad tematem...

16 komentarzy:

Anonimowy pisze...

jak zawsze genialna nota.
Jazda nad przepascią zawrotną predkoscia wcale mnie nie dziwi a nawet przypomina lekki krzyk turystów w dolmusu;p
Poleca Pan Cypr??
Nie bała się Pani wybrac sie w sumie sama w taką podróż? Ale znajomosc tureckiego widze uparszcza bardzo sprawę.
My chetnie zobaczymy tego kandydata:)!!
Czekam na relacje foto z wyprawy i przystojnych turków (przeciez w Alanya są w kazdym sklepie ;p)

A p-ń !!

Anonimowy pisze...

EDIT:
Poleca Pani Cypr??

Coroner pisze...

Doskonała notka. Wspaniała podróż. Mam jedno pytanie - za 10 dni wracasz do kraju a później kiedy wracasz do Turcji?

A zawrotne prędkości nad przepaściami - to nic nowego. też tego doświadczyłem, było świetnie :)

Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy.

Marcin pisze...

uff nareszcie jakiś wpis. Super

Anonimowy pisze...

Notka jak zawsze powalająca:)
Chłopak? i nic nam o tym nie wiadomo? (przynajmniej mi:)). Jestem tylko ciekawa czy to Polak czy Turek;> pozdrawiam z deszczowej Polski K.

Anonimowy pisze...

proponuję tych z Palmiye Beach Hotel- zawsze chetni do zdjęć i podrywu. Zwłaszcza Ahmet B.:)

Anonimowy pisze...

uwielbiam te opowieści ! jestem uzależniona !!!!I prosze o więcej i więcej :)

Anonimowy pisze...

milo sie czytalo, po tej pisanej rozmowie ,brak mi tylko zdjec.Do zobaczenia!

dziobas pisze...

Kurczę! W takim razie ja też jestem sławna, bo to mój cytat :).
Wprost marzę o takiej wycieczce, nie, o jakiejkolwiek wycieczce, byle by była w Turcji. Zazdroszczę, zazdroszczę!
PS A co my będziemy czytać po Pani powrocie do Polski?

4emkaa pisze...

Ja nie dość że się o mało nie posikałam ze śmiechu czytając ten wpis - chodzi o wizę, to jeszcze oczy mi zielenieją z zazdrości.
Ja przymarzam do okien, łóżka i kuchni w moim niedogrzanym warszawskim mieszkaniu i umieram z tęsknoty za tureckim słońcem.
Cieszę się, że podróż udana i że bezpiecznie wróciłaś do domu -tfu... Alanyi:)
A tak poza tym gorąco popieram "Cudne męskie ciała tureckie":)))popatrzyłabym sobie na takie piękne widoki.
Przychylam się do propozycji poznania kandydata :)

Całe szczęście są już katalogi biur podróży na rok przyszły i zaczyna się polowanie na okazje) Może trafi mi się super szczęście.
Z chęcią zobaczę foto jak reszta naszego fanclubu :)))))
pozdro 4emkaa

Marcin pisze...

He he a ja już mam zarezerwowanego Royal Vikingen na 01.07.2009. Czekamy z żoną z niecierpliwością a nasza mała non stop nawiaj co ona nie będzie robić w basenie.
Pozdrawiam
Marcin

askim88 pisze...

Uwielbiam czytać te relacje z pobytu w również mojej ukochanej Turcji:)
również z niecierpliwością czekam na zdjęcia uwieczniające tą fascynującą wyprawę:)
Pozdrawiam i czekam na dalsze posty i fotki(nie tylko z podróży...również pani kandydata)
Pozdrawiam askim88

ag.ak pisze...

Skylar mogę napisać, że zazdroszczę? I tak napiszę: zazdroszczę, no po prostu zazdroszczę ;)
Świetna wyprawa, swietny opis... Czekam na kolejne, z niecierpliwością... Proszę napisz książkę ;)

Anonimowy pisze...

Czytając to wszystko chciałabym poprosic cie o popmoc...drobna...Piszesz tutaj o odprawie...Lece do Turcji za miesiąc nigdy nie leciałam samolotem i nie wiem jak wyglada wykup wizy...Mam przesiadke w istambule...mój mail mysiunia03@buziaczek.pl bardzo bym cie prosiła o przesłanie mi jakis informacji z góry dziekuje

milka777 pisze...

Wlasni ew kwietniu udalo mi sie spedzic 10 dni na cyprze,ze wzgledu ze tam obecnie przebywa moj ukochany))) i jestem rowniez milo zaskoczona,przepiekne miejsce,mili ludzie,przepyszne jedzenie!!!!to dodaje mi czesciowi sil do nauki tego trudnego jezyka((((chcialabym cie poznac i w miare mozliwosci utrzymywac kontakt mailowy.serdecznie pozdrawiam monika

Gastria pisze...

Witam i pozdrawiam z Tureckiego Cypru.Na tej stronie wyspy tez jest dużo zabytków do oglądania :) Następnym razem zapraszam do zwiedzania. tutaj tez mieszkają polacy hehe :)A zamiast autobusem moglas do Antalyi czy Adany poleciec samolotem z lotniska Ercan, nie trzeba bylo sie tluc promem i autobusem - no chyba ze tak wolisz. pozdrawiam :)