sobota, 3 listopada 2012

MUCHOS GRACIAS

Jestem już w Portugalii - moja objazdówka posuwa się sprawnie i żwawo, jak zaplanowałam, ale trochę to się kłóci z zaplanowanym przeze mnie leniuchowaniem. Cóż, może teraz, w Lagos, gdzieś nad oceanem się to uda? Tym bardziej, że pogoda nie dopisuje - jest deszczowo i pochmurno, choć (na szczęście) ciepło. Naiwnie miałam nadzieję na jakąś kąpiel (wzięłam nawet kostium!), albo chociaż na powylegiwanie się na plaży przy klifach, ale chyba nic z tego. Zresztą nie przesądzajmy sprawy - zostaję tu do poniedziałku. Po to, by dać stopom odpocząć, przeprać ciuchy i ogólnie nieco się zrelaksować. Ostatnich kilka dni to hiszpańskie szaleństwo, choć kiedy na to spojrzę z perspektywy wydaje się, że nie ma powodu - zwiedziłam przecież tylko trzy miasta! Barcelonę, Granadę i Sevillę. W Sevilli byłam zdecydowanie za krótko - bezwzględnie planuję powrót, najlepiej na lekcje flamenco :)

Ale po kolei. Ostatniego dnia mojego pobytu w Barcelonie wykwaterowałam się rano, zostawiłam bagaż w hotelu i ruszyłam na odkrywanie okolicy. Działo się, oj działo! Zaczęło się prawdziwą ekstazą zapachowo-smakową, czyli wizytą na bazarze La Boqueria, znajdującym się nieopodal mojej kwatery. Przyzwyczajona do tureckich bazarów nie spodziewałam się wielkich wzruszeń (to pewnie, charakterystyczne dla mnie, zblazowanie), a jednak to co zobaczyłam przerosło moje oczekiwania. Sery, wędliny, warzywa, przyprawy, wszystko w formie tak po europejsku "zorganizowanej" i uporządkowanej, i pewnie przez to jeszcze bardziej kuszącej. Sama nie mogłam sobie odmówić pysznego calzone (z którym eksperymentuję w kuchni czasami) - z nadzieniem pieczarkowo-warzywnym z mozarellą i do tego wypiłam egzotyczny sok z owocu, którego nazwy już nie pamiętam.
Było to przeżycie, które zapamiętam na długo. Zachęcam wszystkich smakoszy do odwiedzenia bazaru.

Kolejnym punktem tego dnia było zwiedzanie dzielnicy Gotyckiej nieopodal. Wąskie uliczki, strzeliste wieżyczki kościołów, przestrzenne place - a wszystko to sprytnie zaadaptowane przez współczesność, że w ogóle nie kłóciło się z oddechem historii (choć momentami miałam już dość kolejnego sklepu Stradivariusa czy Blanco w odległości 3 kilometrów). Wisienką na torcie - mimo zachmurzonego nieba - okazała się wizyta w katedrze barcelońskiej, a szczególnie wjazd trzeszczącą (!) windą na dach i roztaczająca się z niego panorama. Mimo trwających intensywnie prac remontowych było co podziwiać.

Popołudnie i wieczór zajęło mi chodzenie po sklepach, z incydentem w postaci pilnego poszukiwania butów, kiedy po nagłej ulewie moje stare ale słabe trampki niemalże rozpadły się na moich oczach (wstyd!). Na szczęście znajdowałam się przecież w handlowym raju, więc szybko sobie z tematem poradziłam, uprzednio zakupując parasolkę ;)

Najlepsze jednak było dopiero przede mną. Wieczorem zabrałam się na dworzec wraz z całym dobytkiem i wpakowałam do nocnego pociągu mającego mnie zawieźć na południe, do Andaluzji. Dworzec jak i cała organizacja bardzo mnie zaskoczyły; odprawa niemalże jak na lotnisku (dwie bramki kontroli, prześwietlany bagaż!), a pociąg... cóż ;) Ostatnio kuszetką podróżowałam jako ośmiolatka (na rodzinne wczasy do Bułgarii), miałam więc idealistyczne wyobrażenie pociągu z łóżkami do spania. Mówiąc krótko, wtedy, w wieku lat 8 czy 9, kiedy jechaliśmy przez 2-3 dni pociągiem, chyba narodziła się moja pasja do podróży.
I teraz takie rozczarowanie! Korytarzyk, przez który nie mogłam się przecisnąć. Maluteńki przedział kuszetkowy z czterema łóżkami (dwa na dole, dwa na górze - mi na szczęście przypadł dół). Wszędzie ciasno. Na szczęście, tu trzeba zwrócić honor hiszpańskim kolejom, było też czysto i porządnie. Zestaw ręczniczek+pasta i szczoteczka do zębów+woda mineralna+stopery, które wtedy wydawały mi się bez sensu. Jakże bardzo się myliłam!
Moimi współpasażerkami okazały się dwie Hiszpanki. Jedna młoda, szybko wdrapała się na górne łóżko i nie odrywała od swojego smarfona. Druga... ledwo mieściła się w przedziale, jowialna, gadatliwa starsza pani. Bezwstydnie przebierała się w piżamę poprawiając to i owo, mówiła do mnie po hiszpańsku, mimo że już przecież wiedziała, że ja ne comprendo. Potem poszła spać i wydawało się, że do wylądowania w Granadzie o 8.05 mam spokój.

O godzinie 2.00 obudziło mnie potężne chrapanie. Chrapanie miałam wrażenie było słychać w przedziale, nie, w całym wagonie, a może nawet i pociągu! Chrapanie przytłumiało wszelkie inne odgłosy. Stukot kół po torach, który tak lubię, kompletnie znikł. Było tylko chrrrr-chrrrrr.... Owijałam się poduszką, potem włączyłam mp3 - nic nie pomagało. Wzdychałam, mówiąc "jezu, jezu" i mając nadzieję, że usłyszy.
Nic.
Następnie przypomniałam sobie o stoperach.
Trzeba przyznać że nieco pomogły, chociaż dzwięk przechodził także przez nie. I w ten sposób zasnęłam gdzieś w okolicy 4:30. Lepsze coś niż nic ;)

/cdn jutro/

Żeby w takim chrapliwym nastroju Was nie zostawiać, poniżej parę smakowitych zdjęć:

Nie wiem, czy to rzepa czy coś innego? Proszę o sugestie ;)


Oliwki bomba


To co mi się najbardziej podobało w La Bouqerii, czyli możliwość zjedzenia wszystkiego od razu na świeżo. I popicia.


O, jak tutaj.


Wesołe świnki z pozdrowieniami dla czytających te słowa w Turcji :)


Pitahaya - to jest co, co piłam. Słodkie i orzeźwiające.


Zumos naturales, komentarz zbędny.

W torebkach papierowych to jednak wolałabym orzeszki :)

W rzeczy samej (*Szczęscie to nie miejsce, tylko sposób życia)

Dzielnica gotycka

Widok z katedry na Barcelonę.

Kawka na Placa de la Catalunya w słynnej kawiarni Zurich. Pyszna i niedroga (1,20 eur)

Jeden z fantastycznych budynków Gaudiego

Placa de la Catalunya


A i oto mój przedział. Umywaleczka gustowna jest zamykana (bardzo sprytnie). W lusterku pisząca te słowa pozdrawia serdecznie ;)

wtorek, 30 października 2012

11 GODZIN

Człowiek uciekał od aktywności i kilkunastu godzin na nogach a teraz na wakacjach w miejscu nie może usiedzieć i proszę bardzo: wystartowałam dziś w okolicach 11 a wróciłam do mojej "Residencii" grubo po 22, ledwo powłócząc nogami. A propos, nazwa mojego hotelu jest niebanalna, muszę się tutaj podzielić zatem anegdotą z życia. Rezerwując nocleg byłam święcie przekonana, że "Residencia d'Investigadors" to jakaś dumna i potężna placówka, jakaś rezydencja, jakieś "inwestycje". Na wszelki wypadek nie sprawdzałam w słowniku. Po prostu bardziej mi się podobało niż jakiś banalny 'Hostal'.
Na miejscu okazało się, że wszystko jest OK - hotel czysty, w świetnej lokalizacji, ale coś dużo sal konferencyjnych, komputerowych a na śniadaniu - panów i pań w garniturach i z identyfikatorami. Sprawdziłam więc w tłumaczu, i okazało się, że jestem w "Rezydencji naukowców". Cóż swój najwyraźniej ciągnie do swego, nawet odruchowo :)

Drugi dzień w Barcelonie zorganizowałam sobie porządnie. Wykupiłam mianowicie przez internet bilet na zwiedzanie miasta z pokładu turystycznego autobusu (promocyjne 21 zamiast 24€). Początkowo do samej idei nie byłam przekonana, ale po dzisiejszych wrażeniach zamierzam zbadać w jakich jeszcze innych miastach takie autobusy operują. Jest to dwupokładowy autobus typu hop-on hop-off, gdzie na podstawie jednego biletu wsiada się i wysiada na dowolnych przystankach, oraz można też zmieniać linie (dostępne są trzy). Sami decydujemy, czy gdzieś wysiadamy, i kiedy wracamy do autobusu. Na pokładzie są stewardzi-guidzi, oraz audio-guide w różnych językach. Wszystko odbywa się sprawnie i jestem już pewna, że normalną komunikacją i z mapą nie dostałabym się jednego dnia w tyle miejsc! Byłam między innymi w Sagrada Familia, czyli nieukończonej katedrze Gaudiego (Gaudi ponoć pytany o to kiedy może być zakończona, odpowiadał: "Mój zleceniodawca, czyli Bóg, nie oczekuje pośpiechu"). Tutaj uwaga, kolejki do kas oplatały w całości katedrę (jakkolwiek absurdalnie to brzmi). Zrezygnowałam więc z wejścia do środka, bo czekanie zajęłoby kilka godzin. Dla kontrastu w jednej kasie było całkowicie pusto - obsługiwała rezerwacje internetowe! Próbowałam więc połączyć się z internetem w pobliskim McDonaldsie, ale sieć była chyba zbyt przeciążona i kościół musi zostać na następny raz.
Byłam też w magicznym, bajkowym i niesamowici zatłoczonym parku Guell. Spontanicznie postanowiłam też odwiedzić Camp Nou czyli siedzibę FC Barcelona, któremu kibicuję od dziecka (jako mniej więcej 14-latka byłam maniakalnym kibicem futbolu). Całe muzeum-galeria to prawdziwa lekcja obowiązkowa dla specjalistów od marketingu i reklamy (bo że dla fanów to oczywiste). Jestem oszołomiona, wzruszona i powalona. Począwszy od sal, gdzie można było obejrzeć historię klubu, poprzez takie, gdzie zakładało się słuchawki (a tam słynne śpiewy kibiców), aż do hymnu śpiewanego przez fanów Barcy. Można też było zrobić sobie "sfingowane" zdjęcie z którymś z piłkarzy i obkupić się w oryginalnym supermarkecie. To chyba najbardziej piorunujące doświadczenie tego dnia; coś czego kompletnie się nie spodziewałam.
Byłam też w pałacu Montjuic oraz paru innych miejscach... dość powiedzieć, że dotarłam do siebie kompletnie wyczerpana. Na jutro zaplanowałam sobie Dzielnicę Gotycką i eksplorowanie okolic, widziałam już pobieżnie, że klimat mają wyjątkowy.



La Sagrada Familia czyli Kościół Świętej Rodziny. Proszę zwrócić uwagę na kolejkę.


Tacy mimowie to najwyraźniej moda w Barcelonie. Ale takiego to jeszcze nie widziałam :)


Rozmaite sposoby na przyciągnięcie turystów. Bańki mydlane, wycinanie profilu z papieru, a tutaj: "I ty możesz zostać samurajem" - w parku Guell


Park Guell - bajkowe widoki, szkoda tylko że tyle turystów :)


Znów się na fiestę załapałam - park Guell, zespół Manana, który "ma odlot każdego dnia",
ale mimo to gra naprawdę dobrze.


Siedziska w parku wyłożone płytkami... cudo.


"Doświadczenie Camp Nou" czyli niesamowita piłkarska przygoda. Tu ekrany pokazujące kibiców śpiewających hymn, a na pierwszym planie ekraniki ze zdjęciami piłkarzy.


W sklepie Barcy ciuszki dla niemowlaków, oryginalne koszulki, szampan wraz z kieliszkami no i... chipsy! Te to nawet widziałam w markecie.


Widok z pałacu Montjuic w którym znajduje się Muzeum Katalonii


Że też ja mam szczęscie że trafiam na takie perełki :)


Pałac Montjuic - plac Hiszpański

Plac Hiszpański. "Arena" to centrum handlowe... Jeśli na zakupy to tylko do Barcelony (teraz już to wiem i przekazuję).

niedziela, 28 października 2012

HOLA!

Wyobraźcie sobie, że piszę do Was z wakacji. A więc jednak - dopięłam swego, i pierwszy raz od czterech lat (słownie: czterech) znalazłam się na wakacjach, na urlopie, na wypoczynku. Ktoś mógłby zadać poniekąd słuszne pytanie: jak to, przecież szanowna koleżanka pracuje tylko sezonowo? Jak to, przecież szanowna Skylar wizytowała wschód Turcji w roku bodajże 2010? Jak to, przecież wypoczywa do woli wśród rodziny w Poznaniu i leży bykiem w Alanyi, kiedy my ganiamy od świtu do nocy?
A ja wtedy odpowiem: niestety to nie jest tak proste jak wygląda. Każda praca ma swoje plusy i minusy. Raj nie istnieje :) Przekonałam się już, że pobyt zarówno w Turcji jak i w Polsce nie może być zaliczany do typowych wakacji. To nie urlop, tylko a) ciągłe ganianie (w Polsce: lekarze, Zusy, banki, zaległe zakupy, wizytacja rodziny itp.) b) ciągłe coś do zrobienia (w Turcji: posprzątać, pozmywać, popracować, sprawdzić pocztę, znów sprawdzić pocztę, zmienić layout strony, może zmienić logo?) Ponadto w Turcji wciąż ambitnie każę sobie każde widziane miejsce dobrze udokumentować, sfotografować, opisać. Ma się przydać do pracy - każdy widziany hotel, knajpa, restauracja).
Tak to jest, kiedy się kursuje pomiędzy dwoma krajami - uwierzcie mi, i nie chcę się tutaj tłumaczyć ani silić na kokieterię, naprawdę, wakacje należy realizować w kraju tak zwanym trzecim, kompletnie neutralnym. I szkoda, że zrozumiałam to tak późno.

Najlepiej takim, gdzie się nie będzie nic rozumiało, nic znało, nic wiedziało. Im mniej wiemy, tym lepiej. Po pełnym emocji sezonie, po dniach pracy liczących do 15 godzin, po włączonym przez całą dobę telefonie mówimy zdecydowanie: nie. I przecież nie chodzi o to, że narzekam. Wprost przeciwnie - kocham moją pracę, szczególnie, kiedy jej granice wyznacza tylko moja wyobraźnia i wyobraźnia (oraz portfel) turysty. Ale czasami potrzeba się zresetować. Przy wszystkich zaletach pracy na własnym są też wady: nikt mi nie powie: oto twój urlop, masz wolne, nie przychodź do pracy przez 14 dni. Muszę zadecydować sama, a to przychodzi ciężko - poczucie odpowiedzialności nie wypuszcza z biura. Nie pozwala wyłączyć komórki. Do ostatniej chwili byłam średnio przekonana do sensowności moich wakacji. Nie dość, że wakacje, to jeszcze samotne. Nie każdy rozumie, że potrzeba mi nie tylko odpoczynku od Turcji i Polski, ale także od ludzi :)

Na szczęście niemal wbrew sobie zabukowałam bilety tanich linii lotniczych z Poznania do Barcelony. Zarezerwowałam pierwszy hotel nieopodal słynnego bulwaru Las Ramblas. Reszta jest niewiadomą. Naszkicowany mam ogólny plan zwiedzania. Moim finałem, wisienką na torcie jest Lizbona. Przystankiem Andaluzja. A startem, niezapomnianym startem - Barcelona.

Reszta jest niewiadomą? A to dlaczego?

Cóż, planowanie i rezerwowanie to moje zawodowe zboczenie. Gdyby mi pozwolić, wszystko miałabym zaplanowane co do minuty. Zarezerwowane i kupione przez internet hotele, autobusy turystyczne, pociągi, bilety do obiektów. Klikanie po stronach i wyszukiwanie najkorzystniejszych ofert to moja wielka pasja :)
Ale przecież nie o to chodzi. Wydaje mi się, że wakacje są po to, aby przez jakiś krótki czas pożyć innym życiem. Robić coś, czego nie robi się na co dzień. Mam nadzieję, że się ze mną zgodzicie. Paradoksalnie mimo tego, że pracuję 8 lat w turystyce, sama nie mam w temacie wakacji wielkiego doświadczenia. Umiem spełniać zachcianki turystów, ale swoje?

Pora więc na szalony czas. Maksymalnie 2 tygodnie, minimalnie tydzień. Wszystko jest niewiadomą. Start: Barcelona, już się dokonał. Napiszę Wam jutro, jak wszystko przebiegło, załączę kilka zdjęć. Od momentu dotknięcia kołami samolotu płyty lotniska (od razu mówię: nie było to miękkie lądowanie, wiało paskudnie), wiem, że będzie to piękna przygoda. A tu, na blogu, będę ją relacjonować.

Póki co powiem tylko parę spraw:
1. Barcelona jest dokładnie taka, jak się spodziewałam. A nawet lepsza. Niesłychane miasto, którym nie można się nasycić. Przemieszane wszystkie narodowości, oszałamiająca architektura, klimat, który powoduje, że wszystko przychodzi z łatwością. Już teraz martwię się na myśl, że będę musiała stąd wyjechać :)
2. Język hiszpański jest piękny. Klarowny, intuicyjny, zrozumiały, a jednocześnie z tym szerokim akcentem, który czaruje i wabi. Aż się boję co będzie, jak posłucham portugalskiego :) Może wiecie, a może nie, ale w moim życiu "przed Turcją" mówiłam biegle po francusku, rok uczyłam się także hiszpańskiego (dziś już niestety mało co pamiętam), i te kraje były moimi "celami". Życie potoczyło się inaczej dzięki zbiegowi przypadków a potem i mojej inicjatywie. Chodząc po ulicach Barcelony zastanawiam się, co by było, gdyby....?
3. Ostatecznie jestem w Barcelonie zakochana. Ale o tym napiszę jutro. Na razie polecam do wysłuchania piosenkę (klik), która wypłynęła na szerokie międzynarodowe wody dzięki uroczemu filmowi Woody'ego Allena "Vicky Christina Barcelona".


Odpoczynek w Marinie.

Marina



Marina.


Dziękujemy bardzo. Zobaczcie w jakich językach... A zgadza się, tureckich turystów zadzwiająco (?) dużo!


Bulwar Ramblas. Mimowie robią furorę.. jak i pani w panterce :)


Jedna z knajpek w Marinie.


Niesamowita fiesta na którą załapałam się spacerując w kierunku plaży Barceloneta. Występ zespołu z muzyką hiszpańsko-kubańską, nie obyło się bez tańców i wspólnego śpiewania.


Kolejna niespodzianka. Obserwowałam kręcenie reklamy jakiegoś magicznego napoju katalońskiego z udziałem najwyraźniej lokalnych gwiazdek pop.


Po kręceniu reklamy stwierdziłam że aby dzień zakończył się idealnie potrzebne jest ostatnie, trzecie wydarzenie, na które załapię się przypadkiem. I proszę. Przemarsz dzieciaków przez jedną z uliczek starego miasta, były to trzy zespoły poprzebieranych bębniarzy, nie wiem czy dobrze mi się wydaje, że z okazji Święta Zmarłych?

/cdn/

poniedziałek, 22 października 2012

KONIEC SEZONU

Konserwacja trwa nadal, ale już przynajmniej koniec sezonu :) Teraz będzie wreszcie więcej czasu na to, aby zebrać myśli. Uprzejmie informuję, że będę Wam na blogu zdawać relację z moich wakacji... w Hiszpanii i Portugalii (jak to mówią, inşallah). Jak widzicie wybrane przeze mnie kierunki znajdują się DALEKO od Turcji jak i od Polski, i mówi się w nich językami których nie znam, takie było założenie.
Mam nadzieję, że uda mi się odpocząć.

Póki co jutro jadę do Polski (właściwie do Berlina, jakoś nigdy nie trafiam na loty bezpośrednio - do Poznania leciałam w życiu może raz!), na targi Tour Salon do Poznania i ogarnąć się trochę w domu z rodziną i znajomymi. Potem w niedzielę rano wylatuję do Barcelony...

Zapraszam do podczytywania od następnego poniedziałku. Jadę z laptopem więc zdjęcia także się pojawią.

Po powrocie natomiast ciąg dalszy porządków i nowa wersja strony. Zostańcie z nami :)

niedziela, 9 września 2012

DIŞARI CİKİYOZ czyli o życiu nocnym w Alanyi

Uświadomiłam sobie, że jeszcze chyba nigdy (lub prawie nigdy) nie było na blogu o dyskotekach, imprezowniach i ogólnie rzecz ujmując nocnym życiu Alanyi. A przecież Alanya z niego słynie! Tak jakby w moim życiu nie istniało nic poza pracą i pracą. I to prawda: nie istnieje (na pewno nie w sezonie), więc nigdy nie wpadłam na pomysł, aby coś o tym napisać.
Naprawiam więc to haniebne zaniedbanie, gdyż minionej wrześniowej nocy ubrałam się w moją piękną bluzkę z cekinami, i ruszyłam z koleżanką na miasto. Po dość długiej przerwie w tak zwanym wychodzeniu "out" na otaczający mnie świat patrzyłam świeżym, trzeźwym (!) okiem.

W ramach wstępu (bo notka pewnie rozwinie się w niezłe narzekanie i krytykę) na moją obronę mogę powiedzieć, że:
- bardzo lubię imprezy taneczne (kiedyś trenowałam nawet taniec)
- lubię się bawić do muzyki, śpiewać, szaleć
- lubię życie nocne, wychodzenie na miasto ze znajomymi - od czasu do czasu
- miałam taki etap w życiu w Alanyi, że chodziłam na dyskoteki niemal codziennie. Z koleżankami, albo w grupie mieszanej (w tym Król Pomarańczy) bawiliśmy się pysznie w ulubionych klubach niemal do rana, wygłupiając się i niekoniecznie konsumując dużo procentów (nie łączę jakoś jednego z drugim).
- jestem rockową duszą "od zawsze" - jednak bary z muzyką na żywo to moje najbardziej naturalne środowisko do nocnego życia
- jestem po trzydziestce (i pewnie to jeden z najważniejszych punktów).

Jak wygląda zatem nocna mapa imprezowni alanijskich okiem Skylar?

Wybierać możemy głównie pomiędzy: dyskotekami, czyli w języku polskim klubami nocnymi (bo tym są w istocie), oraz restauracjami z miejscem do tańczenia, gdzie w zależności od pory je się, potem pije się, a potem tańcuje na stole. Większość z tych miejsc jest ulokowana w alanijskim porcie, choć oczywiście można sporo barów zaobserwować w rozmaitych okolicznych dzielnicach. One jednak służą głównie jako starterki i szybko się wyludniają; o tym niżej.

Są też bary z muzyką na żywo, gdzie można zjeść całkiem przyzwoitą kolację a potem bawić się wraz z zespołem przygrywającym standardy popu i rocka zarówno tureckiego i polskiego. Jest ich dosłownie kilka w Alanyi, a te najlepsze - zawsze zapełnione.

Zazwyczaj zabawa w dyskotekach lub na tych parkietach do tańczenia rozpoczyna się po północy; wcześniej wesołe towarzystwo korzysta jeszcze z uroków systemu all inclusive, który większość hoteli ma do 23.00. Dyskoteki więc świecą pustkami. Inna opcja to po prostu tzw. starterek; ludzie udają się na kolację do jednej z restauracji, przygotowując żołądek do dalszej zabawy, albo posiadują sobie miło w dzielnicy nieopodal swojego hotelu. Dopiero w okolicach godziny wpół do pierwszej następuje decyzja: idziemy spać / idziemy na dyskotekę, i jeśli wybrano bramkę numer dwa, towarzystwo spokojnym delikatnie zataczającym się krokiem płynie w kierunku portu.

A im bliżej portu - tym większy ścisk. Schodząc uliczkami w dół widać nieustającą rzekę ludzi wystrojoną, opaloną i wypachnioną. Wiek - bez limitu, zarówno w dolnej jak i górnej granicy. Wszyscy chcą się bawić! I nie próbujcie im nawet tego wyperswadować.

Wstępy do większości klubów są bezpłatne (czasami kasuje się jedynie opłatę od... samotnych Turków płci męskiej, aby zmniejszych ich ilość w dyskotekach). Mamy do wyboru szereg miejsc o wakacyjnych-lansiarskich nazwach, jak Havana Club, Hollywood, Belmann, James Dean czy Robin Hood. Najlepsze jest Latino, w którym w ogóle nie ma nic latynoskiego (poza nazwą). Kluby są wystrojone podobnie: dużo taniego błysku, miękkie kanapy, barowe stoliki i rury oraz podesty - dużo rur oraz podestów, tak 'just in case'. Sztuczne palmy, sztuczne maszyny do robienia a) wiatru b) deszczu c) bałaganu (wyrzucanie jakichś papierowych drobinek). Zazwyczaj kilka pięter, pośrodku bar, gdzieś z boku zawsze zatłoczone toalety, gdzie w lustrach przeglądają się 18-letnie wyglądające na 30-letnie Skandynawki, Niemki, Rosjanki i Polki. Dużo frywolności, dużo jednoznaczności, zarówno w wystroju, zachowaniu personelu, jak i nazwach drinków.
No i na samej górze bardzo lubiany przez niektórych Vip Room, gdzie można się zapaść w jeszcze bardziej miękkich kanapach (obowiązkowo w kolorze białym), oraz zamówić sobie Jacka Danielsa w butelce z przekąskami gratis, całą Alanyę mając u stóp. A propos napojów: zazwyczaj typowy turysta zamawia na pierwszą wizytę w dyskotece drink zwany Long Island Ice Tea, bo jest w akceptowalnej cenie i największej szklanicy. Wygląda fajnie ze słomkami, a tak naprawdę to mieszanka coli i wszystkich możliwych alkoholi w barze - ból głowy i/lub żołądka gwarantowany.

Bawiąc się czynimy mimowolnie rozmaite obserwacje socjologiczne. Młode dziewczyny wskakują na bary, machają nóżkami i dają sobie robić zdjęcia z dołu. Inne dziewczyny wskakują na podest i zaczynają wyginać się prowokująco. Ba, minionej nocy widziałam, że chcąc zwrócić na siebie uwagę zrzucają z siebie rozmaite części garderoby (tak, właśnie, i nie pytajcie mnie więcej! Chcę o tym zapomnieć!). Prawdopodobnie niesamowicie się takim aktem wyzwalają, po całym roku pracowitego studiowania w Skandynawii wreszcie mogą zapomnieć o szarej codzienności w Europie i stracić nad sobą kontrolę... My wszyscy obserwujemy je speszeni (lub przykrywający speszenie śmiechem i kręceniem filmiku komórką).
W klubach nocnych panuje nieustanne rykowisko. Pary ledwo co poznane zachowują się, jakby spędziły ze sobą całe lata, grupki dziewcząt szybko mieszają się z grupkami chłopców, przychodzą też typowe zakochane pary wakacyjne, które - wydawałoby się - chcą się w dyskotece schronić przed całym światem, i robią sobie pamiątkowe zdjęcia komórką wciśnięci w jakieś 30 cm kwadratowych pomiędzy barierką a stolikiem. No i są też mężczyźni. Pojedynczy, podwójni, potrójni. Wszyscy nieustannie skanują otoczenie niby to pijąc drinka. Wyżelowani, wyszykowani, nie przypominają siebie, ale za to przypominają dziesiątki innych, tak samo wyżelowanych i wyszykowanych. Przechodzą koło dziewczyn niby to dotykając je przypadkiem, mamrocząc "Hello", i mając nadzieję, że będzie to początkiem gorącego romansu na publicznej plaży. W niektórych dyskotekach jest też coś, co nazywam şöför bölümü, czyli częścią dla kierowców. Panowie w koszulach, z brzuszkami i sygnetami siedzą, piją colę, i obserwują. Obserwują i obserwują, a wzrok ich aż kapie od żądzy. A potem wracają pewnie do swoich żon tureckich (które już mają dość tej nocnej pracy kierowcy).

Muzyka w większości klubów jest identyczna. Zazwyczaj to około 15-20 tanecznych piosenek które aktualnie grane są wszędzie: w hotelu przy basenie, w restauracji, na płycie DVD z raftingu, jeep safari i quadów. Dzięki temu wszyscy te utwory znają i kochają, i wieczorem nie mają nic przeciwko bawienia się przy nich kolejny raz. Przynajmniej utkwią nam w głowie jako wspomnienie wakacji, i będzie można je podłożyć pod pokaz zdjęć z urlopu.
Czasami w niektórych klubach puszczane są tzw. sety didżejskie, no i bywa wtedy ciekawiej, albo po prostu wiązanka hitów tureckich, co zawsze powoduje dziki entuzjazm (i słusznie). Z racji ścisku i braku miejsca i tak ciężko tańczyć inaczej niż poza podrygiwaniem, ale za to fajnie się człowiek czuje niż przy "łup, łup".

Jest jeden, jedyny klub, gdzie muzykę grają z innej beczki, a mianowicie rockowy "The Doors", choć przyznam szczerze, tam też się zepsuli i puszczają wciąż to samo.

Czego brakuje? Większej różnorodności. Muzyki oryginalnej, starszej, albo z innych krajów niż Norwegia i USA. W Alanyi wszystko się kopiuje - i niestety widać to także w temacie nocnej zabawy.
Takie rytmy łączące pokolenia i inne gusta zdarzają się w tych "starterkach", czyli w miejscach, gdzie nie ma typowej sceny do tańca, a są raczej stoliki, wokół których robi się wężyki - albo na które się wskakuje. Moim ulubionym klubem tego typu jest miejsce o nazwie Queen's Garden, gdzie zawsze jest tak samo - i to jest piękne. Na wielkim placu rozstawione stoliki, na fotelach bujające się 20-latki, 30-latki i 40-latki, a nawet i starsi! Wszyscy z niebiańskim zadowoleniem wymalowanym na twarzy, bo grają i Toma Jonesa, i Bon Joviego, i Britney, i jakieś skandynawskie hiciory, i Lambadę, i Tarkana. Nawet jeśli wyżelowani kelnerzy wskakują na bar i niczym Chippendales kręcą pupami, to jest to wszystko w takiej żartobliwej, lekkiej konwencji. Często też robią manewr z gaszeniem świateł - rozdając w międzyczasie wszystkim gościom zimne ognie. A potem cała sala śpiewa z nami machając tymi ogniami w dłoniach - i to jest piękne ;)

A kluby z muzyką turecką? I jeszcze więcej - na żywo? Ich jest niewiele, ledwo kilka, w takiej uliczce równolegle biegnącej nad portową promenadą. Pochowane i przygłuszone przez dyskoteki na dole, nie zawsze łatwe do odkrycia. Ale warto tam czasem wpaść i zobaczyć jak się bawią Turcy obu płci, a może i dołączyć do nich. Na pewno też będzie mniejszy tłok... choć nie zawsze - miejsce zwane "Cello" zawsze pełne.

Całonocne szaleństwa jak już się zaczęły o tej pierwszej w nocy, to po trzeciej wygasają. Ile w końcu można tańczyć na barze bez biustonosza? Ile można to oglądać? Pora wracać. Na spacerujące do hoteli dziewczyny czyhają Turcy z komentarzami po turecku (myśląc, że nic nie rozumieją i nie odpowiedzą) oraz taksówkarze. Wsiadamy i jedziemy - za pięć minut jesteśmy już we własnym łóżeczku, a w głowie wiruje od decybeli i obrazów.
Następnym razem wypiję zimne piwo we własnym domu.

A na koniec kilka porad:
- Dziewczyny, jeśli zakładacie bluzkę z cekinami to lepiej nie spacerujcie po mieście same, chyba że pragniecie zaczepek ;)
- Na dyskoteki lepiej wybierać się w dużej grupie, najlepiej mieszanej (dziewczyny + chłopacy).
- Dziewczyny w 2-3 osobowych grupach najlepiej niech nie zapoznają się z chłopcami na dyskotekach. Turecki dystans dla Waszego komfortu psychicznego wskazany. Po prostu traktujcie ich jak powietrze.

IMG_6604
Queen's Garden

IMG_6053

IMG_6052

IMG_5997

IMG_5992

IMG_5978

IMG_5950

IMG_6618
Havana

IMG_6660

IMG_6671
Hi baby!

IMG_6672

IMG_6680

IMG_6686
Powrót do domu. Alanya by night.

czwartek, 6 września 2012

WRZEŚNIOWE ALANYA NEWS

Gorąco, strasznie gorąco. Nadal! We wrześniu. W tym roku upały zaczęły się późno i najwyraźniej nie odpuszczą tak szybko. Piasek nadal parzy mnie w stopy więc na plażę nie chodzę, zresztą czasu nie ma za bardzo. A jak już był to - ups - dopadła mnie ta sama bakteria, która zdziesiątkowała Króla Pomarańczy i znajomych jakieś dwa miesiące temu, i leżałam sobie omdlewająca przy zasłoniętych oknach, nie mając siły nawet na spanie.
Na szczęście równie szybko przyszło, jak i szybko poszło (bez wizyty na ostrym tureckim dyżurze się nie obeszło). Teraz staram się trzymać dietkę, dużo spać (ale spać się nam wszystkim chce jakoś strasznie; czyżby przesilenie sezonowe) - i ogólnie na siebie uważać.

W międzyczasie przypomniało mi się, że blog polega na tym, że czasem należy dodawać na nim notki, i postanowiłam wrzucić Wam kochani Czytelnicy parę fajnych, słonecznych zdjęć z dnia wolnego WCZEŚNIEJ - czyli o ile się nie mylę sprzed 2 tygodni temu (czas leci teraz szybko niesamowicie). Moja słowacka przyjaciółka, pracująca tu (a jakże) jako rezydentka, zaprosiła mnie na śniadanie w tureckiej knajpce na wzgórzu Kale. Wspięłyśmy się tam chyba w południe, padając z głodu i gorąca, i od razu rzuciłyśmy na to, co nam właścicielka zaserwowała na stół. Wiatr powiewał delikatnie, i można było wreszcie - na spokojnie - pogadać!

Na pociechę po tym krótkim wpisie dodam tylko, że nowa wersja tur-tur bloga w przygotowaniu - będzie BARDZO inaczej i BARDZO dobrze :)


IMG_6483
Bohaterstwo dnia: zjedzenie tego śniadania. Była to jedna (słownie: jedna) porcja, z domówionymi jajecznicą (drugi plan) i menemen (pierwszy plan, z wbitą moją łyżką). Jak widać w spektaklu wystąpiły też sigara borek, śmierdzący kozi ser w paru odsłonach, dżem, kabak tatlisi (dynia na słodko), masło, oliwki i inne cuda - wszystkie domowej roboty. Do tego sok z pomarańczy wyciskany i herbata. Dużo herbaty.

IMG_6486
Skylar puszcza oko przy śniadaniu do czytelników Tur-tur bloga. Jeszcze szczupła - przed śniadaniem.

IMG_6489
Z cyklu klasycznych pocztówek - widok na port.

IMG_6491
Stare chatynki wzdłuż drogi prowadzącej z Kale do plaży Kleopatry. Turecki nieład czy też fantazja jakoś tak zawsze ujmują.

IMG_6494
Zejście ze wzgórza Kale, już nad jaskinią Damlatas. Ładnie, prawda? Eh, mieć tu willę ;)

IMG_6495
No i jest odpowiedź na willę - a figa!

IMG_6509
Plaża Kleopatry w pełnej krasie.

IMG_6512
Moje ulubione tego dnia zdjęcie pod tytułem 'Holiday Romance'

IMG_6515
Morze się aż skrzy, skrzy się...

IMG_6519
Małoletni poszukiwacz skarbów.

IMG_6521
Słoneczny patrol?

IMG_6522
Obecnie mój synonim relaksu (dokładnie w takiej pozycji) :)

IMG_6523
Chłopaki startują do dziewczyn z wody.

IMG_6525
Plusk!

niedziela, 12 sierpnia 2012

Zupełnie przypadkiem wpadłam dziś na parę świetnych blogów tak zwanych "expatów", czyli ludzi, z którymi łączy mnie temat życia na obczyźnie. I aż coś mnie ruszyło, bo blogi mają świetne, ciekawe, pełne energii i życia, a u mnie kurz i pajęczyny. Nic się nie dzieje. No mówiąc wprost pozazdrościłam.

Myślę jednak, że to wszystko jest po coś. W jakimś sensie formuła starego Tur-Tura się wyczerpała, i pora na zmiany. Piszę o tym już któryś już raz, wiem, ale usprawiedliwiam się, że przecież człowiek dojrzewa do tych zmian powoli, i że samo stwierdzenie, że potrzebna jest rewolucja nie oznacza, że się ją odrazu wprowadzi w życie. Tym bardziej, że mam tak dużo pomysłów, że tylko poukładanie ich i zebranie w mającą tak zwane ręce i nogi całość wymaga osobnej pracy. Nie mówiąc już o samych działaniach komputerowych: klik, klik, klik. Akurat tego to mam dość, spędzając codziennie większość dnia przed komputerem w klimatyzowanym biurze. A tak! W tym roku mamy już klimatyzację w biurze, co uważam za bardzo znaczący skok cywilizacyjny. Niniejszym nasza ekipa ładniej się przezentuje - lepiej pachniemy, nie jesteśmy tak rozczochrani, paluchy nam się nie lepią do klawiatur a turyści jak wchodzą do środka wydają z siebie takie urocze westchnienia.

Na razie kochani, to nam się pomału kończy miesiąc święty Ramazan. Nie odtrąbiłam jego rozpoczęcia, jak to drzewiej bywało, bo nie miałam (oczywiście) czasu ani głowy. W tym roku Ramazan minął szybko i bezboleśnie. Pościło parę osób w moim otoczeniu, co niezmiennie wzbudza mój szacunek. Nie pościł jednak Król Pomarańczy, więc żyłam w błogim spokoju i całkiem dobrym nastroju. Zresztą poza pracą nie mam zbyt wielu innych zmartwień, praca dostarcza mi ich za wszystko inne z zapasem - każdy kto prowadzi własny biznes, i do tego sezonowy, doskonale wie co mam na myśli. Jak to zapytała moja przyjaciółka kontrolując mój stan psychiczny na gadu-gadu:

- A masz ty jakieś życie prywatne poza pracą?
- Nie.
- Aha.

Do tego pracownicy branży turystycznej, która tak obrywa z każdej strony w tym roku, tym bardziej wiedzą, co mam na myśli.

Staram się jednak zachowywać trzeźwy umysł i w turecko-turystycznym świecie nie zwariować. Wydatnie w tym pomaga mi niezmiennie rower (tak, tak, tak - nie ma idealniejszego środka lokomocji, nawet w 35 stopniach! Jestem już tak na rower przekabacona, że nie potrafię bez niego żyć), jeżdżę nim wszędzie i zawsze, nawet na okazjonalne piwo z koleżankami.

Oprócz tego "zrobiłam sobie włosy" u tureckiego fryzjera (czyli zastosowałam prostowanie keratyną znane także w Polsce), co niniejszym stanowi historyczny wyczyn; Skylar nigdy nie spędzała tyle czasu u fryzjera, ani nie poświęcała uwagi swojej czuprynie. To, że tak mnie odmieniło, zrzucam to na karb mocno już zaawansowanego wieku. A może jednak przyczyną jest ta uporczywa wilgotność, która zamienia tutaj każde gęste falowane włosy w puch przypominający miotłę po półgodzinie na świeżym powietrzu? Powiedziałam w końcu dość i cieszę się teraz w miarę fajnymi włosami (oby długo!), a przy okazji posłużyłam jako królik doświadczalny mającym ochotę zrobić to samo koleżankom i przeżyłam upojne chwile w moim ulubionym zakładzie fryzjerskim.

Innego razu wraz z Królem Pomarańczy kąpaliśmy się w morzu o godzinie (khm) pierwszej w nocy. Polecam tym, których wakacje dopiero czekają. Mimo bliskiej odległości morza człowiek jakoś zapomina o tym, że ono istnieje - i funkcjonuje w rytmie: praca - pranie - sprzątanie - praca. Raz na jakiś czas skok w odmęty okazuje się więc być zbawienny. Zresetował mi się mózg, naładowały baterie, woda była chłodno-ciepła (prądy były wyczuwalne bardzo wyraźnie), czarna oraz błyszcząca jak aksamit. Nie chciało się wychodzić.
Tych kilka życiowych przyjemności powoduje, że nawet tak specjalnie na Turcję nie narzekam (jak zwykle). Dlatego też ośmieliłam się napisać notkę na blogu, by powiedzieć Wam "Cześć" oraz zapewnić, że u mnie po staremu. Mam nadzieję, że u Was też.

Czuwaj!