Zupełnie przypadkiem wpadłam dziś na parę świetnych blogów tak zwanych "expatów", czyli ludzi, z którymi łączy mnie temat życia na obczyźnie. I aż coś mnie ruszyło, bo blogi mają świetne, ciekawe, pełne energii i życia, a u mnie kurz i pajęczyny. Nic się nie dzieje. No mówiąc wprost pozazdrościłam.
Myślę jednak, że to wszystko jest po coś. W jakimś sensie formuła starego Tur-Tura się wyczerpała, i pora na zmiany. Piszę o tym już któryś już raz, wiem, ale usprawiedliwiam się, że przecież człowiek dojrzewa do tych zmian powoli, i że samo stwierdzenie, że potrzebna jest rewolucja nie oznacza, że się ją odrazu wprowadzi w życie. Tym bardziej, że mam tak dużo pomysłów, że tylko poukładanie ich i zebranie w mającą tak zwane ręce i nogi całość wymaga osobnej pracy. Nie mówiąc już o samych działaniach komputerowych: klik, klik, klik. Akurat tego to mam dość, spędzając codziennie większość dnia przed komputerem w klimatyzowanym biurze. A tak! W tym roku mamy już klimatyzację w biurze, co uważam za bardzo znaczący skok cywilizacyjny. Niniejszym nasza ekipa ładniej się przezentuje - lepiej pachniemy, nie jesteśmy tak rozczochrani, paluchy nam się nie lepią do klawiatur a turyści jak wchodzą do środka wydają z siebie takie urocze westchnienia.
Na razie kochani, to nam się pomału kończy miesiąc święty Ramazan. Nie odtrąbiłam jego rozpoczęcia, jak to drzewiej bywało, bo nie miałam (oczywiście) czasu ani głowy. W tym roku Ramazan minął szybko i bezboleśnie. Pościło parę osób w moim otoczeniu, co niezmiennie wzbudza mój szacunek. Nie pościł jednak Król Pomarańczy, więc żyłam w błogim spokoju i całkiem dobrym nastroju. Zresztą poza pracą nie mam zbyt wielu innych zmartwień, praca dostarcza mi ich za wszystko inne z zapasem - każdy kto prowadzi własny biznes, i do tego sezonowy, doskonale wie co mam na myśli. Jak to zapytała moja przyjaciółka kontrolując mój stan psychiczny na gadu-gadu:
- A masz ty jakieś życie prywatne poza pracą?
- Nie.
- Aha.
Do tego pracownicy branży turystycznej, która tak obrywa z każdej strony w tym roku, tym bardziej wiedzą, co mam na myśli.
Staram się jednak zachowywać trzeźwy umysł i w turecko-turystycznym świecie nie zwariować. Wydatnie w tym pomaga mi niezmiennie rower (tak, tak, tak - nie ma idealniejszego środka lokomocji, nawet w 35 stopniach! Jestem już tak na rower przekabacona, że nie potrafię bez niego żyć), jeżdżę nim wszędzie i zawsze, nawet na okazjonalne piwo z koleżankami.
Oprócz tego "zrobiłam sobie włosy" u tureckiego fryzjera (czyli zastosowałam prostowanie keratyną znane także w Polsce), co niniejszym stanowi historyczny wyczyn; Skylar nigdy nie spędzała tyle czasu u fryzjera, ani nie poświęcała uwagi swojej czuprynie. To, że tak mnie odmieniło, zrzucam to na karb mocno już zaawansowanego wieku. A może jednak przyczyną jest ta uporczywa wilgotność, która zamienia tutaj każde gęste falowane włosy w puch przypominający miotłę po półgodzinie na świeżym powietrzu? Powiedziałam w końcu dość i cieszę się teraz w miarę fajnymi włosami (oby długo!), a przy okazji posłużyłam jako królik doświadczalny mającym ochotę zrobić to samo koleżankom i przeżyłam upojne chwile w moim ulubionym zakładzie fryzjerskim.
Innego razu wraz z Królem Pomarańczy kąpaliśmy się w morzu o godzinie (khm) pierwszej w nocy. Polecam tym, których wakacje dopiero czekają. Mimo bliskiej odległości morza człowiek jakoś zapomina o tym, że ono istnieje - i funkcjonuje w rytmie: praca - pranie - sprzątanie - praca. Raz na jakiś czas skok w odmęty okazuje się więc być zbawienny. Zresetował mi się mózg, naładowały baterie, woda była chłodno-ciepła (prądy były wyczuwalne bardzo wyraźnie), czarna oraz błyszcząca jak aksamit. Nie chciało się wychodzić.
Tych kilka życiowych przyjemności powoduje, że nawet tak specjalnie na Turcję nie narzekam (jak zwykle). Dlatego też ośmieliłam się napisać notkę na blogu, by powiedzieć Wam "Cześć" oraz zapewnić, że u mnie po staremu. Mam nadzieję, że u Was też.
Czuwaj!
turlanie się po Turcji... i nie tylko
Uroki zycia w Turcji i pracy w turystyce relacjonowane na goraco wprost z granicy polsko - tureckiej.
niedziela, 12 sierpnia 2012
piątek, 27 lipca 2012
GORZKO VS. SŁODKO
W środku lata, przechodząc na zmianę pomiędzy od paru dni klimatyzowanym pomieszczeniem własnego biura, a tak zwanym "ogródkiem", gdzie mogę się w spokoju spocić i jednocześnie wyprostować nóżki na miękkich fotelach, przeczytałam wreszcie w całości książkę "Słodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji" autorstwa Necli Kelek. Przeczytałam i właściwie od lektury pierwszych stron strasznie mnie korciło, żeby coś na blogu napisać, ale wciąż się powstrzymywałam. Niniejszym po miesiącu zalogowałam się na bloggera, przez chwilę wydawało mi się nawet, że zapomniałam hasła po tak długiej nieobecności, ale jak to, po tylu latach tur-tur'owania? Nie jest jeszcze ze mną tak źle :)
Zalogowałam się i postanowiłam napisać choć parę słów na temat tej książki. Nie tyle recenzję, raczej pakiet osobistych wrażeń, uwag, komentarzy.
Książka autorstwa Niemki tureckiego pochodzenia, socjolożki, która urodzona w Turcji w dzieciństwie wraz z rodziną przeniosła się do Niemiec, nie jest łatwa do przełknięcia. Porusza wszystkie te tematy, którye omija się jadąc do Turcji na wakacje, o których po prostu stara się nie myśleć, żeby nie psuć sobie humoru. Motywem przewodnim jest podróż autorki wraz z życiowym partnerem (Niemcem) po Turcji, głównie po jej "ciemnych", mniej odwiedzanych rejonach. Pomiędzy reportażowe fragmenty wplata wspomnienia z dzieciństwa, opowieści o rodzinie i krewnych. Ktoś gdzieś w internecie zauważył, że jest to trochę "Pamukowe" pisanie - coś w tym jest. Jednocześnie próba obiektywnej analizy, spojrzenia na Turcję tu z perspektywy gościa "z zewnątrz" (w końcu do "niemieckich Turków" podchodzi się z rezerwą), jak i kogoś, kto więcej może zrozumieć będąc przecież jednocześnie i Turkiem, i Niemcem. Książka też stara się być przewodnikiem po tureckich tematach tabu, i próbą podsumowania ich w kontekście starań Turcji do wejścia do Unii Europejskiej.
Nie można odmówić pani Kelek dobrego pióra; książkę czyta się świetnie, niemalże ją "pożera", wciąż ciekawiąc, co może być na następnej stronie. Tematy nielekkie ale i niezwykle interesujące; o tym nie mówi się na codzień, lub tylko podsumowuje stereotypami: prawa kobiet, morderstwa honorowe, kwestie Ormian, Greków, Żydów - mniejszości wyznaniowe i etniczne. Polityka, wojsko, islam, Atatürk - znana nam wyliczanka, która w tej książce zostaje potraktowana brutalnie, szczerze, bez kolorowania i bez nadmiernego dramatyzowania. Kiedy tylko wydaje nam się, że Kelek uderza w nacjonalistów, za chwilę krytykuje także obecnie rządzących o religijnych zapędach. Kiedy z kolei wydaje nam się już, że tak zwani "islamiści" aż za bardzo dostali po nosie, przesiada się z powrotem na "kemalistów".
Zastanawiam się jak tą książkę odebrali Turcy, nie mam na myśli tych w Niemczech, ale w tak zwanej Anatolii - choć obawiam się, minie trochę czasu, zanim znajdę kogoś, kto ją przeczytał. Turcy przyjmują krytykę, ale głównie wtedy, kiedy sami są jej autorami, a nie ktoś "z zewnątrz", obcy.
W wielu sprawach Kelek ma rację, i to muszę przyznać na podstawie własnych obserwacji. Społeczeństwo tureckie które preferuje grupę niż jednostkę, nie dające się wybić indywidualnościom, wychowujące kolejne pokolenie osób niezdolnych do krytyki, eksperymentowania, już nie mówiąc o chodzeniu własnymi drogami. Ludzie, którzy albo są kemalistami, i wierzą we flagę, albo muzułmanami, i wierzą w Allaha; brak trzeciej drogi, innego wyścia, wręcz brak potrzeby trzeciej drogi.
Są to przyzwyczajenia wpajane przez wieki, i na pewno nie będzie łatwo Turcji się z nich wyzwolić (tym bardziej że indywidualizm zostaje tu często napiętnowany jako "europejskie zepsucie"). Rola kobiet na wschodzie i na wsiach - nie tyle religijnie, co tradycyjnie od wieków podrzędnych mężczyznom. Aranżowane małżeństwa, przemoc. Wiele by pisać a najlepiej tak naprawdę książkę przeczytać.
Nie mogę się jednak opędzić od wrażenia, że autorka podchodziła do pisania z góry założoną tezą. Mam wrażenie że soczewki, którymi ogląda turecką rzeczywistość, niektóre rzeczy wyolbrzymiają, a niektóre kompletnie pomijają. Że perspektywa Necli Kelek jest bardzo (i wyraźnie to się przewija w całej książce) anty-religijna. Nawet mnie, osobie, która podchodzi do jakiejkolwiek religii z dużym dystansem a jednocześnie szacunkiem, wydaje się to przesadzone. Obecność islamu w Turcji autorce wyraźnie przeszkadza. Patrzy na niego ze swojej niemieckiej perspektywy oceniając nawet tam, gdzie ta ocena jest kompletnie zbędna. Czuje się ona podczas podróży niekomfortowo będąc kobietą, i do tego obcą. Mam wrażenie że taka teza w niektórych przypadkach jest na siłę, aby bardziej "pasowała" do koncepcji. Czytając książkę najbardziej właśnie drażniły mnie te komentarze, które przecież niewiele musiały mieć wspólnego z prawdą, ale dość mocno wpływały na całość. Nie będę tu ich cytować, aby nie sugerować tym, których lektura jeszcze czeka.
Owszem, gdyby skupiać się na negatywach, problemach, które mają potem odbicie w tym jak Turcja jest oceniana na arenie międzynarodowej, szczególnie w świetle potencjalnej akcesji do UE, rozdziałów takiej "gorzkiej" książki mogłoby być dużo więcej. Jest to kraj o potężnej historii i zagmatwanej przeszłości, z którą jak słusznie zauważyła autorka musi się sam uporać, bez niczyjej pomocy (wtedy, kiedy będzie na to gotowy). W końcu od ledwo 90 lat Turcja jest republiką! Demokracja to młoda i też przecież "nieidealna", zmienić potrzeba sporo; prawo to jedno, ale ludzie i ich myślenie ewoluują dużo wolniej.
Na koniec bardziej "osobiście". Zanim jeszcze zdobyłam egzemplarz tej książki wielu znajomych pytało mnie o nią. "Czy to naprawdę tak jest", że będąc obcą, czy będąc kobietą, albo "niemuzułmanką", czuję się gorzej? Czy ktoś patrzy na mnie krzywo, czy faktycznie na ulicach namnożyło się kobiet w chustach, a normalne życie w stylu europejskim zrobiło się trudniejsze?
Odpowiedź będzie prosta, a jednocześnie trudna. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Potwierdzeniem jest zresztą ta książka. Widzimy to, co chcemy widzieć. Są takie dni, kiedy nawet w mojej "rozbuchanej wakacyjnym szaleństwem" Alanyi robi się dla mnie za ciasno, za turecko, za mało "europejsko". Są dni, że chciałabym być niewidoczna, albo że chciałabym być Turczynką, aby mieć po prostu święty spokój (jako 'yabanci', obca, tego spokoju jednak często nie mam, budząc niekiedy jakąś tam sensację). A najlepiej jechać do Polski, by być znów w świecie, gdzie wszystkie kody, znaki, języki, obrazy i dźwięki są dla mnie od razu jasne i proste do ogarnięcia. Nie trzeba się wysilać, by się do nich ustosunkować. Nie trzeba nic robić, nic próbować. Po prostu się jest, i jest się sobą. W Turcji (jak i każdym innym kraju, w każdym innym "obcym mieście") trzeba zająć jakąś pozycję, określić się, zadomowić. Obraz świata mimo że teoretycznie z zewnątrz, jest zawsze tylko wycinkiem obrazu, naszą perspektywą. Warto o tym pamiętać także czytając książkę Kelek - to jest jej - laickiej, walczącej o ideały demokracji, niemieckiej Turczynce albo tureckiej Niemce - obraz.
Równolegle czasami wydaje mi się, że "europejskie" rejony Turcji (jak zwariowany Stambuł i jego mieszkańcy) są już dla mnie kompletnie nie do przyjęcia. Albo ci "po europejsku" myślący Turcy, którzy lubią wielkie słowa, a potem czynami sami sobie zaprzeczają. Ci laiccy 'ataturkizujący' wykształceni ludzie, którzy nie potrafią się zdobyć ani krztę tolerancji czy życzliwości dla tych prostych, wierzących wieśniaków.
Nie, nie wydaje mi się, że w Turcji jest "gorzej" niż kiedyś. Ani też nie powiem, że jest "lepiej". Moja ocena tego kraju jest niejednorodna, i nie jest wymierna. Kiedyś nie rozumiałam ani słowa z gazet czy wypowiedzi innych, nie żyłam tu na co dzień. Przyjeżdżałam, pracowałam, i wyjeżdżałam. Teraz, po paru latach, próbuję zadomowić się tu - a zadomowienie skutkuje, jak to w życiu bywa, rozczarowaniem. A więc ten kraj nie jest rajem? No nie jest :)
Przez tych kilka lat tylko jeden raz ktoś dyskryminował mnie przez fakt, że jestem kobietą - i był to wyedukowany na stambulskim uniwersytecie biegle znający języki obce, bywalec Europy, profesjonalny przewodnik wycieczek. Będąc na wschodzie Turcji, wśród Kurdów albo mając do czynienia z niepotrafiącymi pisać wieśniakami nigdy nie miałam poczucia, że jestem obca. Wprost przeciwnie, ci ludzie podchodzą do przybyszy z ciekawością i życzliwością, nie oceniają ich, może dlatego, że widzą we mnie także dziecięcą ciekawość. I może dlatego, że nie zdążyli wyrobić w sobie szkodliwych stereotypów.
Przez tych kilka lat tylko jedna osoba sugerowała mi przejście na islam (pomijam żarty). Jest to (bo wciąż nie odpuszcza :)) pracownik muzułmańskiej organizacji charytatywnej, którą wspomagają moi tureccy bliscy. Przyznacie, że da się to zrozumieć :)
Przez tych kilka lat nikt nie komentował faktu, że nie wyszłam za mąż za mojego chłopaka, no chyba że robiły to zazdrosne koleżanki Turczynki, dla których jest to oczywisty dowód na to, że mnie nie kocha :) Koleżanki notabene niezwykle "europejskie" i bardzo "wyzwolone".
Jeśli ktoś patrzy na mnie krzywo, to są to także Turczynki, którym takie jak ja w pewnym sensie 'odbierają' chłopaków. Nie ma się co dziwić, ja na ich miejscu też byłabym wściekła, tym bardziej, jeśli byłabym samotna i tym bardziej, jeśli mieszkałabym w Alanyi, "siedlisku rozpusty" i łatwej miłości.
Rozpisałam się, tymczasem w dzielnicy Oba prąd po raz kolejny od paru dni, siadł. I po raz kolejny wrócił. Ponoć wszystkie okoliczne hotele korzystają z "nielegalnych" łączy, stąd te awarie. Inni mówią, że przy tych upałach po prostu sieci energetyczne nie wyrabiają. Teorii, jak w życiu, jest zawsze dużo. A prawda leży gdzieś po środku.
Jeśli pytalibyście czy przeczytać książkę warto, powiem: BEZWZGLĘDNIE TAK, i to szczególnie, że nie jesteście czytelnikami przypadkowymi, ale interesującymi się Turcją (a dowodem jest fakt iż przebrnęliście do końca tej notki). Natomiast jeśli ktos spyta, czy wierzyć we wszystko, co jest tam wypisane: ABSOLUTNIE NIE. Podchodzić do zapisków autorki należy z dystansem. Pamiętać, że jej punkt widzenia jest tylko i aż jej punktem widzenia, a nie dziełem naukowym i obiektywnym.
Cieszy, że pojawiają się takie książki, że tłumaczone są na polski, że można czytać, czytać, raz słodko i cukierkowo, innym razem gorzko i niewygodnie, i z tego wszystkiego, filtrując przez własne doświadczenia Turcji, budować sobie obraz tego niełatwego do zaszufladkowania kraju.
Rzekłam.
Zalogowałam się i postanowiłam napisać choć parę słów na temat tej książki. Nie tyle recenzję, raczej pakiet osobistych wrażeń, uwag, komentarzy.
Książka autorstwa Niemki tureckiego pochodzenia, socjolożki, która urodzona w Turcji w dzieciństwie wraz z rodziną przeniosła się do Niemiec, nie jest łatwa do przełknięcia. Porusza wszystkie te tematy, którye omija się jadąc do Turcji na wakacje, o których po prostu stara się nie myśleć, żeby nie psuć sobie humoru. Motywem przewodnim jest podróż autorki wraz z życiowym partnerem (Niemcem) po Turcji, głównie po jej "ciemnych", mniej odwiedzanych rejonach. Pomiędzy reportażowe fragmenty wplata wspomnienia z dzieciństwa, opowieści o rodzinie i krewnych. Ktoś gdzieś w internecie zauważył, że jest to trochę "Pamukowe" pisanie - coś w tym jest. Jednocześnie próba obiektywnej analizy, spojrzenia na Turcję tu z perspektywy gościa "z zewnątrz" (w końcu do "niemieckich Turków" podchodzi się z rezerwą), jak i kogoś, kto więcej może zrozumieć będąc przecież jednocześnie i Turkiem, i Niemcem. Książka też stara się być przewodnikiem po tureckich tematach tabu, i próbą podsumowania ich w kontekście starań Turcji do wejścia do Unii Europejskiej.
Nie można odmówić pani Kelek dobrego pióra; książkę czyta się świetnie, niemalże ją "pożera", wciąż ciekawiąc, co może być na następnej stronie. Tematy nielekkie ale i niezwykle interesujące; o tym nie mówi się na codzień, lub tylko podsumowuje stereotypami: prawa kobiet, morderstwa honorowe, kwestie Ormian, Greków, Żydów - mniejszości wyznaniowe i etniczne. Polityka, wojsko, islam, Atatürk - znana nam wyliczanka, która w tej książce zostaje potraktowana brutalnie, szczerze, bez kolorowania i bez nadmiernego dramatyzowania. Kiedy tylko wydaje nam się, że Kelek uderza w nacjonalistów, za chwilę krytykuje także obecnie rządzących o religijnych zapędach. Kiedy z kolei wydaje nam się już, że tak zwani "islamiści" aż za bardzo dostali po nosie, przesiada się z powrotem na "kemalistów".
Zastanawiam się jak tą książkę odebrali Turcy, nie mam na myśli tych w Niemczech, ale w tak zwanej Anatolii - choć obawiam się, minie trochę czasu, zanim znajdę kogoś, kto ją przeczytał. Turcy przyjmują krytykę, ale głównie wtedy, kiedy sami są jej autorami, a nie ktoś "z zewnątrz", obcy.
W wielu sprawach Kelek ma rację, i to muszę przyznać na podstawie własnych obserwacji. Społeczeństwo tureckie które preferuje grupę niż jednostkę, nie dające się wybić indywidualnościom, wychowujące kolejne pokolenie osób niezdolnych do krytyki, eksperymentowania, już nie mówiąc o chodzeniu własnymi drogami. Ludzie, którzy albo są kemalistami, i wierzą we flagę, albo muzułmanami, i wierzą w Allaha; brak trzeciej drogi, innego wyścia, wręcz brak potrzeby trzeciej drogi.
Są to przyzwyczajenia wpajane przez wieki, i na pewno nie będzie łatwo Turcji się z nich wyzwolić (tym bardziej że indywidualizm zostaje tu często napiętnowany jako "europejskie zepsucie"). Rola kobiet na wschodzie i na wsiach - nie tyle religijnie, co tradycyjnie od wieków podrzędnych mężczyznom. Aranżowane małżeństwa, przemoc. Wiele by pisać a najlepiej tak naprawdę książkę przeczytać.
Nie mogę się jednak opędzić od wrażenia, że autorka podchodziła do pisania z góry założoną tezą. Mam wrażenie że soczewki, którymi ogląda turecką rzeczywistość, niektóre rzeczy wyolbrzymiają, a niektóre kompletnie pomijają. Że perspektywa Necli Kelek jest bardzo (i wyraźnie to się przewija w całej książce) anty-religijna. Nawet mnie, osobie, która podchodzi do jakiejkolwiek religii z dużym dystansem a jednocześnie szacunkiem, wydaje się to przesadzone. Obecność islamu w Turcji autorce wyraźnie przeszkadza. Patrzy na niego ze swojej niemieckiej perspektywy oceniając nawet tam, gdzie ta ocena jest kompletnie zbędna. Czuje się ona podczas podróży niekomfortowo będąc kobietą, i do tego obcą. Mam wrażenie że taka teza w niektórych przypadkach jest na siłę, aby bardziej "pasowała" do koncepcji. Czytając książkę najbardziej właśnie drażniły mnie te komentarze, które przecież niewiele musiały mieć wspólnego z prawdą, ale dość mocno wpływały na całość. Nie będę tu ich cytować, aby nie sugerować tym, których lektura jeszcze czeka.
Owszem, gdyby skupiać się na negatywach, problemach, które mają potem odbicie w tym jak Turcja jest oceniana na arenie międzynarodowej, szczególnie w świetle potencjalnej akcesji do UE, rozdziałów takiej "gorzkiej" książki mogłoby być dużo więcej. Jest to kraj o potężnej historii i zagmatwanej przeszłości, z którą jak słusznie zauważyła autorka musi się sam uporać, bez niczyjej pomocy (wtedy, kiedy będzie na to gotowy). W końcu od ledwo 90 lat Turcja jest republiką! Demokracja to młoda i też przecież "nieidealna", zmienić potrzeba sporo; prawo to jedno, ale ludzie i ich myślenie ewoluują dużo wolniej.
Na koniec bardziej "osobiście". Zanim jeszcze zdobyłam egzemplarz tej książki wielu znajomych pytało mnie o nią. "Czy to naprawdę tak jest", że będąc obcą, czy będąc kobietą, albo "niemuzułmanką", czuję się gorzej? Czy ktoś patrzy na mnie krzywo, czy faktycznie na ulicach namnożyło się kobiet w chustach, a normalne życie w stylu europejskim zrobiło się trudniejsze?
Odpowiedź będzie prosta, a jednocześnie trudna. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Potwierdzeniem jest zresztą ta książka. Widzimy to, co chcemy widzieć. Są takie dni, kiedy nawet w mojej "rozbuchanej wakacyjnym szaleństwem" Alanyi robi się dla mnie za ciasno, za turecko, za mało "europejsko". Są dni, że chciałabym być niewidoczna, albo że chciałabym być Turczynką, aby mieć po prostu święty spokój (jako 'yabanci', obca, tego spokoju jednak często nie mam, budząc niekiedy jakąś tam sensację). A najlepiej jechać do Polski, by być znów w świecie, gdzie wszystkie kody, znaki, języki, obrazy i dźwięki są dla mnie od razu jasne i proste do ogarnięcia. Nie trzeba się wysilać, by się do nich ustosunkować. Nie trzeba nic robić, nic próbować. Po prostu się jest, i jest się sobą. W Turcji (jak i każdym innym kraju, w każdym innym "obcym mieście") trzeba zająć jakąś pozycję, określić się, zadomowić. Obraz świata mimo że teoretycznie z zewnątrz, jest zawsze tylko wycinkiem obrazu, naszą perspektywą. Warto o tym pamiętać także czytając książkę Kelek - to jest jej - laickiej, walczącej o ideały demokracji, niemieckiej Turczynce albo tureckiej Niemce - obraz.
Równolegle czasami wydaje mi się, że "europejskie" rejony Turcji (jak zwariowany Stambuł i jego mieszkańcy) są już dla mnie kompletnie nie do przyjęcia. Albo ci "po europejsku" myślący Turcy, którzy lubią wielkie słowa, a potem czynami sami sobie zaprzeczają. Ci laiccy 'ataturkizujący' wykształceni ludzie, którzy nie potrafią się zdobyć ani krztę tolerancji czy życzliwości dla tych prostych, wierzących wieśniaków.
Nie, nie wydaje mi się, że w Turcji jest "gorzej" niż kiedyś. Ani też nie powiem, że jest "lepiej". Moja ocena tego kraju jest niejednorodna, i nie jest wymierna. Kiedyś nie rozumiałam ani słowa z gazet czy wypowiedzi innych, nie żyłam tu na co dzień. Przyjeżdżałam, pracowałam, i wyjeżdżałam. Teraz, po paru latach, próbuję zadomowić się tu - a zadomowienie skutkuje, jak to w życiu bywa, rozczarowaniem. A więc ten kraj nie jest rajem? No nie jest :)
Przez tych kilka lat tylko jeden raz ktoś dyskryminował mnie przez fakt, że jestem kobietą - i był to wyedukowany na stambulskim uniwersytecie biegle znający języki obce, bywalec Europy, profesjonalny przewodnik wycieczek. Będąc na wschodzie Turcji, wśród Kurdów albo mając do czynienia z niepotrafiącymi pisać wieśniakami nigdy nie miałam poczucia, że jestem obca. Wprost przeciwnie, ci ludzie podchodzą do przybyszy z ciekawością i życzliwością, nie oceniają ich, może dlatego, że widzą we mnie także dziecięcą ciekawość. I może dlatego, że nie zdążyli wyrobić w sobie szkodliwych stereotypów.
Przez tych kilka lat tylko jedna osoba sugerowała mi przejście na islam (pomijam żarty). Jest to (bo wciąż nie odpuszcza :)) pracownik muzułmańskiej organizacji charytatywnej, którą wspomagają moi tureccy bliscy. Przyznacie, że da się to zrozumieć :)
Przez tych kilka lat nikt nie komentował faktu, że nie wyszłam za mąż za mojego chłopaka, no chyba że robiły to zazdrosne koleżanki Turczynki, dla których jest to oczywisty dowód na to, że mnie nie kocha :) Koleżanki notabene niezwykle "europejskie" i bardzo "wyzwolone".
Jeśli ktoś patrzy na mnie krzywo, to są to także Turczynki, którym takie jak ja w pewnym sensie 'odbierają' chłopaków. Nie ma się co dziwić, ja na ich miejscu też byłabym wściekła, tym bardziej, jeśli byłabym samotna i tym bardziej, jeśli mieszkałabym w Alanyi, "siedlisku rozpusty" i łatwej miłości.
Rozpisałam się, tymczasem w dzielnicy Oba prąd po raz kolejny od paru dni, siadł. I po raz kolejny wrócił. Ponoć wszystkie okoliczne hotele korzystają z "nielegalnych" łączy, stąd te awarie. Inni mówią, że przy tych upałach po prostu sieci energetyczne nie wyrabiają. Teorii, jak w życiu, jest zawsze dużo. A prawda leży gdzieś po środku.
Jeśli pytalibyście czy przeczytać książkę warto, powiem: BEZWZGLĘDNIE TAK, i to szczególnie, że nie jesteście czytelnikami przypadkowymi, ale interesującymi się Turcją (a dowodem jest fakt iż przebrnęliście do końca tej notki). Natomiast jeśli ktos spyta, czy wierzyć we wszystko, co jest tam wypisane: ABSOLUTNIE NIE. Podchodzić do zapisków autorki należy z dystansem. Pamiętać, że jej punkt widzenia jest tylko i aż jej punktem widzenia, a nie dziełem naukowym i obiektywnym.
Cieszy, że pojawiają się takie książki, że tłumaczone są na polski, że można czytać, czytać, raz słodko i cukierkowo, innym razem gorzko i niewygodnie, i z tego wszystkiego, filtrując przez własne doświadczenia Turcji, budować sobie obraz tego niełatwego do zaszufladkowania kraju.
Rzekłam.
sobota, 23 czerwca 2012
PROJEKT TUR-TUR
Dzisiaj troszkę inaczej. Piszę bowiem z apelem, informacją, zaproszeniem i zachętą. Od dłuższego czasu chodził mi po głowie ten projekt, aż w końcu w środku tego sezonu, postanowiłam wprowadzić go w życie i odważyć się. Lepiej teraz, bo może ktoś z Was, albo znanych Wam osób będzie chciał w nim uczestniczyć. Lepiej teraz, bo jeśli tak, i jeśli planujecie latem odwiedzić Turcję, to wszystko się Szanowni Państwo idealnie składa.
Na blogu to tylko wciąż ja i ja :) A tym razem chciałabym poznać moich Czytelników, a szerzej i ogólniej - osoby, które interesują się Turcją, mają z nią związki bliższe lub dalsze, rodzinne, przyjacielskie, albo po prostu regularnie spędzają tu wakacje czy lubią turecką muzykę. I odwrotnie - interesują mnie także Turcy i Turczynki, którzy/które z jakichś względów wybrały/wybrali Polskę - jako miejsce studiów, pracy, życia. A może interesują się polską historią, a może mają przyjaciół czy małżonka z Polski?
Projekt o roboczej nazwie "tur-tur" (bo jakże by inaczej :)) ma na celu zbliżenie nas wszystkich do siebie. Nie trzeba mieszkać ileś tam lat w Turcji, mówić biegle po turecku, mieć męża/żony Turka i wiedzieć o tym kraju wszystkiego, by przyczynić się do wzrostu kulturowej tolerancji i obalania stereotypów. Jeśli dzięki Wam, waszym drobnym działaniom, Waszej pasji typu: tureckie kino albo gotowanie tureckich przysmaków - ktoś w Waszym otoczeniu zmienił zdanie o tym kraju, zaczął na niego patrzeć łagodniej, albo - nawet - odważył się i wybrał na wakacje, to wspaniale. To znaczy, że naprawdę świat można zmieniać :)
Zapraszam więc do kontaktu wszystkich chętnych do wzięcia udziału w moim nielimitowanym (póki co) projekcie. Będę o Was pisać, robić z Wami mini-wywiady, fotografować w tureckiej scenerii i publikować to wszystko na blogu i facebooku, za Waszą zgodą oczywiście. Będę otwarta na Wasze sugestie - ale ostatecznego wyboru uczestników, scen i tematów będę dokonywać ja. Jestem otwarta na chcące się pokazać pary, małżeństwa polsko-tureckie, osoby tutaj pracujące, uczące się, podróżujące, posiadające tureckie pasje... projekt nie ma granic, bedzie trwał dopóty, dopóki go nie odwołam, a potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, ruszę z nim gdzieś na szerokie wody.
A więc zapraszam - nie krępujcie się, nie bójcie się pokazać, szczególnie jeśli swoim życiem czy pasjami jesteście dowodem na to, że świat jest pełen zrozumienia i pokoju, a nie uprzedzeń i stereotypów. Naiwne i idealistyczne? Jestem pewna, że nie :)
Piszcie na moją skrzynkę mailową (bez spacji) skylar @ onet . eu, podając kilka informacji o sobie, opisując w paru słowach Wasze związki z Turcją i ewentualny termin przyjazdu do Turcji, aby móc się umówić na sesję fotograficzną i rozmowę. Jeśli przyjazd będzie niemożliwy, kontakt internetowy może go zastąpić (skype, mail).
Uwaga: projekt jest non-profit, natomiast wszelkie wsparcie promocyjne będzie mile widziane :)
EDIT:
Dostałam bardzo dużo maili i zgłoszeń, dziękuję bardzo! Proszę o cierpliwość będę odpowiadać maksymalnie z tygodniowym opóźnieniem. Ponieważ projekt ma być jednoczesnie fotograficzny i tekstowy, chciałabym móc z Wami się spotkać. Oto wstępny plan: najpierw zajmę się osobami, które przyjeżdżają do Alanyi i okolic, następnie u progu jesieni jest możliwe spotkanie z osobami ze Stambułu oraz innych miast Turcji, a jesienią i zimą już wszędzie (także w Polsce i Europie) bez ograniczeń :)
Na blogu to tylko wciąż ja i ja :) A tym razem chciałabym poznać moich Czytelników, a szerzej i ogólniej - osoby, które interesują się Turcją, mają z nią związki bliższe lub dalsze, rodzinne, przyjacielskie, albo po prostu regularnie spędzają tu wakacje czy lubią turecką muzykę. I odwrotnie - interesują mnie także Turcy i Turczynki, którzy/które z jakichś względów wybrały/wybrali Polskę - jako miejsce studiów, pracy, życia. A może interesują się polską historią, a może mają przyjaciół czy małżonka z Polski?
Projekt o roboczej nazwie "tur-tur" (bo jakże by inaczej :)) ma na celu zbliżenie nas wszystkich do siebie. Nie trzeba mieszkać ileś tam lat w Turcji, mówić biegle po turecku, mieć męża/żony Turka i wiedzieć o tym kraju wszystkiego, by przyczynić się do wzrostu kulturowej tolerancji i obalania stereotypów. Jeśli dzięki Wam, waszym drobnym działaniom, Waszej pasji typu: tureckie kino albo gotowanie tureckich przysmaków - ktoś w Waszym otoczeniu zmienił zdanie o tym kraju, zaczął na niego patrzeć łagodniej, albo - nawet - odważył się i wybrał na wakacje, to wspaniale. To znaczy, że naprawdę świat można zmieniać :)
Zapraszam więc do kontaktu wszystkich chętnych do wzięcia udziału w moim nielimitowanym (póki co) projekcie. Będę o Was pisać, robić z Wami mini-wywiady, fotografować w tureckiej scenerii i publikować to wszystko na blogu i facebooku, za Waszą zgodą oczywiście. Będę otwarta na Wasze sugestie - ale ostatecznego wyboru uczestników, scen i tematów będę dokonywać ja. Jestem otwarta na chcące się pokazać pary, małżeństwa polsko-tureckie, osoby tutaj pracujące, uczące się, podróżujące, posiadające tureckie pasje... projekt nie ma granic, bedzie trwał dopóty, dopóki go nie odwołam, a potem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, ruszę z nim gdzieś na szerokie wody.
A więc zapraszam - nie krępujcie się, nie bójcie się pokazać, szczególnie jeśli swoim życiem czy pasjami jesteście dowodem na to, że świat jest pełen zrozumienia i pokoju, a nie uprzedzeń i stereotypów. Naiwne i idealistyczne? Jestem pewna, że nie :)
Piszcie na moją skrzynkę mailową (bez spacji) skylar @ onet . eu, podając kilka informacji o sobie, opisując w paru słowach Wasze związki z Turcją i ewentualny termin przyjazdu do Turcji, aby móc się umówić na sesję fotograficzną i rozmowę. Jeśli przyjazd będzie niemożliwy, kontakt internetowy może go zastąpić (skype, mail).
Uwaga: projekt jest non-profit, natomiast wszelkie wsparcie promocyjne będzie mile widziane :)
EDIT:
Dostałam bardzo dużo maili i zgłoszeń, dziękuję bardzo! Proszę o cierpliwość będę odpowiadać maksymalnie z tygodniowym opóźnieniem. Ponieważ projekt ma być jednoczesnie fotograficzny i tekstowy, chciałabym móc z Wami się spotkać. Oto wstępny plan: najpierw zajmę się osobami, które przyjeżdżają do Alanyi i okolic, następnie u progu jesieni jest możliwe spotkanie z osobami ze Stambułu oraz innych miast Turcji, a jesienią i zimą już wszędzie (także w Polsce i Europie) bez ograniczeń :)
sobota, 16 czerwca 2012
ALANYA NEWS - CZERWIEC
Przyszedł czerwiec i pogoda jest czerwcowa - mimo obaw zapobiegliwych turystów, którzy jadąc do Alanyi śledzą z wypiekami na twarzy prognozy pogody, na żadne większe zmiany (np. deszcze) liczyć nie można. Jest gorąco, duszno, a przede wszystkim strasznie wilgotno. Z racji, że zrobiło się tak z dnia na dzień niemalże, nasze delikatne ludzkie organizmy się buntują ;) W Alanyi rozpanoszyła się jakaś inna wersja popularnej zemsty sułtana, która dotyka także Turków (a może i przede wszystkim ich). Śmiejemy się, że widocznie nie są przyzwyczajeni do tutejszej flory bakteryjnej. Dostało się nawet Królowi Pomarańczy; prawie cały tydzień spędził o chlebie i wodzie, śniąc o soczystej posypanej papryką baraninie.
Trzeba się nagle przestawić na picie ogromnych ilości wody, bez tego boli brzuch, boli głowa, człowiek jest jakiś śnięty, niedzisiejszy, niekumaty. Włosy puszą się w wilgotnym powietrzu i już nie wiem jak je układać, makijaż spływa z twarzy, krążenie krwi zwalnia. Uparcie jeżdżę na rowerze, aby mieć wyrobione minimum ruchu tygodniowo, ale po ostatniej kilkunastokilometrowej wycieczce, kiedy bezmyślnie spaliłam sobie plecy, robię przerwę.
Ale przecież nie jest źle, jest świetnie, a to dlatego, że Polska gra dobrze a będzie grać jeszcze lepiej - i to dziś, miejmy nadzieję ;) Niesamowicie ogląda się w Turcji mecze z komentarzem Szpakowskiego ("przyczajony Tytoń") i to razem z innymi Polakami (turyści, pracownicy różnych biur i sklepów, porozumienie ponad podziałami - mam nadzieję :))) - oj, są emocje.
Wraz z rozpoczęciem tak zwanego wysokiego sezonu zrobiło się także swojsko pod innym względem. W rejony naszego biura zaczynają podjeżdżać rozmaici znajomi których nie widzieliśmy od lat, na motorach, albo innych mechanicznych koniach. Na tylnym/bocznym siedzeniu nieodmiennie przedstawicielka płci zwanej piękną, w stroju wskazującym na fakt bycia turystką (maksimum ciała, minimum materiału, przecież trzeba korzystać ze słońca). Zsiadają z pojazdów i ruszają ku nam, spoglądającym z popłochem na siebie, rycząc:
- Brrrrachuuuuuu czeeeeeść!
A potem zwracają się do swojej towarzyszki łamanym angielskim/rosyjskim/tarzańskim:
- To jest mój najlepszy przyjaciel, a to jego dziewczyna, zobacz, razem prowadzą biuro! - i bezpośrednio o mnie:
- Jest dla mnie jak siostra! (Na co ja prawie się duszę ze śmiechu, bo gdybym miała takiego brata, to chyba uciekłabym gdzie pieprz rośnie).
Rozsiadają się na kanapie, opowiadają po turecku niepowiązane logicznym ciągiem historie, szpanują, a zagraniczna koleżanka reaguje w dwójnasób:
a) zafascynowana ale nie rozumiejąca uśmiecha się uwodzicielsko, głaszcząc swojego ukochanego po ręce
b) zdenerwowana że nic nie rozumie, wychodzi na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza
W obu przypadkach koleżanki nie wiedzą pewnie, że znamy się z ich chłopcem ledwo co, że w ogóle się nie lubimy, że to tylko taki pokaz i szpan i gra, w którą chcąc nie chcąc gramy także my. Turecki loverboy w jego mniemaniu robi na kobiecie wrażenie światowca znającego CAŁĄ (CAŁĄ!!!) Alanyę, salonowego lwa, nieprzemijającej gwiazdy i osoby, której się pożąda.
Dziewczyny nie wiedzą, choć pewnie się niektóre domyślają, że takie obwożenie jest typowe dla zakompleksionych podrywaczy, którzy nie potrafią dziewczynie w inny sposób zaimponować, niż przedstawiając ją całej gromadzie dalekich kolegów.
Powtarzalność tego zjawiska jest zadziwiająca. I uniwersalność; dotyczy zarówno wystrojonych jak koguciki barmanów, kelnerów i sprzedawców wycieczek, jak i żonatych oraz dzieciatych panów w starszym wieku, z brzuszkami, koszulkami z kołnierzykami i spodniami w kancik. Skala rażenia dziewcząt w różnym wieku, o różnym wyglądzie i statusie majątkowym, z różnych krajów (z UE i poza UE), też skłania do refleksji.
Czasami sobie myślę co by było, jakby któraś z tych pań trafiła na tego bloga, i miała wrażenie że piszę o niej - ale pewnie byłoby nic. W końcu jest to najlżejsza historia, którą opowiadam, z wrodzonej wrażliwości uważając, by nikogo nie urazić. Ciężko przecież zakochaną kobietę przekonać, że świat wygląda inaczej, niż jej się wydaje - to my zostajemy wtedy nazwani zazdrośnikami i zimnymi do bólu racjonalistami, którzy nigdy nie zaznali prawdziwej miłości. Dużo bardziej skrajne historie nigdy nie ujrzą światła dziennego - na pewno nie na blogu, choć nadają się na filmy. W sumie można by nawet stworzyć książkę z tych bohaterów i kuriozów, które w Turcji przychodziły pogadać czy prosić o pomoc. Jedynie zmieniając imiona i dane charakterystyczne. Ale wtedy musiałabym chyba wyprowadzić się z Alanyi i zatrzeć po sobie wszelkie ślady - a póki co jednak mi tu całkiem nieźle ;)
Pozostańmy więc w słodkiej realności, wypijmy herbatkę rumiankową (papatya) dobrą na żołądek (tak na zapas) i nastawiajmy się bojowo na wieczór. Polskaaaaa! Polska!!!! :)
Trzeba się nagle przestawić na picie ogromnych ilości wody, bez tego boli brzuch, boli głowa, człowiek jest jakiś śnięty, niedzisiejszy, niekumaty. Włosy puszą się w wilgotnym powietrzu i już nie wiem jak je układać, makijaż spływa z twarzy, krążenie krwi zwalnia. Uparcie jeżdżę na rowerze, aby mieć wyrobione minimum ruchu tygodniowo, ale po ostatniej kilkunastokilometrowej wycieczce, kiedy bezmyślnie spaliłam sobie plecy, robię przerwę.
Ale przecież nie jest źle, jest świetnie, a to dlatego, że Polska gra dobrze a będzie grać jeszcze lepiej - i to dziś, miejmy nadzieję ;) Niesamowicie ogląda się w Turcji mecze z komentarzem Szpakowskiego ("przyczajony Tytoń") i to razem z innymi Polakami (turyści, pracownicy różnych biur i sklepów, porozumienie ponad podziałami - mam nadzieję :))) - oj, są emocje.
Wraz z rozpoczęciem tak zwanego wysokiego sezonu zrobiło się także swojsko pod innym względem. W rejony naszego biura zaczynają podjeżdżać rozmaici znajomi których nie widzieliśmy od lat, na motorach, albo innych mechanicznych koniach. Na tylnym/bocznym siedzeniu nieodmiennie przedstawicielka płci zwanej piękną, w stroju wskazującym na fakt bycia turystką (maksimum ciała, minimum materiału, przecież trzeba korzystać ze słońca). Zsiadają z pojazdów i ruszają ku nam, spoglądającym z popłochem na siebie, rycząc:
- Brrrrachuuuuuu czeeeeeść!
A potem zwracają się do swojej towarzyszki łamanym angielskim/rosyjskim/tarzańskim:
- To jest mój najlepszy przyjaciel, a to jego dziewczyna, zobacz, razem prowadzą biuro! - i bezpośrednio o mnie:
- Jest dla mnie jak siostra! (Na co ja prawie się duszę ze śmiechu, bo gdybym miała takiego brata, to chyba uciekłabym gdzie pieprz rośnie).
Rozsiadają się na kanapie, opowiadają po turecku niepowiązane logicznym ciągiem historie, szpanują, a zagraniczna koleżanka reaguje w dwójnasób:
a) zafascynowana ale nie rozumiejąca uśmiecha się uwodzicielsko, głaszcząc swojego ukochanego po ręce
b) zdenerwowana że nic nie rozumie, wychodzi na zewnątrz zaczerpnąć świeżego powietrza
W obu przypadkach koleżanki nie wiedzą pewnie, że znamy się z ich chłopcem ledwo co, że w ogóle się nie lubimy, że to tylko taki pokaz i szpan i gra, w którą chcąc nie chcąc gramy także my. Turecki loverboy w jego mniemaniu robi na kobiecie wrażenie światowca znającego CAŁĄ (CAŁĄ!!!) Alanyę, salonowego lwa, nieprzemijającej gwiazdy i osoby, której się pożąda.
Dziewczyny nie wiedzą, choć pewnie się niektóre domyślają, że takie obwożenie jest typowe dla zakompleksionych podrywaczy, którzy nie potrafią dziewczynie w inny sposób zaimponować, niż przedstawiając ją całej gromadzie dalekich kolegów.
Powtarzalność tego zjawiska jest zadziwiająca. I uniwersalność; dotyczy zarówno wystrojonych jak koguciki barmanów, kelnerów i sprzedawców wycieczek, jak i żonatych oraz dzieciatych panów w starszym wieku, z brzuszkami, koszulkami z kołnierzykami i spodniami w kancik. Skala rażenia dziewcząt w różnym wieku, o różnym wyglądzie i statusie majątkowym, z różnych krajów (z UE i poza UE), też skłania do refleksji.
Czasami sobie myślę co by było, jakby któraś z tych pań trafiła na tego bloga, i miała wrażenie że piszę o niej - ale pewnie byłoby nic. W końcu jest to najlżejsza historia, którą opowiadam, z wrodzonej wrażliwości uważając, by nikogo nie urazić. Ciężko przecież zakochaną kobietę przekonać, że świat wygląda inaczej, niż jej się wydaje - to my zostajemy wtedy nazwani zazdrośnikami i zimnymi do bólu racjonalistami, którzy nigdy nie zaznali prawdziwej miłości. Dużo bardziej skrajne historie nigdy nie ujrzą światła dziennego - na pewno nie na blogu, choć nadają się na filmy. W sumie można by nawet stworzyć książkę z tych bohaterów i kuriozów, które w Turcji przychodziły pogadać czy prosić o pomoc. Jedynie zmieniając imiona i dane charakterystyczne. Ale wtedy musiałabym chyba wyprowadzić się z Alanyi i zatrzeć po sobie wszelkie ślady - a póki co jednak mi tu całkiem nieźle ;)
Pozostańmy więc w słodkiej realności, wypijmy herbatkę rumiankową (papatya) dobrą na żołądek (tak na zapas) i nastawiajmy się bojowo na wieczór. Polskaaaaa! Polska!!!! :)
niedziela, 27 maja 2012
HERBATA GOTOWA!
Policzyłam, że wypijam około dwudziestu szklaneczek herbaty dziennie. Co prawda piję ją "açik", czyli słabą, ale jednak co turecka herbatą, to turecka herbata. Osad odkłada mi się już na zębach, weszłam, trzeba to przyznać, w pewien rodzaj uzależnienia. Pracujący ze mną w biurze Turcy wciąż parzą herbatę, by była gotowa na przyjęcie ewentualnych gości (zarówno turystów, jak i kontrahentów oraz innych przybyszy), a więc i ja piję, bo nie mogę się oprzeć pytaniu:
- "Çay içermısın?"(Napijesz się herbaty)
Ależ oczywiście, że się napiję, i dla mnie poproszę od razu w dużej szklance, żeby było konkretnie. Do śniadania, po śniadaniu, potem mała przerwa na kawę z mleczkiem, po obiedzie znów, a potem popołudniowo, kilka sztuk. A jak jeszcze zjadło się kolację o przyzwoitej porze, to po niej znów, na dobre trawienie.
Chłopacy w biurze (do których zalicza się także Król P.) utrzymują, że woda na herbatę musi się dobrze zagotować. Nie, że zagotować, zabulgotać, osiągnąć 100 stopni. Ale zagotować DOBRZE. Cokolwiek to oznacza, trzeba tego przestrzegać, bo inaczej napar nie ma odpowiedniego smaku. Hołdują tej i innym dziwnym zasadom (zabobonom?) związanym z parzeniem, co powoduje, że przeciętna yabanci taka jak ja, woli się do parzenia nie mieszać. Co prawda sama uważam, że herbata turecka wychodzi mi dobra, ale tylko w proporcjach na 2 osoby (tak robiłam najwięcej razy). Kiedy tylko pojawia się zapotrzebowanie na większą ilość czerwonawego naparu, tracę rezon. Zostawiam więc parzenie specjalistom od "porządnego" gotowania wody.
Myśląc o ilości wypitych szklaneczek i szukając sposóbu na subtelną walkę z herbacianym osadem na zębach bez tracenia przyjemności delektowania się bursztynowym płynem przypomniał mi się pewien filmik, który kiedyś pokazała turecka telewizja a który potem oglądałam jeszcze wielokrotnie. Jest to wystapienie amerykańskiej pisarki i bibliotekarki Katharine Branning związane z promocją jej książki pod tytułem "Yes, I would like another glass of tea". Książka - jakże by inaczej - o Turcji. Nie miałam jej jeszcze w swoich rekach, ale wystąpienie dotyczące herbaty zapadło mi w pamięć. Mimo że wymowa jest bardzo amerykańska (nie potrafię tu użyć innego słowa!). Nie mogąc doszukać się nigdzie w internecie tłumaczenia na polski, popełniłam własne, autorskie i bardzo "wolne" tłumaczenie, którego nie umieszczę jednak tutaj, bo po polsku w ogóle nie brzmi to sensownie. Za to dla zainteresowanych oryginał z tureckimi napisami:
- "Çay içermısın?"(Napijesz się herbaty)
Ależ oczywiście, że się napiję, i dla mnie poproszę od razu w dużej szklance, żeby było konkretnie. Do śniadania, po śniadaniu, potem mała przerwa na kawę z mleczkiem, po obiedzie znów, a potem popołudniowo, kilka sztuk. A jak jeszcze zjadło się kolację o przyzwoitej porze, to po niej znów, na dobre trawienie.
Chłopacy w biurze (do których zalicza się także Król P.) utrzymują, że woda na herbatę musi się dobrze zagotować. Nie, że zagotować, zabulgotać, osiągnąć 100 stopni. Ale zagotować DOBRZE. Cokolwiek to oznacza, trzeba tego przestrzegać, bo inaczej napar nie ma odpowiedniego smaku. Hołdują tej i innym dziwnym zasadom (zabobonom?) związanym z parzeniem, co powoduje, że przeciętna yabanci taka jak ja, woli się do parzenia nie mieszać. Co prawda sama uważam, że herbata turecka wychodzi mi dobra, ale tylko w proporcjach na 2 osoby (tak robiłam najwięcej razy). Kiedy tylko pojawia się zapotrzebowanie na większą ilość czerwonawego naparu, tracę rezon. Zostawiam więc parzenie specjalistom od "porządnego" gotowania wody.
Myśląc o ilości wypitych szklaneczek i szukając sposóbu na subtelną walkę z herbacianym osadem na zębach bez tracenia przyjemności delektowania się bursztynowym płynem przypomniał mi się pewien filmik, który kiedyś pokazała turecka telewizja a który potem oglądałam jeszcze wielokrotnie. Jest to wystapienie amerykańskiej pisarki i bibliotekarki Katharine Branning związane z promocją jej książki pod tytułem "Yes, I would like another glass of tea". Książka - jakże by inaczej - o Turcji. Nie miałam jej jeszcze w swoich rekach, ale wystąpienie dotyczące herbaty zapadło mi w pamięć. Mimo że wymowa jest bardzo amerykańska (nie potrafię tu użyć innego słowa!). Nie mogąc doszukać się nigdzie w internecie tłumaczenia na polski, popełniłam własne, autorskie i bardzo "wolne" tłumaczenie, którego nie umieszczę jednak tutaj, bo po polsku w ogóle nie brzmi to sensownie. Za to dla zainteresowanych oryginał z tureckimi napisami:
niedziela, 13 maja 2012
DZIEŃ MATKI
Dzisiaj turecki Dzień Matki... czy na pewno turecki? Mieszkając w Polsce nigdy nie interesowałam się tym jak obchodzi się to święto w innych krajach. Mówiąc krótko żyłam w błogiej niewiedzy (jak to się mówi po turecku byłam "cahil", nieświadoma) i patrzyłam na ten dzień z naszej polskiej perspektywy. Nagle okazało się, że Polska jest ze swoim 26 maja wyjątkowym krajem, a jednak większość państw (Dania, USA, Holandia, Słowacja itp.) ma to święto w drugą niedzielę maja. Wybór niedzieli wydaje się tu bardzo trafionym pomysłem. Święto jest ruchome; niedzielę dzieci mniejsze i te większe mogą spędzić ze swoimi Rodzicielkami i nie przekładać świętowania na najbliższy wolny od pracy dzień.
Od jakiegoś czasu już widziałam w telewizji coraz większą ilość reklam z okazji Dnia Matki, ale dzisiaj i tak dałam się zaskoczyć. Pojechałam rowerem do sklepu (ach, jaka to przyjemność, stałam się prawdziwą maniaczką dwóch kółek). Już po uregulowaniu rachunku Pan Kasjer wymamrotał bardzo uprzejme podziękowanie oraz życzenia miłego dnia, co wydało mi się podejrzane (znam go już nieco), a następnie sięgnął po leżący za nim stos czerwonych kwiatków i wręczył mi jednego:
- Proszę.
- (Skylar parska śmiechem) - Ale... dlaczego?
- Dzisiaj Dzień Matki.
Jak się okazuje, zostałam wzięta za matkę, choć w sumie nie ma się co dziwić, osiągnęłam wiek zdecydowanie poborowy. Inne wytłumaczenie jest takie, że nawet jeśli się matką nie jest, niektóre kobiety też mogą nimi być (jak to w filmie Miś było: "I nie mówcie mi, że nie macie dzieci, bo zawsze mieć możecie - sprawdzić czy nie ksiądz"). Być może tą myślą przewodnią kierowali się managerowie marketu, który należy do tych tak zwanych konserwatywnych (alkoholu się w nim nie znajdzie).
Życzę więc wszystkim matkom i córkom oraz paniom w wieku zdecydowanie poborowym wszystkiego najlepszego! 26 maja będzie drugie świętowanie (w końcu każda okazja jest dobra by przyjąć na klatę jakiegoś kwiatka lub prezencik; nawet jeśli niezasłużenie).
Z nowości warto wspomnieć, że wczoraj odbył się finał meczu o Puchar Turcji. Galatasaray grało z Fenerbahce i niestety mała przewaga punktowa w klasyfikacji spowodowała, że już sam remis dał Galata palmę zwycięzcy. Jako fanka tych drugich miałam więc niespecjalnie wesoły wieczór. Kibice drużyny zwycięskiej świętowali do rana (że też można się tak cieszyć z remisu! Phhh!), paląc race, majtając żółto-czerwonymi flagami, trąbiąc klaksonami aut, wrzeszcząc, demolując rozmaite tureckie miasta, robiąc sobie wzajemnie krzywdę i tak dalej. Pamiętając moją zeszłoroczną radość (wygrał wtedy Fener) byłam szczerze zmartwiona faktem, że nie mogę wsiąść do samochodu i zrobić pokazowego objazdu Alanyi wychylona w połowie przez okno z wielką flagą w ręce. Uczucie niesamowite. No cóż, na pewno za rok. Przecież i tak jesteśmy lepsi :)
Od jakiegoś czasu już widziałam w telewizji coraz większą ilość reklam z okazji Dnia Matki, ale dzisiaj i tak dałam się zaskoczyć. Pojechałam rowerem do sklepu (ach, jaka to przyjemność, stałam się prawdziwą maniaczką dwóch kółek). Już po uregulowaniu rachunku Pan Kasjer wymamrotał bardzo uprzejme podziękowanie oraz życzenia miłego dnia, co wydało mi się podejrzane (znam go już nieco), a następnie sięgnął po leżący za nim stos czerwonych kwiatków i wręczył mi jednego:
- Proszę.
- (Skylar parska śmiechem) - Ale... dlaczego?
- Dzisiaj Dzień Matki.
Jak się okazuje, zostałam wzięta za matkę, choć w sumie nie ma się co dziwić, osiągnęłam wiek zdecydowanie poborowy. Inne wytłumaczenie jest takie, że nawet jeśli się matką nie jest, niektóre kobiety też mogą nimi być (jak to w filmie Miś było: "I nie mówcie mi, że nie macie dzieci, bo zawsze mieć możecie - sprawdzić czy nie ksiądz"). Być może tą myślą przewodnią kierowali się managerowie marketu, który należy do tych tak zwanych konserwatywnych (alkoholu się w nim nie znajdzie).
Życzę więc wszystkim matkom i córkom oraz paniom w wieku zdecydowanie poborowym wszystkiego najlepszego! 26 maja będzie drugie świętowanie (w końcu każda okazja jest dobra by przyjąć na klatę jakiegoś kwiatka lub prezencik; nawet jeśli niezasłużenie).
Z nowości warto wspomnieć, że wczoraj odbył się finał meczu o Puchar Turcji. Galatasaray grało z Fenerbahce i niestety mała przewaga punktowa w klasyfikacji spowodowała, że już sam remis dał Galata palmę zwycięzcy. Jako fanka tych drugich miałam więc niespecjalnie wesoły wieczór. Kibice drużyny zwycięskiej świętowali do rana (że też można się tak cieszyć z remisu! Phhh!), paląc race, majtając żółto-czerwonymi flagami, trąbiąc klaksonami aut, wrzeszcząc, demolując rozmaite tureckie miasta, robiąc sobie wzajemnie krzywdę i tak dalej. Pamiętając moją zeszłoroczną radość (wygrał wtedy Fener) byłam szczerze zmartwiona faktem, że nie mogę wsiąść do samochodu i zrobić pokazowego objazdu Alanyi wychylona w połowie przez okno z wielką flagą w ręce. Uczucie niesamowite. No cóż, na pewno za rok. Przecież i tak jesteśmy lepsi :)
środa, 9 maja 2012
LETNIE CIĘCIE
Poszłam obciąć włosy u tureckiego fryzjera i:
1. Zachwycałam się jak zwykle długością mycia włosów przez pomocnika i przyjemnością płynącą z masażu skóry głowy.
2. Zostałam przez pomocnika wzięta za Turczynkę, co mi się ostatnio często zdarza, zbyt często. Pomocnik spytał czy jestem z Alanyi. Dzień wcześniej na straganie pan sprzedający truskawki westchnął z ulgą "wreszcie Turczynka, od rana obsługuję samych cudzoziemców" (w sensie, że ciężko mu się z nimi dogadać).
3. Pan Mistrz fryzjer usłyszawszy, że chcę cięcie wygodne w pielęgnacji latem, obiecał, że faktycznie takie będzie. Obciął mnie krótko, bardzo krótko... - i przyznam, że jest wygodnie.
4. W międzyczasie, kiedy coś było mu potrzebne, wołał pomocników per "Panie Ibrahimie", "Panie Mehmecie", co zauważam w salonach fryzjerskich jest normą, i zawsze bardzo mnie intryguje, bo zarówno Pan Ibrahim jak i Pan Mehmet są kilkunastoletnimi pryszczatymi wyrostkami...
5. Może kiedyś jakiś poważny fotoreportaż z zakładu fryzjerskiego?
6. Pan Mistrz nieśmiało mrucząc podcinał i podcinał, następnie wysuszył mi głowę naturalnie by sprawdzić, jak się będą układały, a potem zawołał pomocnika i ułożył mi włosy na suszarkę i szczotkę (czyli tak jakby je katować prostownicą a nawet lepiej), nie używając ani grama jakiegokolwiek środka utrwalającego
7. Pan Mistrz już mnie zna, wie, że nie lubię spędzać czasu przed lustrem i potrzebuję fryzury dostosowanej do struktury włosów i spełnił w stu procentach moje wymagania.
8. Cała przyjemność kosztowała mnie jedyne 30 lir, czyli około 55 zł.
9. Minął cały dzień i dochodzę do wniosku, że o ile Polakom i Turkom z tak zwanego najbliższego grona fryzura się podoba, o tyle zmieniło to mój turecki image w Alanyi. Niniejszym wszyscy biorą mnie od razu za cudzoziemkę. I to mimo, że mówię po turecku - ba, odpowiadają mi wtedy po angielsku! O ile kiedyś mogłam dość udanie udawać, że jestem tutejsza, o tyle teraz obawiam się, że nie wrobię nikogo nawet na minutę!
10. Punkt 9 nie jest oczywiście bardzo ważny, raczej śmieszny, ale skłania do refleksji.
11. Więcej nic nie napiszę, bo jestem wciąż w trakcie leczenia kanałowego, i za bardzo się skupiam na moim zębie. Ale idzie ku dobremu, idzie.
PS. Piszę rzadko, bo pisanie bloga wymaga zaangażowania umysłowego, chwili skupienia, a w tej chwili z racji pracy o to trudno. Starzy czytelnicy wiedzą, bo to się powtarza co roku :) Postaram się oczywiście publikować coś minimum co tydzień, w okolicach środy, natomiast jeśli komuś brakuje newsów z Turcji, zaglądajcie na stronę facebookową - łatwiej czasem wrzucić jedno zdjęcie czy link, notkę, żarcik, niż napisać długi i sensowny tekst. Zapraszam :)
1. Zachwycałam się jak zwykle długością mycia włosów przez pomocnika i przyjemnością płynącą z masażu skóry głowy.
2. Zostałam przez pomocnika wzięta za Turczynkę, co mi się ostatnio często zdarza, zbyt często. Pomocnik spytał czy jestem z Alanyi. Dzień wcześniej na straganie pan sprzedający truskawki westchnął z ulgą "wreszcie Turczynka, od rana obsługuję samych cudzoziemców" (w sensie, że ciężko mu się z nimi dogadać).
3. Pan Mistrz fryzjer usłyszawszy, że chcę cięcie wygodne w pielęgnacji latem, obiecał, że faktycznie takie będzie. Obciął mnie krótko, bardzo krótko... - i przyznam, że jest wygodnie.
4. W międzyczasie, kiedy coś było mu potrzebne, wołał pomocników per "Panie Ibrahimie", "Panie Mehmecie", co zauważam w salonach fryzjerskich jest normą, i zawsze bardzo mnie intryguje, bo zarówno Pan Ibrahim jak i Pan Mehmet są kilkunastoletnimi pryszczatymi wyrostkami...
5. Może kiedyś jakiś poważny fotoreportaż z zakładu fryzjerskiego?
6. Pan Mistrz nieśmiało mrucząc podcinał i podcinał, następnie wysuszył mi głowę naturalnie by sprawdzić, jak się będą układały, a potem zawołał pomocnika i ułożył mi włosy na suszarkę i szczotkę (czyli tak jakby je katować prostownicą a nawet lepiej), nie używając ani grama jakiegokolwiek środka utrwalającego
7. Pan Mistrz już mnie zna, wie, że nie lubię spędzać czasu przed lustrem i potrzebuję fryzury dostosowanej do struktury włosów i spełnił w stu procentach moje wymagania.
8. Cała przyjemność kosztowała mnie jedyne 30 lir, czyli około 55 zł.
9. Minął cały dzień i dochodzę do wniosku, że o ile Polakom i Turkom z tak zwanego najbliższego grona fryzura się podoba, o tyle zmieniło to mój turecki image w Alanyi. Niniejszym wszyscy biorą mnie od razu za cudzoziemkę. I to mimo, że mówię po turecku - ba, odpowiadają mi wtedy po angielsku! O ile kiedyś mogłam dość udanie udawać, że jestem tutejsza, o tyle teraz obawiam się, że nie wrobię nikogo nawet na minutę!
10. Punkt 9 nie jest oczywiście bardzo ważny, raczej śmieszny, ale skłania do refleksji.
11. Więcej nic nie napiszę, bo jestem wciąż w trakcie leczenia kanałowego, i za bardzo się skupiam na moim zębie. Ale idzie ku dobremu, idzie.
PS. Piszę rzadko, bo pisanie bloga wymaga zaangażowania umysłowego, chwili skupienia, a w tej chwili z racji pracy o to trudno. Starzy czytelnicy wiedzą, bo to się powtarza co roku :) Postaram się oczywiście publikować coś minimum co tydzień, w okolicach środy, natomiast jeśli komuś brakuje newsów z Turcji, zaglądajcie na stronę facebookową - łatwiej czasem wrzucić jedno zdjęcie czy link, notkę, żarcik, niż napisać długi i sensowny tekst. Zapraszam :)
środa, 2 maja 2012
ŚWIĘTO PRACY I INNE OPOWIEŚCI
1. O Święcie Pracy, które obchodzone jest także w Turcji 1 maja, przypomniałam sobie kiedy trafiłam na trzy zamknięte apteki z rzędu. Najpierw pomyślałam że to najwidoczniej strajk aptekarzy, bo faktycznie tak to wyglądało: wszystkie inne punkty handlowe i sklepy w Alanyi były normalnie otwarte, na ulicach ruch i gwar. To nie tak jak w Polsce, gdzie miasto wymarłe i wszyscy na grillu (ech!)... W końcu trafiłam na aptekę dyżurną i przypomniało mi się, że jest święto. Następnie pokornie wróciłam do pracy - w turystyce dni wolne nie występują :)
2. O ile w zeszłym roku zmorą były wizyty na policji w celu wyrobienia wizy pracowniczej, o tyle w tym roku poszło jak po maśle, za to borykamy się z czym innym... mianowicie Turecką Telekomunikacją. Dzieją się rzeczy tak absurdalne, że aż wymagają uwiecznienia na blogu. Po pierwsze: zapisany na mnie numer telefonu biurowego został przepisany na firmę. W marcu. Kiedy wczoraj ktoś z Telekomunikacji zadzwonił, żeby sprzedać kolejną "nadzwyczajnie korzystną" ofertę internetową okazało się, że telefon zapisany jest ... tak tak, nadal na mnie. Mimo, że podpisana została nowa umowa, przybite pieczątki, i dopełnione wszystkie inne formalności, fakt zmiany właściciela nadal nie dotarł do centrali.
Ale to nie koniec. Po drugie: tego samego dnia, kiedy przepisywaliśmy telefon, zamówiliśmy odrębny numer faxu. I znów dopełniono całej biurokracji, wypełniono formularze, wybrano numer, złożono podpisy i przybito pieczątki. Przy okazji wypiliśmy z pracownikami Telekomunikacji kilka herbatek, porozmawialiśmy o tym i owym, niemalże zaprzyjaźniając się z całą obsługą, a ja wychodziłam z budynku oszołomiona tym, jak moje stare teorie o załatwianiu interesów w Turcji idealnie się sprawdzają. Teraz myślę sobie, że w załatwianiu spraw chodzi właśnie o to gadanie i herbatki, a sprawa jak leżała, tak leży. I oto po dwóch miesiącach okazało się, że nasz numer faxu został przydzielony komuś innemu! Po tym jak wydrukowaliśmy wizytówki, broszurki i zapragnęliśmy pracować jak cywilizowani ludzie. Teraz więc trwają negocjacje z używającą numeru panią (osobą prywatną), aby oddała nam należący do nas numer.
Czy nie brzmi to wszystko jakoś dziwnie znajomo? :)
3. Dla kontrastu byłam wczoraj u dentysty. Ząb zaczął dość dotkliwie przypominać o swojej obecności. Kilkoro znajomych poleciło mi klinikę, ponoć jedną z pierwszych prywatnych w Alanyi. Być może nie jestem na bieżąco ze stomatologią, ale poziom obsługi i sprzęt zrobiły na mnie niesłychane wrażenie. Kiedy zobaczyłam że pani doktor aby zobaczyć, co dzieje się w zębie, zanim rozwiercać starą plombę i przyglądać się, robi zdjęcie rentgenowskie... kiedy aparat do zdjęcia był wielkości dwóch centymetrów kwadratowych i przyłożono mi go do samego zęba... kiedy zdjęcie pokazało się na monitorze lcd przed moimi oczami po mniej więcej 5 sekundach... i na koniec kiedy pani doktor cierpliwie tłumaczyła mi (nie znającej kompletnie tureckiej terminologii medycznej) wszystko co planuje w zębie majstrować i pytała mnie o zgodę, oraz zapisała antybiotyk jako przygotowanie do leczenia kanałowego... - a cena wszystkich tych 'przyjemności' to ledwo 70zł!
4. Wszyscy wciąż do mnie piszą z dumą z Polski opowiadając, ile to u Was "w kraju" nie jest stopni. No wspaniale, proszę się Szanowni Państwo cieszyć bo pewnie długo to nie potrwa. Za to u nas na pewno chłodniej, ledwo 20-25 stopni, a dziś cały dzień zachmurzenie i przelotne deszcze. Przyznam szczerze, że uwielbiam taką pogodę. Jeszcze można się nacieszyć ciepłem-ale-nie-gorącem, poczuć powiew chłodnego wiaterku a nawet lekko zmarznąć. Od niedawna pomykam na rowerze, więc jest dodatkowa przyjemność.
W poniedziałek prowadziłam wycieczkę do Pamukkale - na tarasach spaliłam sobie nos na czerwono, a z racji że mam zadarty... to wyglądam jak wyglądam. Zresztą zapomniałam kapelusza w autobusie (Pani Pilot! Ale wstyd!) - i wraz z całą grupą wyglądaliśmy jak takie pomidorki. Tak więc ku przestrodze, do Pamukkale jedźcie (tarasy wyglądają super, jak się ze zbocza po nich schodzi, bajka), ale uważajcie na spiekotę, nie zapomnijcie kapeluszy w autokaru i lepiej nasmarujcie się grubo kremem :)
A poniżej kilka zdjęć obiecanych ze Stambułu jeszcze.

Piątek 13-go na Istiklal, zamieszanie, samochody dostawcze, tramwaj i turyści. A wieczorem mniej samochodów i więcej ludzi, ale efekt ten sam. I tak uwielbiam.

Najlepsze śniadanie w Stambule: simit jeszcze ciepły, i hajda na prom, tam do kompletu cay. I nic wiecej nie potrzeba.

Oklepany stambulski klasyk, podobnie jak koty - te same widoki, wciąż nowe zdjęcia.

Poranny widok z hotelu, w którym nocowałam z grupą w dzielnicy Beyoglu.

Dzielnica turystyczna Sultanahmet.

Tego dnia pełno się kręciło ekip jakichś zapewne programów podróżniczych.

O, tu też.

Relacja sprzed Hagii Sofii :)
Mam jeszcze zdjęcia nocne ze Stambułu, co prawda nie byłam wyposażona w odpowiedni obiektyw, ale coś tam widać. Żeby jednak się nie dublować podaję link do ich obejrzenia: Kliknij: Nocny rejs po Bosforze
I do następnego majowego razu, Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!
2. O ile w zeszłym roku zmorą były wizyty na policji w celu wyrobienia wizy pracowniczej, o tyle w tym roku poszło jak po maśle, za to borykamy się z czym innym... mianowicie Turecką Telekomunikacją. Dzieją się rzeczy tak absurdalne, że aż wymagają uwiecznienia na blogu. Po pierwsze: zapisany na mnie numer telefonu biurowego został przepisany na firmę. W marcu. Kiedy wczoraj ktoś z Telekomunikacji zadzwonił, żeby sprzedać kolejną "nadzwyczajnie korzystną" ofertę internetową okazało się, że telefon zapisany jest ... tak tak, nadal na mnie. Mimo, że podpisana została nowa umowa, przybite pieczątki, i dopełnione wszystkie inne formalności, fakt zmiany właściciela nadal nie dotarł do centrali.
Ale to nie koniec. Po drugie: tego samego dnia, kiedy przepisywaliśmy telefon, zamówiliśmy odrębny numer faxu. I znów dopełniono całej biurokracji, wypełniono formularze, wybrano numer, złożono podpisy i przybito pieczątki. Przy okazji wypiliśmy z pracownikami Telekomunikacji kilka herbatek, porozmawialiśmy o tym i owym, niemalże zaprzyjaźniając się z całą obsługą, a ja wychodziłam z budynku oszołomiona tym, jak moje stare teorie o załatwianiu interesów w Turcji idealnie się sprawdzają. Teraz myślę sobie, że w załatwianiu spraw chodzi właśnie o to gadanie i herbatki, a sprawa jak leżała, tak leży. I oto po dwóch miesiącach okazało się, że nasz numer faxu został przydzielony komuś innemu! Po tym jak wydrukowaliśmy wizytówki, broszurki i zapragnęliśmy pracować jak cywilizowani ludzie. Teraz więc trwają negocjacje z używającą numeru panią (osobą prywatną), aby oddała nam należący do nas numer.
Czy nie brzmi to wszystko jakoś dziwnie znajomo? :)
3. Dla kontrastu byłam wczoraj u dentysty. Ząb zaczął dość dotkliwie przypominać o swojej obecności. Kilkoro znajomych poleciło mi klinikę, ponoć jedną z pierwszych prywatnych w Alanyi. Być może nie jestem na bieżąco ze stomatologią, ale poziom obsługi i sprzęt zrobiły na mnie niesłychane wrażenie. Kiedy zobaczyłam że pani doktor aby zobaczyć, co dzieje się w zębie, zanim rozwiercać starą plombę i przyglądać się, robi zdjęcie rentgenowskie... kiedy aparat do zdjęcia był wielkości dwóch centymetrów kwadratowych i przyłożono mi go do samego zęba... kiedy zdjęcie pokazało się na monitorze lcd przed moimi oczami po mniej więcej 5 sekundach... i na koniec kiedy pani doktor cierpliwie tłumaczyła mi (nie znającej kompletnie tureckiej terminologii medycznej) wszystko co planuje w zębie majstrować i pytała mnie o zgodę, oraz zapisała antybiotyk jako przygotowanie do leczenia kanałowego... - a cena wszystkich tych 'przyjemności' to ledwo 70zł!
4. Wszyscy wciąż do mnie piszą z dumą z Polski opowiadając, ile to u Was "w kraju" nie jest stopni. No wspaniale, proszę się Szanowni Państwo cieszyć bo pewnie długo to nie potrwa. Za to u nas na pewno chłodniej, ledwo 20-25 stopni, a dziś cały dzień zachmurzenie i przelotne deszcze. Przyznam szczerze, że uwielbiam taką pogodę. Jeszcze można się nacieszyć ciepłem-ale-nie-gorącem, poczuć powiew chłodnego wiaterku a nawet lekko zmarznąć. Od niedawna pomykam na rowerze, więc jest dodatkowa przyjemność.
W poniedziałek prowadziłam wycieczkę do Pamukkale - na tarasach spaliłam sobie nos na czerwono, a z racji że mam zadarty... to wyglądam jak wyglądam. Zresztą zapomniałam kapelusza w autobusie (Pani Pilot! Ale wstyd!) - i wraz z całą grupą wyglądaliśmy jak takie pomidorki. Tak więc ku przestrodze, do Pamukkale jedźcie (tarasy wyglądają super, jak się ze zbocza po nich schodzi, bajka), ale uważajcie na spiekotę, nie zapomnijcie kapeluszy w autokaru i lepiej nasmarujcie się grubo kremem :)
A poniżej kilka zdjęć obiecanych ze Stambułu jeszcze.

Piątek 13-go na Istiklal, zamieszanie, samochody dostawcze, tramwaj i turyści. A wieczorem mniej samochodów i więcej ludzi, ale efekt ten sam. I tak uwielbiam.

Najlepsze śniadanie w Stambule: simit jeszcze ciepły, i hajda na prom, tam do kompletu cay. I nic wiecej nie potrzeba.

Oklepany stambulski klasyk, podobnie jak koty - te same widoki, wciąż nowe zdjęcia.

Poranny widok z hotelu, w którym nocowałam z grupą w dzielnicy Beyoglu.

Dzielnica turystyczna Sultanahmet.

Tego dnia pełno się kręciło ekip jakichś zapewne programów podróżniczych.

O, tu też.

Relacja sprzed Hagii Sofii :)
Mam jeszcze zdjęcia nocne ze Stambułu, co prawda nie byłam wyposażona w odpowiedni obiektyw, ale coś tam widać. Żeby jednak się nie dublować podaję link do ich obejrzenia: Kliknij: Nocny rejs po Bosforze
I do następnego majowego razu, Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)