niedziela, 16 października 2011

KONCE I POCZATKI

No i mamy koniec sezonu! Deszcze coraz częstsze, powietrze przejrzyste jak brzytwa, słońce opala na czerwono, kiedy wiaterek lekko powiewa a człowiek wyleguje się pierwszy raz od miesięcy na plaży zapominając, że to MORZE ŚRÓDZIEMNE przecież!
Turystów mniej, choć nadal są, Polacy stanowią już teraz mniejszość - nadszedł czas Skandynawów, Anglików, Holendrów, którzy patrolują Alanyę i okolicę w krótkich gatkach, kiedy my już pomału wyciągamy jesienne ciuchy.
W piwnych knajpkach nadal gwarno i wesoło - i dobrze, bo wreszcie jest czas, żeby posiedzieć sobie ze znajomymi, gawędząc o tym jak minął sezon (oczywiście z tymi znajomymi, którzy nadal się do nas - pracowników "biura ulicznego" - bezinteresownie odzywają). Gawędząc bez patrzenia na telefon, na zegarek, na notatki. Na luzie i bez pośpiechu.


Wszyscy pytają mnie jak minął pierwszy sezon na swoim i czy jestem zadowolona ze zmiany pracy. Odpowiadam na pierwsze pytanie: "znakomicie" i na drugie: "bardzo"! Wbrew pozorom przejście z teoretycznie ciepłej posadki rezydenta na niepewną pracę w niełatwej branży wyszło mi na dobre. Prowadząc własne biuro więcej się ryzykuje - to pewne - ale też i więcej można zyskać (i wcale nie chodzi tylko o finanse). Najważniejsze, że wszystko jest w moich i Króla Pomarańczy rękach. Miło jest obserwować, jak wysiłek włożony w tworzenie czegoś przynosi konkretne efekty. Fajnie było też spotykać się z osobami, które przyznawały się, że czytają bloga, albo że generalnie interesują się Turcją. Odbyłam z rozmaitymi turystami mnóstwo ciekawych rozmów o tym kraju, na spokojnie, bez pośpiechu i podejrzeń, że robię to tylko po to, żeby sprzedać wycieczkę ;)

Oczywiście nie obyło się bez minusów: pracowaliśmy niemalże codziennie po kilkanaście godzin na dobę. Telefony miałam ułożone przy poduszce nawet w nocy. Nie miałam ani jednego dnia wolnego tak zupełnie, w całości. Zdarzały się problemy: najczęściej spóźnienia, rzadziej drobne niejasności na wycieczkach, kłopotliwi turyści :) Tymi drobiazgami moja praca nie różniła się bardzo od rezydentury, tylko teraz nie trzeba było zajmować się całym wakacyjnym zyciem turysty włącznie z chorobami i opóźnionymi samolotami, a tylko i wyłącznie ich wycieczkowymi planami. Ooooch, jaka miła odmiana! :)

Podsumowując, wciąż planujemy podążać wyznaczoną ścieżką, nie zbaczać z ustalonego kursu. Warto.

Przy okazji korzystając z i tak już nudziarskiej atmosfery którą udało mi się tutaj stworzyć, chciałam podziękować wszystkim Czytelnikom, którzy byli także naszymi gośćmi w biurze, fanom, którzy nas wszem i wobec reklamowali i wspierali, wszystkich, którzy ostatecznie zostali naszymi przyjaciółmi... no i także tym, którzy zakupili książkę i im się spodobała :)
(a propos: osobom, które skrytykowały książkę za "dublowanie" treści z bloga pragnę przypomnieć, że książka nie została opublikowana tylko dla wiernych fanów znających wszystkie notki za pamięć - ale także, a raczej przede wszystkim dla osób, które nigdy tego bloga nie czytały - może ciężko uwierzyć, ale ich jest zdecydowanie więcej :)...)

A teraz pora na... sezon zimowy czyli zupełnie nową jakość.
Na początek, jak już sygnalizowałam wyżej, poszłam dwa razy na plażę odkrywając, jak cudownie czyste i ciepłe jest teraz morze, i jak bardzo można się spiec mimo tego, że jest połowa października.

Poniżej parę zdjęć z wczoraj (na zdjęcia Skylar w kostiumie kąpielowym nie liczcie):

IMG_9289

IMG_9295

IMG_9299

IMG_9305

IMG_9308

IMG_9302


I na koniec już z dzisiaj - Śniadanie Mistrzów a la Król Pomarańczy. Preludium do tego, co w zimie będzie. W rolach głównych (poza herbatą, która w trakcie robienia zdjęcia się parzyła):

IMG_9312

- miód
- czarne oliwki typu "super jumbo" kupowane w jednym jedynym sklepie w Alanyi, które są moim kompletnym ideałem, doprawione oliwą oraz papryczką i tzw. kekikiem (oregano)
- w środku salça - pasta z papryki zrobiona przez mamę K.P. posypana kuminem i polana oliwą - moje ostatnie odkrycie
- warzywka: ogórki i pomidory przykryte świeżymi liśćmi rukoli
- kozie sery i orzechy włoskie
- no i chlebek - pide.

Jako że jedliśmy śniadanie w biurze - jak przez cały sezon, w tle widać gazetę, najlepszą formę obrusa. Aby nie było tak turecko, gazeta jest - a jakże - polska! Ta "plaża za szafą" bardzo mi się podoba, pasuje do okazji :)

A wkrótce pora na ciąg dalszy "kończenia sezonu"... za kilka dni Skylar wreszcie znów, stęskniona, podekscytowana, przebierająca nóżkami - W MIEŚCIE MIAST - STAMBULE!!! A potem w Polsce! Zostańcie z nami!

9 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Zazdroszczę Stambułu. Spędziłam tam tegoroczny urlop i wciąż tęsknię... od ponad miesiąca.

Gastria pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Ingalill pisze...

Ci co narzekaja na skiazke to zazdrosnicy, wiec olewaj ich szeroko :P
Ja w PL bede w lutym i nie moge sie doczekac na Twoja ksiazke, ktora juz czeka na mnie na moim biurku! :)

Anonimowy pisze...

Sniadanko wyglada i na pewno smakuje apetycznie; oj chetnie by sie takie zjadlo.ma.

Anonimowy pisze...

Wraz z rodziną mieliśmy w tym roku to szczęście spotkać Panią osobiście. Dziękujemy za niezapomniane wrażenia, które mogliśmy przeżyć na oferowanych wycieczkach. Cudowne widoki w Kanionie Sapadere, Jaskinia Dim, adrenalina na jeep safari czy na raftingu, powiew historii w starożytnych ruinach Side. Chyba tylko w Turcji jest taki wachlarz różnorodności. Te wakacje naprawdę obfitowały w cudowne przygody, widoki i smaki, mimo złamanej ręki młodszego syna :) I już wiemy, że w przyszłym roku wracamy do Turcji. A do tego czasu obiecujemy zaglądać na bloga. Pozdrawiamy Ola, Bogdan, Michał i Kuba.

mor cadı pisze...

Miasto Miast czeka! (specjalnie na tę okoliczność zaświeciło wreszcie słońce;)

Anonimowy pisze...

A spotkanie z Paniami w Warszawie o ktorej godzinie?
Nie mozemy sie doczekac:))

skylar pisze...

o 18.00

Anonimowy pisze...

Skylar nie chcę popędzać, ale przydałaby się kolejna notka! ;)