niedziela, 21 sierpnia 2011

ARBUZOWA GŁOWA

Dzisiaj krótko i treściwie, bo jestem zmęczona. Upały znów dają o sobie znać, turyści jakoś bardziej marudni niż zazwyczaj, strzelają fochy i dąsy, a ja się naginam i uśmiecham starając się rozwiązać każdy problem - powinnam dostać order za użeranie się z polskimi malkontentami, bo wciąż zachowuję chory (naprawdę, chory i nieuzasadniony) optymizm i wciąż kocham tą pracę i tych ludzi. Ale nie powiem, żeby to była łatwa miłość.

Tak samo, jak zresztą w przypadku miłości do Turcji... też nie jest łatwa, oj nie.

Ale do rzeczy:

1. Zaglądajcie kochani czytelnicy do zakładek na górze strony - pojawiło się tam parę nowych ciekawostek, m.in. na temat książki i nie tylko, na przykład wywiad przeprowadzony ze mną w portalu Bankier.pl Mam nadzieję, że nazwa serwisu to dobra wróżba, hehe :) Aktualizuję te zakładki na bieżąco.
Kto posiada facebooka - polecam dodać tur-tur do swoich ulubionych stron :) Czasami więcej się tam dzieje a na pewno częściej niż na blogu :)


2. Mój obiektyw jest w Turcji, działa! Moja gościówa specjalna jest w Turcji również, i dlatego mam jeszcze mniej czasu niż zwykle, ale za to JAKI to jest czas!!! Najlepsze przyjaźnie... są po prostu nie do podrobienia i nie do zastąpienia przez jakiekolwiek inne atrakcje. Trochę pretensjonalnie, także kończę ten akapit. I tak wszyscy wiedzą o co chodzi :)

3. Mamy przy biurze ogródek. Najpierw (rok temu) rosły tam kwiatki. Potem trochę chwastów. W końcu nasi chłopcy z biura (a właściwie w roli fachowca sprowadzona Mama Króla Pomarańczy) zasadzili miętę i papryczkę. Jedna i druga rozrosła się do niesamowitych rozmiarów, czyniąc nasze posiłki dużo bardziej urozmaiconymi.
Z mięty i papryczki korzystają już kucharze z restauracji obok, sąsiedzi z góry, ogólnie rzecz biorąc cała okolica. Używamy też ją do maltretowania turystów, szczególnie tak zwanych "chojraków polskich" (określenie pieszczotliwe), którzy uważają, że nic ich nie powali. Otóż nasza ostra papryczka powala ich na łopatki bez wyjątku.
Idąc za ciosem sąsiad z drugiego piętra zasiał nam kiedyś dla żartu arbuza. Kolorowa dusza, bajerant, wciąż opowiadał, jak będziemy jeść arbuzy z własnego ogródka a my śmialiśmy się z niego do rozpuku.
A tu nagle... pewnego dnia zauważyliśmy ukryte pomiędzy liśćmi zielone piłki. Zaczęły rosnąć w tempie ekspresowym i teraz przypominają już PRAWDZIWE ARBUZY o wielkości melona.
W tureckim jest takie określenie "kroić arbuza" w sensie ucztowania, mniej więcej. Myślę sobie w tym kontekście, że za kilka tygodni czeka nas krojenie arbuza w pełnym tego znaczeniu. Nie będzie się mogło obejść bez relacji foto.

Póki co wygląda to tak (i budzi większą sensację niż ostre papryczki):

IMG_8426

A tutaj już tak zwany acı biber, czyli papryczka ostra jak brzytwa:

IMG_8427


niedziela, 14 sierpnia 2011

ALANYA NEWS czyli niedziela w biurze

Jest dzisiaj cicho i spokojnie, bo niedziela. W Polsce pewnie też, bo jutro przecież święto i już słyszałam, że cały naród pojechał nad morze. Oby pogoda dopisała!

W Alanyi pogoda idealna; upały nieco zelżały, pojawił się lekki wiaterek, mgiełka wilgoci odsłoniła widoki na góry i morze, wreszcie można nieco odetchnąć... To nam uświadomiło, że już prawie połowa sierpnia czyli półmetek sezonu mamy za sobą! Na samą myśl o zimie pojawia się dreszcz jednocześnie emocji i niepewności, jest tyle planów, a większość nie związane z pracą. W końcu wtedy mamy tutaj kompletny przestój (szkoda - Turcja zdecydowanie nie jest doceniana w zimie - a propos: jak Wam się podoba pomysł zimowej/wiosennej wycieczki do Stambułu? :))
Trzeba teraz odkładać zarobione pieniądze, robić zapasy, aby po prostu starczyło. Będziemy mieli bowiem mnóstwo ciekawych rzeczy do zrobienia, m.in. klasykę gatunku z cyklu "Przywożę mojego tureckiego chłopaka do Polski". I to realizowaną po raz pierwszy w życiu (chodzi oczywiście o Króla, ale także i w moim życiu). A propos, wydaje mi sie czasem, że odwiedzanie Polski w zimie jest dla Turków z Alanyi i okolic (a raczej ze światka turystycznego) atrakcją podobną jak dla nas wyjazd do Turcji. Mniej więcej od Sylwestra wielu moich 'znajomych' chwali się w internecie zdjęciami z: Krakowa, Gdańska, Warszawy i innych miast. Wśród nich duży procent stanowią starszawi tureccy kierowcy, których wzięcie u Polek przewyższa dopuszczalne normy. W skórzanych kurtkach, z wełnianymi czapkami na szyki i butami w czub robią sobie zdjęcia na tle polskiego śniegu, a obok stoją pięknie uśmiechnięte zgrabne i prześliczne Polki.
Fenomen wart poważniejszej analizy...

Oprócz tego że sezon na półmetku, także i ramazanowy post jest już w połowie. Król Pomarańczy nadal wytrwale go przestrzega, a ja już się przyzwyczaiłam do codziennych kłótni. Znalazłam już sposób na przejście przez ten okres w miarę spokojnie. Kiedy sytuacja robi się drażliwa, mówię tylko:
- Porozmawiamy pod koniec miesiąca.

A propos Ramazanu, niedawno dowiedziałam się, że kilka lat temu codzienne walenie w bębny na pobudkę (tradycyjne podczas postu "budzenie" mieszkańców na śniadanie i modlitwę; w całej Turcji występuje) zostało w Alanyi zabronione przez Urząd Miasta! Ta uwaga powinna pasować do poprzedniej notki z cyklu "Absurdy". Argumentowano ponoć tym, że turyści nie mogą spać. Ale... jak to możliwe, że walenie w bębny przez kilka minut przeszkadza turystom wypoczywającym w Alanyi, a codzienne walenie dyskotekowych rytmów bezpośrednio pod hotelowymi pokojami do północy czy drugiej nad ranem - nikomu nie przeszkadza i prawdopodobnie nigdy nie będzie zabronione? Cóż, temat wymagający dłuższych przemyśleń...

Co by jednak nie być zbyt złośliwym, pora na uspokojenie. Wczoraj w telewizji natknęłam się na cudowny utwór niesamowitego zespołu Kardeş Türküler, który kompletnie mnie rozbroił. Jest to bardzo ceniona grupa muzyków skupiona woków Uniwersytetu Boğazici. Od 1993 roku wykonują znane anatolijskie utwory ludowe w językach: tureckim, arabskim, kurdyjskim, asyryjskim, ormiańskim, azerskim i gruzińskim. Korzystają przy tym oczywiście z oryginalnych ludowych instrumentów. Słuchanie takiej muzyki i świadomość, jak jeden zespół godzi wszelkie kulturowe konflikty w bardzo prosty sposób - po prostu wzrusza. Jestem wierna nieco wyświechtanemu ale aktualnemu poglądowi, że muzyka łagodzi obyczaje i w przypadku Kardeş Türküler (dosł. "Bracia grający muzykę türkü") doskonale się to sprawdza. Zapraszam do słuchania i oglądania :




PS. Następna notka nie wiem kiedy, bo w najbliższą środę przyjeżdża do Turcji na całe 2 tygodnie mój prywatny gość specjalny... i to razem z moim naprawionym obiektywem! A to oznacza, że mam nadzieję trochę z nią (bo gość to kobieta :)) poprzebywać, pojeździć, poplotkować, a i zdjęć pewnie porobię sporo... Możecie więc czasowo odejść od odbiorników... ale nie na za długo :)

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

NA TROPIE ABSURDÓW

1. Wczoraj w nocy oglądaliśmy z K.P. dokument BBC emitowany w tureckiej telewizji prywatnej. Niezwykle ciekawy, świetnie nakręcony, o życiu w buszu. Występujące w filmie osoby - członkowie małej społeczności - spacerowali przed kamerami bez bielizny i odzieży wierzchniej. Jak im było nie wstyd! I to zarówno kobiety i mężczyźni. Ośmielili się też pokazywać całemu światu palenie ichniejszej odmiany fajki. Oczywiście domyślamy się tego z kontekstu, albowiem intymne części ciała zostały umiejętnie rozmazane przez realizatorów, a dym z fajki zastąpił animowany kwiatek, który już kiedyś pokazywałam na tym blogu.
I w ten prosty sposób to co szczere, prawdziwe i naturalne (czyli, nie bójmy się tego słowa, ludzkie ciało) stało się zakazane i niegodne oglądania. Bardzo chciałabym posłuchać argumentacji tego, kto wprowadził takie zasady dotyczące nie tylko filmów obyczajowych nadawanych o 20.00, ale poważnego dokumentu emitowanego o 2 w nocy!!!

2. Paradoksalnie ostre zasady nie dotyczą wiadomości telewizyjnych, gdzie od samego rana epatuje się brutalnymi scenami z rozmaitych zamieszek, wypadków i starć z całego świata. Bez ostrzeżenia, bez zapowiedzi i bez cenzury.

3. Pierwszego sierpnia zaczął się ramadan, w Turcji ramazan. Dziewiąty miesiąc kalendarza muzułmańskiego. W tym roku post jest wyjątkowo ciężki do przestrzegania: dzień trwa ponad 15 godzin, co więcej panują w naszym regionie paskudne upały, już nie wspominając o wysokiej wilgotności. To dlatego osób przestrzegających postu jest dużo mniej niż zwykle - trzeba by było cały dzień przespać, żeby jakoś przetrwać, a nie każdy może.
K.P. pracuje wieczorami, w ciągu dnia nie będąc przypisanym do żadnego konkretnego miejsca pracy, a pozostając jedynie w zasięgu telefonu, stwierdził więc, że post trzymać spróbuje.
Zamieniło to nasze życie w koszmar :)
Do południa przestrzegający postu są zazwyczaj nieszkodliwi i potulni jak aniołki, będąc jeszcze średnio przytomnymi po śniadaniu (sahur) o 4 rano. Potem zaczynają przysypiać. Im bliżej godziny wieczornego posiłku (iftar), tym odczuwa się większą nerwowość. Typowe teksty do nie przestrzegających postu bliskich:
- Nie rozmawiaj ze mną o tym teraz, porozmawiamy po iftarze.
i:
- W ogóle lepiej mnie o to nie pytaj, zaschło już mi w gardle od odpowiadania.
i jeszcze:
- No nie, nie dość że jestem cały dzień bez jedzenia i picia, to jeszcze wszyscy mnie denerwujecie!

Wczoraj jadąc samochodem na iftar do restauracji w centrum, gdzie byliśmy umówieni z grupą turystów K.P. jechał trąbiąc przez całą drogę (mieliśmy spóźnienie) i przeklinając wszystkich po kolei: kierowców samochodów, autokarów i dolmuszy a także pieszych. Sygnalizacji świetlnej też się dostało.
Kiedy dostało się także mnie, w postaci czepiania się każdego wypowiedzianego przeze mnie słowa, stwierdziłam, że już się nie będę odzywać. Uświadomiwszy sobie absurdalność i komizm sytuacji K.P. zwolnił i refleksyjnie przyznał:
- O rany, ale mam agresora.

Kiedy dorwał się już do talerza zupy wszystko wróciło do dawnego porządku.


4. Bardzo ciekawe jest to, że Turcy uważają, że my Polacy (a szczególnie Polki) jesteśmy gadułami. Przekonanie to bierze się zapewne stąd, że z naszej paplaniny niewiele rozumieją. Kiedy odbijam piłeczkę opowiadając o tym, jak to wkurzają mnie tutejsze wielogodzinne rozmowy na jeden temat argumentują, że przynajmniej oni mówią wolno, a my trajkoczemy bez opamiętania.
Akurat!

5. Codzienne obserwacje życia w naszej dzielnicy za jakiś czas stanowić będą zupełnie świeży materiał na nową książkę. Szczególnie pikantnie zapowiadałby się rozdział dotyczący branży lokalnych (czy jak niektórzy wolą: ulicznych) biur podróży. Oto na jednej ulicy mieści się pięć biur wycieczek. Co więcej w dość spokojnej wczasowej dzielnicy, gdzie ruch jest dużo skromniejszy niż w centrum Alanyi. Przy takim natężeniu w stosunku do niewielkiej liczby spacerujących turystów trudno się dziwić, że konkurencja patrzy sobie wzajemnie na ręce. Na początku sezonu wszyscy byli spokojni i mówili sobie dzień dobry: każdy sprowadził polskojęzycznego pracownika (słusznie uważając, że Polacy jak mało kto lubią zwiedzać). Po jakimś czasie przez dzielnicę przetoczyła się fala policyjnych kontroli i większość cudzoziemców deportowano lub odesłano do domu. Rozpoczęła się więc walka innymi metodami. Na donosy, na nieprzepisową wielkość szyldu, na wysyłanie straży miejskiej. Przestano sobie mówić dzień dobry. Dodatkowo rozpoczęło się patrolowanie okolicy. Pan z biura X wsiada kilka razy dziennie na motorek i objeżdża ulice. Pani z biura Y wsiada kilka razy dziennie na rower i również objeżdża ulice. Cel: Sprawdzenie jak się ma konkurencja. Pozory: uśmiechamy się szeroko i kłaniamy życzliwie całemu światu. Skutek: frustracja.

6. A tak poza tym życie w Alanyi toczy się normalnie. Pioruńsko gorąco, jak zawsze. Nawet zaczęłam używać klimatyzacji w domu. Wilgotno też paskudnie, a wszystko lepi się do wszystkiego. Turyści jedni mili i tacy, że chciałoby się im nieba przychylić. Inni zdystansowani i krytyczni nie twarzą w twarz, tylko dopiero na forach internetowych. Jednym słowem: wszystko po staremu. Tylko teraz odwrotnie: kiedy byłam rezydentką marudzono mi na lokalne biura (czyli, powtórzmy jeszcze raz, uliczne). Kiedy pracuję w lokalnym (ulicznym) biurze, marudzi mi się na rezydentów.
Ogólnie chodzi o to, żeby marudzić.
Co i mnie zaczyna się udzielać, czego dowodem jest niniejsza notka.


niedziela, 31 lipca 2011

TU I TAM - fotonotka

Dziś obrazkowo, bo jest tak gorąco (wciąż), że mózg mi się lasuje i nie pracuje poprawnie. Ba, mam świadomość jaka jest pogoda w Polsce i chętnie bym oddała Wam parę stopni za jeden dzień deszczu :)

Zanim jednak udam się pod zasłużony prysznic (oczywiście jestem w pracy mimo niedzieli, dobrodziejstwa sezonowej turystyki :) ale mam nadzieję wyrwać się na przerwę) postanowiłam, że dodam kilka zdjęć z ostatnich kilku tygodni. Zdarzyło mi się bowiem kilka razy popilotować kameralne wycieczki, na których mogłam popstrykać nieco. Nie było to pstrykanie komfortowe; dopiero po czasie przekonałam się bowiem, że aparat fotograficzny typu lustrzanka jest niemal tak osobisty jak szczoteczka do zębów (nawet bardziej niż bielizna!) i że po prostu nie powinno się go pożyczać. Mieszkając jednak w Turcji jestem wciąż poddana stereotypowi pod tytułem "zimni, egoistyczni Europejczycy", który co więcej, nie mija się bardzo z prawdą.
Postanowiłam więc zapomnieć o moim egoizmie dla dobra ludzkości i pożyczyłam z dobrymi intencjami aparat, który wrócił do mnie uszkodzony... a dokładniej obiektyw. Obiektyw leży sobie teraz w serwisie w Polsce i czeka od miesiąca na naprawę a ja pstrykam zdjęcia starym standardowym obiektywem, który dawno przestał mi wystarczać. Po tym wydarzeniu z radością wróciłam do kultywowania mojego zimnego europejskiego egoizmu :)

Ale dość gadania, pora na obrazki. Miejsc nowych tu nie zobaczycie, sporo już było na tym blogu, ale może wydadzą się wam interesujące w nowych ujęciach A.D. 2011...


IMG_7504

Anamur. My przyjechaliśmy tu busem, ale jak widać istnieją bardziej oryginalne sposoby :)

IMG_7524

Anamur. Zdjęcie pod tytułem: "Moje marzenie o dniu wolnym"

IMG_7551

Anamur. Kaktusowy gąszcz.

IMG_7554

Anamur. Drzewo zagadkowca.

IMG_7566

Anamur. Tradycyjne słodkie słodkowodne żółwiki w fosie Mamure Kalesi.

IMG_7578

Anamur. Mamure Kalesi.

IMG_7614

Anamur. Odmiana melona. Mała, słodka i pyszna.

IMG_7612

Anamur. Słynne w całej Turcji anamurskie banany.

IMG_7647

Kanion Sapadere. Zdjęcie pod wodospadem :)

IMG_7657

Kanion Sapadere. Przyjemny chłód.

IMG_7681

Jaskinia Dim - zachwycająca 300-metrowa jaskinia

IMG_8267

Teatr Aspendos - dotarłam na górę po raz pierwszy.

IMG_8307

Wodospad Manavgat, czyli jak z rzecznego stopnia o wysokości 1,5 metra zrobić atrakcję turystyczną regionu.

IMG_8310

Kaczki nad stawkiem życzeń (pilnują wrzucanych monet).

IMG_8325

Słynne lody maraş z koziego mleka. Zwróćcie uwagę na pisownię słowa "show" :)

IMG_8328

Bazar przy wodospadzie Manavgat. Pełnia szczęścia.

IMG_8332

Jak skomentował mój śmiech dumny i patriotyczny turecki kierowca: W naszym kraju wszystkiego jest obfitość!

IMG_8349

Podrabiane antyczne monety sprzedawane w oryginalnym antycznym Side.

IMG_8355
IMG_8356

Pozostałości Świątyni Apollina w Side.

IMG_8369

Sympatyczny zaułek Side.

IMG_8373

Meczet w Manavgat. Fontanna ablucyjna.

IMG_8374

Meczet w Manavgat. Wnętrze.


Miłej niedzieli! Idę pod prysznic i na lody. A jutro... początek ramazanu - świętego miesiąca postu!

środa, 27 lipca 2011

UPAL

Przepraszam wszystkich regularnie zaglądających na bloga, że nie piszę regularnie. Kiedy palce lepią się do klawiatury ciężko się skupić na czymkolwiek, a co dopiero na pisaniu. Pot cieknie mi po czole i pod nosem. A klawisze laptopa (a szczególnie ta przestrzeń, gdzie się puka opuszkiem palca, jak to się nazywało?) - są po prostu ciepłe.
Nie mogę tego znieść.

Mój komputerowy termometr pokazuje 32 stopnie. Ponoć jest dużo więcej, tak około 38. Ale to jeszcze nic; dodajcie do tego 75% wilgotności powietrza. Dodajcie lekki katar wywołany klimatyzacją i/lub wiatrakiem. Jeśli nie podchodzi się do nich za blisko, ocieka się potem. A jeśli się podejdzie - przeziębienie murowane.

W takiej sytuacji trudno się dziwić, że codziennie marzę o tym, żeby uciec z biura na jakiś rejs statkiem, albo coś podobnego. Tak, żeby wokół było pełno wody, w której można by się bylo wykąpać. I żeby wiał ciepły przyjemny wiatr. A muzyka w głośnikach grała (niezbyt głośno) jakieś fajne: bum, bum, bum.

Co byłoby warte życie bez marzeń :)

Jak narazie największym wyzwaniem jest doprowadzenie się do jakiego takiego stanu używalności. O ułożeniu włosów nawet nie myślę bo przy tej wilgotności wyglądam jak kurak. Myślę generalnie o wyglądaniu jakoś. No i faktycznie osiągnęłam stan JAKOŚ - kiedy wyjdzie się spod prysznica i wyprasuje sukienkę już po chwili znów jest się mokrym.

Wiem, że mi nie uwierzycie, ale dałabym dużo, żeby się teleportować tak na 3-4 dni do Polski, najlepiej nad polskie morze. Założyć polar i wypić polskie piwko na brzegu.

Hmmmm....

sobota, 16 lipca 2011

LOT

Dzisiaj opowiem Wam obrazkami o tym, jak to Skylar wraz z Królem Pomarańczy i świetną ekipą turystów pewnego mglistego poranka w Kapadocji... poleciała po raz pierwszy w życiu balonem. Wszystko odbywało się w Dolinie Goreme, gdzie dowieziono nas busikami, zaspanych i opuchniętych ze zmęczenia, a więc mało fotogenicznych (godzina 4.30 rano). Będąc w półśnie nie byliśmy w stanie odpowiednio rozemocjonować się faktem czekającego nas lotu. Może to i dobrze, całe towarzystwo czekające na lot było ciche, skupione i leniwie się snujące.
W bazie balonowej poczęstowano nas herbatą, kawą, soczkiem i ciasteczkami, i...

IMG_7922
Najpierw wypełniano balon gorącym powietrzem.

IMG_8024
Ładowanie się do balona to też była frajda, z której nie zachowały się żadne zdjęcia :) A potem już bardzo szybko znaleźliśmy się ponad ziemią.

IMG_8029
Mijająca nas konkurencja.

IMG_8039
Paşabağları widoczne z innej niż zwykle perspektywy.

IMG_8052
Bliskie spotkania...

IMG_8069
Pracownicy bazy czekający na lądowanie.

IMG_8094
Dopiero widząc wszystko z góry (najwyższy pułap 800 m!)w pełni zrozumiałam jak tworzył się krajobraz Kapadocji...

IMG_8123
Po około godzinie lądowanie - miękkie, we mgle i ostrej trawie. Zadanie siłowe: trzeba usunąć ciepłe powietrze z balona, co wcale nie jest takie proste!

IMG_8124
Podczas lotu naliczyliśmy około 45 innych balonów. Mnożąc je razy mniej więcej 10-15 pasażerów w każdym...

IMG_8130
Toast szampanem - Japonki przodują jak zwykle w Kapadocji.

IMG_8133
Mój dyplomik i dowód pierwszego (od)lotu....



PS. Oczywiście notkę sponsorowało moje biuro podróży: www.alanyaonline.pl :)

wtorek, 12 lipca 2011

W SZCZYCIE SEZONU

W szczycie sezonu na nic czasu nie ma. Jakby się tak cofnąć do historii moich notek, to zawsze gdzieś w lipcu-sierpniu zwalniam tempo pisania i publikowania. Wprost proporcjonalnie do tego, co dzieje się w realnym życiu. Zawirowanie i zamieszanie. Praca, praca, praca. Brak wolnego dnia albo chociaż popołudnia. Do tego od paru dni panują już prawdziwie alanijskie upały, pocimy się wszyscy jak myszy i marzymy o basenie, który jest wydawałoby się tak blisko (przy domu) ale jednak nieosiągalny. Temperatura oscyluje w granicach 40 stopni, a wilgotność to około 70% i pewnie wkrótce wzrośnie. Człowiek nie ma nawet ochoty niczego konkretnego zjeść. Posiłki to przede wszystkim soczyste kawałki arbuza i melona oraz lodowata cola :)
Od gorąca bardziej niż zwykle chce się spać (i nie chce pracować). Do tego jeszcze nie ma kiedy nadrobić zaległości powstalych podczas prowadzonych przeze mnie wycieczek (a tak, zdarzyło się parę razy wyrwać z biura). Ponadto muszę przyznać, że za wcześnie cieszyłam się już, że moja obecna praca jest spokojna i dużo mniej stresująca. Nie mówiąc już o spodziewanym braku nocnych czy wczesnoporannych telefonów.
Wszystko to występuje w normalnym zakresie, do którego zdążyłam się przyzwyczaić jako rezydentka. A to się autobus spóźnił, a to kierowca nie zna hotelu, a to nie może znaleźć się z turystami i w końcu rezygnuje i jedzie bez nich... Stara śpiewka, klasyczne tureckie numery. Zawsze dziwię się, że mam tendencję do spania jak "kamień" - nic mi nie przeszkadza, i nic nie budzi. Za wyjątkiem sygnału przychodzącego SMSa na moją komórkę - budzę się od razu, choćby to był środek nocy... Ot, taki fenomen ;)

W najbliższym jednak czasie mam nadzieję ponadrabiać wszystkie zaległości. Zaczęłam od zakupów :) w końcu będąc współautorem książki i osobą już (jednak!) nie bardzo anonimową trzeba jakoś wyglądać. Kolejnym krokiem będzie fryzjer (a co!).

Na szczęście ubrania schną bardzo szybko, więc z regularnym praniem nie ma problemu. Zabrałam się też za tępienie mrówek w mieszkaniu (normalne w Alanyi) - i efekty utrzymują się już trzeci dzień. Następnie zrobię porządki na komputerze, umieszczę świeżo zrobione zdjęcia w osobnych folderach, skasuję stare maile i odpiszę na nowe. A potem przeczytam wszystkie polskie czasopisma, które leżą u mnie na półce od dwóch miesięcy.

A za kilka dni - oczywiście - umieszczę nową notkę ;) Będzie typowo zdjęciowa, a temat... wyjątkowy. Będąc ostatnio w Kapadocji miałam okazję po raz pierwszy w życiu lecieć balonem! Relacji spodziewajcie się w okolicach weekendu.

W międzyczasie, film o Alanyi, który znalazłam na facebooku. Oglądając go jestem naprawdę pod wrażeniem uroku tego miasta, ba, wręcz dumna, że przyszło mi tu mieszkać. Jak dużo może zrobić umiejętne kadrowanie i parę dobrych ujęć! :) Zobaczcie sami:

Alanya 2013 Triatlon Tanıtım Filmi [HQ]


PS. W tym całym zamieszaniu zapomniałam napisać o książce. Można ją zobaczyć i dotknąć, a słyszano także o osobach, które ją już przeczytały :)

niedziela, 26 czerwca 2011

FESTIWAL POMARANCZY W OBA

Siedzę sobie tutaj w mojej alanijskiej wiosce o wdzięcznej nazwie Oba (z dopiskiem köy, czyli wieś) i ciężko mi się wyrwać do świata.
Aż tu nagle całą wioskę, wszystkie spokojne osiedla z basenami, wszystkie leniwe hotele z opalonymi animatorami obiegła piorunująca wiadomość: w Oba odbywa się Festiwal Pomarańczy! Na dodatek z dopiskiem: Turystyka, Kultura i Sztuka!
Festiwal miał trwać jeden dzień, z głównym punktem programu w postaci występu gwiazdy tureckiego popu - Mustafy Ceceli. "Na Mustafę" zjechała do naszej uroczej wsi cała Alanya, a więc zrobiło się tłoczno, jak nigdy (albo: jak na zeszłorocznym festiwalu).

Siedząc w biurze w żartach rozprawialiśmy o tym, że co to w Oba za Festiwal Pomarańczy, jaki to ma związek z kulturą i sztuką?! I jaki związek ma Mustafa C.? Że może, dowcipkujemy dalej, powinno się po prostu porozdawać ludziom pomarańcze, albo urządzić pomarańczową bitwę na wzór tej, jaką się w Hiszpanii robi z pomidorów?

W końcu usłyszeliśmy gwar i muzykę: oto rozpoczął się korowód festiwalowy. Jak tradycja każe, przeszli w grzecznym szyku uczniowie szkółek tańca i hotelowi animatorzy we frywolnych strojach. Klasycznie.


IMG_7413

A potem się zaczęło... było dokładnie jak w naszych żartach. ROZDAWANO POMARAŃCZE!

IMG_7416

IMG_7421

IMG_7415