Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sanliurfa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sanliurfa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 stycznia 2011

DWA TYSIĄCE KILOMETRÓW WSPOMNIEŃ

Dziś będzie multimedialnie, co by odpocząć po poprzedniej "przegadanej" notce :)

Przedstawiam ostatni album z wyprawy na południowy wschód Turcji. Równo 221 zdjęć, także zalecane tym cierpliwszym czytelnikom. Poniżej wklejam też mapę naszej podróży, która (podróż, nie mapa) mimo ograniczonego czasu i nieplanowanych zmian była naprawdę niesamowita. Zdecydowanie było to jedno z najważniejszych dla mnie wydarzeń minionego roku.





Wyświetl większą mapę

(Niestety Mapy Google nie pokazują trasy do Syrii, dlatego nie zawiera jej powyższa mapka)


Mam nadzieję że rok 2011 również będzie obfitował w ciekawe wypady i wyprawy... a więc znów życzymy sobie (i innym uzależnionym od podróży) - pozwalających na to finansów! Resztę się załatwi... :)


A z okazji świeżo rozpoczętego karnawału coś jeszcze. Niesłychanie popularna wśród Turków scena z nowego filmu "Av Mevsimi". W roli głównej gra Cem Yilmaz, znany aktor komediowy, choć film ponoć komedii wcale nie przypomina (jeszcze go nie widziałam). Za to scena to... esencja tureckości. Instruktaż, jak się rozkręca imprezy w Turcji... Spontaniczne śpiewanie i granie starej piosenki z rodzaju "turku" wykonywanej przez kultowego nieżyjącego już (zmarł w 2005 r.) muzyka Kazima Koyuncu.



No to co? Tańczmy, hayde! :)

czwartek, 9 grudnia 2010

WSPANIAŁA URFA

Şanlıurfa (czyli 'wspaniała' Urfa) była naszym kolejnym bazowym punktem na trasie. Już kiedyś, słysząc samą nazwę, wiedziałam że to miasto przypadnie mi do gustu. Potem, studiując przewodniki i zdjęcia przed wyjazdem, wpadłam w stan niecierpliwego oczekiwania. Miasto będące swoistym odpowiednikiem polskiej Częstochowy, z powodu kilku dość istotnych miejsc dla muzułmanów. Z tego względu mieszkańcy Urfy przyzwyczajeni są do turystów, choć jednak przede wszystkim Turków... lub z krajów arabskich. Najciekawsze zabytki mieszczą się w pobliżu "Balıklı Göl" czyli stawku zamieszkanego przez ogromne ilości... karpi (w które wedle legendy ponoć zostały zamienione polana ze stosu Abrahama/Ibrahima). Stawek ten i mieszczące się w pobliżu meczety są najistotniejszymi miejscami, dlatego oglądając tłuste kotłujące się w wodzie karpie trzeba szybko wyzbyć się europejskiej perspektywy ;)
Miasto pełne jest (oczywiście) zawiłych uliczek, domów typowo po arabsku ukrytych za grubymi murami, z widocznymi jedynie fantazyjnie przyozdobionymi masywnymi drzwiami - najczęściej niebieskimi (taka magiczna funkcja). Często nad nimi znajdują się wykaligrafowane wersety z Koranu - też pewnie w celach "zabezpieczających". Piękny widok gwarantuje wspięcie się na Urfa Kalesi (twierdzę), kolejny z najbardziej istotnych zabytków.

W Urfie nadal słyszeliśmy na każdym kroku kurdyjski, ale także arabski - a może to był tylko inny akcent tureckiego... Fakt, że miasto etnicznie jest na pewno mocno "wymieszane". Duże, gwarne, ale oczywiście bardzo tradycyjne - procent kobiet w chustkach jest tu bardzo duży. Choć najwięcej było widać chustki w romantycznym kolorze lila - także u mężczyzn! Jak dowiedzieliśmy się od mieszkańców Urfy, taki kolor chust noszą Kurdowie. A dlaczego mężczyźni? Oto luźno zarzucona na
głowę chusta, z końcówką niekiedy fantazyjnie przewieszoną przez ramię, to kurdyjski odpowiednik arabskiego męskiego nakrycia głowy. Służy w obu przypadkach po prostu do wszystkiego: jako ochrona od słońca, obrus, ściereczka do rąk lub do stołu, i tak dalej - podejrzewam że zastosowanie ogranicza tylko wyobraźnia noszącego.

Widzieliśmy także kobiety w bajecznie połyskujących ubraniach. Jak się okazuje kurdyjskie wieśniaczki, które wyszywają swoje sukmany cekinami, robią to w celu zaprezentowania poziomu zamożności swojej rodziny (przyszłemu kandydatowi do ślubu) i... chodzą tak na co dzień.

Dużo czasu spędziliśmy na bazarze - takim już typowym, prawie że arabskim, 'suku', gdzie stragany są, jak być powinny, rozmieszczone tematycznie. Fioletowo-liliowych chust była tam cała jedna "uliczka". Trafiliśmy też pod opiekę sprzedawców butów, którzy oczywiście musieli nas poczęstować herbatą i wypytać o wszystko.

O Urfie można by opowiadać bardzo dużo, mimo, że przecież wcale nie byliśmy tam długo. O prostych ludziach, którzy zapraszali nas do swoich sklepików i opowiadali: o swoich rodzinach, polityce, tym, jak istotne jest wykształcenie i że na świecie najważniejsza powinna być tolerancja.
Trzeba też wspomnieć, że nasz pobyt przypadł akurat w czasie, kiedy w Urfie rozpoczynał się festiwal Sıra Gecesi. A jest to rodzaj muzyki, pieśni, często religijnych, wykonywanych przez artystów ustawionych w półokręgu. Taka muzyka kojarzona jest właśnie z Urfą. Niesamowicie było udać się na pierwszy koncert (oczywiście bezpłatny) festiwalu, zostać poczęstowanym mocną kawą (mırrą), rozdawaną wszystkim widzom, zobaczyć rozmaitych Vipów i Prezydenta Miasta. Gdzie zresztą, co warto zaznaczyć, byliśmy pewnie jedynymi cudzoziemcami, budząc sensację :)
Niestety... nie wszystko przebiegało zgodnie z planem. Przed koncertem udaliśmy się na kolację do restauracji. Tu uwaga: w podróży zazwyczaj nie jadalismy w restauracjach, tylko zwykłych jadłodajniach czy na ulicy (a czasem prosto ze straganu, bazaru itp.). Tak najlepiej; można ocenić czy w danym miejscu jest dużo klientów, czy panuje tam ruch (a jak ruch, to i "przerób" żywności). Taką taktykę zalecam i taką mi zalecano.
Kolacja w ostatni wieczór w Urfie była wyjątkiem. I to niestety bolesnym. Pięknej, klimatycznej restauracji nie zapomnę do końca życia - zatrułam się tam potrawą, której też nigdy już nie zapomnę... Co więcej, zatrucie poczułam po kilku godzinach, najpierw dostając wysokiej gorączki. Pozostałe atrakcje pojawiły się poźniej... Ciężko było, oj ciężko. Z tego też powodu pozostała część wyprawy (Syria i powrót do Turcji) wyglądała zupełnie inaczej niż planowałam... Leczenie żołądka, dieta, syryjski lekarz a potem w Alanyi antybiotyki i znów dieta... Cóż. Na pociechę wmówiłam sobie, że zawsze mogę do Syrii jeszcze wrócić i wszystko nadrobić. Wmówiłam sobie z takim przekonaniem (dni z kisielkami, suchym chlebem i gotowanym ziemniakiem dały mi dużo do myślenia), że wręcz zaplanowałam ponowny wyjazd do Syrii. Ale już nie z przechodzeniem na przejściu granicznym w Kilis. Już nigdy, nigdy żadnego Kilis. O tym dlaczego... w następnym odcinku :)


IMG_3681

IMG_3533

IMG_3477

IMG_2950

poniedziałek, 6 grudnia 2010

PO PODŁĄCZENIU

Znów nie miałam dostępu do internetu - uroki ciągłych przeprowadzek. Wreszcie się udało, i oto mogę nadrobić ogromne zaległości. Nie będę pisać o tym, że od jakiegoś czasu jestem z powrotem w Turcji (wyjechałam z Polski w pierwszy dzień opadów śniegu, udało się zdążyć przed anulacją lotów). Przyjadę do Ojczyzny znów na Święta (bo w Turcji nie miałoby to dla mnie uroku).

Ponieważ wraz z zamieszczaniem na blogu zdjęć z wyprawy na wschód Turcji moja relacja z niej ciągnie się w nieskończoność, postanowiłam sprawy nieco przyspieszyć. Zdjęcia pojawiać się będą na blogu tylko na zaostrzenie apetytu; cały zbiór (który wciąż porządkuję) będzie do obejrzenia w jednym miejscu.

Ostatnio opisywałam pobyt w Mardin; jest to jedno z miast, do których odwiedzenia odtąd bezwzględnie będę wszystkich zachęcać. Sama koniecznie muszę tam jeszcze pojechać, spędzić kilka dni, cała okolica jest bardzo inspirująca. Tego samego dnia pojechaliśmy jeszcze do Midyat i Hasankeyf. Midyat jest także interesującym miastem, pełnym krętych uliczek, domów otoczonymi kamiennymi murami. Zaraz na początku spaceru przyczepiła się do nas zgraja wyszczekanych dzieciaków, które udawały przewodników (faktycznie rzucały hasłami, nazwami i datami wybudowania kościółków które w Midyacie się znajdują). Wszystko to w celu zarobienia paru groszy...
Midyat poza kościołami chrześcijańskimi, niedużym starym miastem, schowanymi za murami rodzinnymi fabryczkami wina i innymi drobnymi zakładami, słynie także z wyrobu srebra. Piękne, delikatne "ażurowe" wyroby (które widziałam także w Maroku) można kupić w jednym z wielu sklepików-atelier.

Po tych kilku dniach wyprawy rozstaliśmy się z naszymi kurdyjskimi gospodarzami i ruszyliśmy dalej. Kolejny dzień (czy właściwie dwa) był bardzo intensywny. Pożegnaliśmy się z Diyarbakir przed północą i pojechaliśmy do Sanliurfy - autobusem, w którym byliśmy jedynymi pasażerami. Steward mimo to czynił nam honory, zagadując, wypytując i częstując napojami. Podobała mi się jego reakcja na naszą narodowość:
- Jesteście z Polski?! To nie powinniście być w Alanyi?!
Nie mieściło mu się w głowie, że ruszyliśmy gdzieś - ot tak, bez wycieczki - "w kraj".

Do Sanliurfy dotarliśmy po około 3 godzinach, i zaraz na dworcu doskoczył do nas naganiacz. Po krótkich targach udało się wynegocjować rozsądną cenę za nocleg jak i taksówkę. Hostel, który wybraliśmy całkowicie w ciemno okazał się być w samym centrum Urfy, w zaadoptowanym domu. Kurdyjski gospodarz i jego żona byli nieco... dziwni. Jedząc śniadanie byliśmy pod ostrzałem ich spojrzeń - potem okazało się, że po pierwsze ja (występując jako tłumaczka naszej grupki) nie przypadłam mu do gustu (przez sam fakt bycia kobietą), po drugie nasza odmowa skorzystania z organizowanych przez niego wycieczek. Po spędzeniu przedpołudnia na wstępnym zachwyceniu się miastem ruszyliśmy w kierunku Nemrut Dagi. Naszą bazą noclegową była Kahta. Jadąc busem do tego miasteczka budziliśmy (jak w wielu miejscach) sensację podszytą jednak sympatią:
- Dokąd jedziecie?
- Na Nemrut Dagi.
- Ale dlaczego?! Tam jest zimno!
Zadawano nam też mnóstwo pytań, wykorzystując moją znajomość tureckiego. Dla mnie wielkim zaskoczeniem było to, że także tamte okolice są niemalże całkowicie kurdyjskie. Na każdym kroku było słychać tylko ten język.

Jak się później okazało, owszem, było zimno, ale co to dla nas, Polaków! Nemrut Dagi było jedynym punktem, kiedy naprawdę zmarzliśmy. Poza tym podczas całej wyprawy świeciło piękne słońce i było ciepło, wręcz gorąco, a także, w przeciwieństwie do wysokiej wilgotności Alanyi, bardzo sucho.
Wyprawa na Nemrut Dagi, czyli usypany niegdyś przez króla Nemroda kopiec, w którym umieszczono jego grobowiec, to ciekawa historia. Ciężko się na górę dostać samemu. Oznaczałoby to ponad 20 kilometrowy spacer. Można ewentualnie skorzystać z noclegu u stóp kopca, który jest już dużo droższy. Dlatego najlepszym pomysłem jest zamówienie kierowcy minibusa, który przy okazji obwozi delikwentów po terenie całego parku Nemrut Dagi (zdecydowanie wart zobaczenia). Kierowców jest sporo, pomagają przy okazji załatwić hotel w Kahcie i rywalizują ze sobą o klientów. Obserwując scenki w Domu Nauczyciela w którym mieliśmy przyjemność nocować, cieszyliśmy się, że polecony nam przez znajomą kierowca okazał się naprawdę rzetelny i sympatyczny...
Pod wieczór będąc w Kahcie, zanim zjedliśmy kolację w barze naprzeciwko hotelu (pyszna zupa z soczewicy i domowy ayran!), porozmawialiśmy trochę z innymi podróżnikami, była już północ. A... o 3.30 zaczynała się wyprawa na górę. Nasz kierowca w całkowitej ciemności zawiózł nas do podnóża góry, skąd po wypiciu rozgrzewającej kawki trzeba już było wspiąć się piechotą. I tam czekać na wschód słońca. Widoki są oszałamiające...
Kiedy wróciliśmy kompletnie wyczerpani z wycieczki do Domu Nauczyciela, było po godzinie 9. Zjedliśmy śniadanie i udaliśmy się z powrotem do Sanliurfy, a właściwie najpierw przez Urfę - do Harranu, wioski pod samą granicą syryjską. Harran słynie ze stożkowych glinianych domków, w których nadal mieszkają ludzie. Można też tam obejrzeć ruiny wielkiego meczetu. To w Harranie usłyszałam po raz pierwszy zastanawiające dźwięki orkiestry, coraz głośniej i głośniej. Towarzyszyły nam także już później, w Urfie - nasz hotel znajdował się naprzeciwko Urzędu Miasta, w którym - tak, odbywały się próby orkiestry... Wszystko to z okazji zbliżającego się 29 października, Święta Republiki.
W Harranie można poczuć już niesamowity arabski klimat. Mieszkańcy o ciemniejszym kolorze skóry, bardzo spontaniczni, gościnni i dowcipni zaprosili nas do "pokazowego" glinianego domu, ubrali (jak ponoć wszystkich odwiedzających) w tradycyjne okazałe stroje, nakarmili i napoili, podzielili się anegdotkami. Byliśmy też (jak zwykle) atrakcją dla dzieciaków, które przywitały nas klasycznymi zawołaniami o pieniądze. Na szczęście okazało się, że kiedy poczęstowaliśmy je paluszkami czy pestkami słonecznika, były przeszczęśliwe.
Do Urfy dotarliśmy wieczorem, kompletnie wyczerpani po tak długim dniu.

/cdn/