Rzadko piszę o tureckich kobietach na blogu. Mówiąc szczerze, to poza drobnymi napomknieniami omijam ten temat z daleka. I to mimo próśb czytelników. I mimo własnego znużenia, bo ile można wciąż o facetach i facetach i na dodatek tylko o tych z turystycznych kurortów (czyli tak naprawdę pseudo-facetach).
Przyczyn jest jak zwykle kilka. Po pierwsze: brak wiedzy i brak okazji do jej zdobycia. Pracując w Alanyi, na dodatek w turystyce, jest się wciąż otoczonym mężczyznami. W biurze, na wycieczce, na lotnisku, w hotelu - wszędzie tylko faceci i faceci, do znudzenia. Ba, nawet nie tylko w Alanyi, ale generalnie w Turcji. Podróżując po kraju często miałam ochotę na pogadanie z kobietami, spędzenie z nimi czasu, poznanie się - ale gdzież tam - zazwyczaj wszędzie widać mężczyzn, to oni są na pierwszym planie, to oni się panoszą, usta im się nie zamykają, opowiadają o tamtym, i o owym.
Po drugie wynikające z pierwszego: kobiety/dziewczyny tureckie nie są zbyt otwarte. Mam tu na myśli moje rówieśniczki, bo na temat "babcinek" i "dziadków" można by pisać poemy pochwalne, tak bardzo są uśmiechnięci i kochani. Ale to zupełnie inna bajka. Jeśli miałam w pracy koleżanki Turczynki, to często traktowały mnie (i inne zagraniczne znajome) raczej protekcjonalnie, z wyższością. Być może są już "uczulone" na konkurencję zabierającą im chłopaków do wzięcia. Ba, niektóre są wręcz przeczulone na tym punkcie. Z kolei inne, nawet jeśli przychylne, często pokazują się z dziewczyną z Europy po to, by zaszpanować przed znajomymi (co oczywiście spotyka się również u mężczyzn). Inny powód to potrzeba przetłumaczenia czegoś z tureckiego na angielski, a więc znajomość czysto użytkowa. Trochę wykorzystać, wziąść na spytki, zebrać materiał na plotki - i porzucić. Takim działaniom sprzyja zła reklama jakie robią nam ostatnie tureckie seriale, przedstawiające dziewczyny z zagranicy w dość negatywnym świetle...
Same Turczynki zapobiegawczo nigdy nie opowiadają za dużo o sobie, to mistrzynie taktyki i przebiegłości. To właśnie panowie otwierają się z prędkością karabinu maszynowego, zaprzyjaźniają, opowiadają, zwierzają...
Ciężko więc się zaprzyjaźnić z młodymi Turczynkami - traktują inne dziewczyny jako rywalki, a jeśli już - relacje z nimi są nierównomierne. One wiedzą o nas wszystko (oj, potrafią nakłonić do zwierzeń!) - a my nie wiemy o nich nic. Europejki (a przynajmniej te, z którymi ja miałam do czynienia) nie przepadają też za spędzaniem czasu wedle taktyki "kółka wzajemnej adoracji", lubianej z kolei przez Turczynki.
Nasze światy - wydawałoby się - są od siebie odległe i chyba takie pozostaną... co oczywiście też jest jakimś stereotypem. Nie zaprzeczam, że znam parę fajnych, sympatycznych Turczynek, z którymi z chęcią bym się zaprzyjaźniła. Mam nadzieję, że mi się to w końcu uda.
Cały powyższy wywód jest tylko wstępem do tego o czym od początku chciałam napisać. Jak często jednak bywa, moje myślenie wbiegło na nieco inne tory i nieco zbiegłam z głównego wątku :)
Fakt "przyglądania się" Turczynkom z boku powoduje określone konsekwencje. Oglądam je w filmach, serialach, które powtarzają stereotypy konkretnych kobiecych ról, widzę je na ulicach i w pracy, więc kiedy usiłuję coś o nich napisać... to tylko dywagacje i rozmyślania, rzadko poparte solidnym materiałem dowodowym.
A miało być o... feminizmie w tureckiej wersji. Albo raczej o tureckim podejściu do kobiet. Będzie - uwaga - krótko, dobitnie i trochę inaczej niż się spodziewacie.
Przez długi czas uważałam, że podejście mężczyzn do kobiet w Turcji zbliżone jest do europejskiego. Że niby oficjalnie "wszyscy równi", ale tak naprawdę od seksizmu aż się roi.
Takiemu myśleniu sprzyjają szkodliwe stereotypy, które głoszą, że Turcy kobiet nie szanują, że je biją, zdradzają, wykorzystują i rzucają, albo raczej kolekcjonują kobiety nie mogąc poprzestać na jednej. Zastanowiło mnie to o tyle, że o ile mężczyźni w Turcji są niewątpliwie kochliwymi istotami, o tyle nie zanotowałam tutaj zbyt dużo tak zwanych "seksistowskich" odzywek czy uwag. Z drugiej strony mieszkając w Turcji przyzwyczaiłam się do innych norm dobrego wychowania. Dżentelmenów wedle europejskiej definicji (otwieranie drzwi, niesienie bagażu) spotkać ciężko. Oczywiście, co innego to słowa - komplementy dotyczące urody kobiecej to tutaj ogromne bogactwo. A jednak... to jakby coś innego...
Któregoś razu w tureckiej tv zwróciłam uwagę na programy sportowe i piłkarskie. Uderzyło mnie, że na prawie każdym kanale pojawia się kobieta. Niektóre tylko zapowiadają, a inne wręcz prowadzą spotkania komentatorów po meczach! Kiedy skupiłam się na przekazywanej przez nie treści, zrozumiałam, że mówią bardzo konkretnie i na temat, a co więcej... są przez męskich rozmówców traktowane na równi, bez żadnej protekcjonalności, nie jako dekoracja! Sprawa bardzo mnie zaintrygowała. Dla pewności zapytałam jeszcze o opinię Króla Pomarańczy, który przyznał, że dziewczyny znają się na rzeczy.
Postanowiłam zająć się tematem. I nagle przeżyłam serią wielkich zaskoczeń.
Nieopodal naszego domu znajduje się stadion, gdzie grają rozmaite pomniejsze piłkarskie drużyny. Sędzią bocznym podczas jednego z meczy była... dziewczyna! Co więcej, panowie nie wydawali się zbyt zszokowani tym wydarzeniem, najwyraźniej byli przyzwyczajeni. Już nie mówiąc o ogromnym w porównaniu do Polski procencie kibicek piłkarskich drużyn. Dotychczas brałam tą ilość zagorzałych fanek futbolu za jakąś oryginalną formę zjednywania sobie męskiej sympatii, ale to chyba jednak nie to było powodem, tylko sam futbol właśnie.
Potem przypomniało mi się, że oglądałam kiedyś ciekawy reportaż - oto w mieście Adana znaczną grupę wśród kierowców autobusów miejskich stanowią kobiety. Już nie mówiąc o alanijskim światku: tu też jest prowadząca taksówkę kobieta!
Szalę przeważył kolejny telewizyjny program, na który się natknęłam: "Otomobil sevdasi"(Miłość do samochodów). Oto przed kamerami ukazała się wiotka mocno wymalowana blondynka w eleganckim płaszczyku i na wysokich obcasach. Opowiadała, opowiadała, opowiadała. Referowała najnowszy model jakiegoś samochodu, opisywała detale techniczne, a jakby tego było mało - wsiadła (w tych obcasach!) - do samochodu i rozpoczęła testowanie auta w praktyce. Na dodatek prowadząc swobodnie i zadając w międzyczasie fachowe pytania mężczyźnie, który siedział na siedzeniu pilota i udzielał równie fachowych odpowiedzi. Uprzedzam komentarze - nie, nie wyglądało to na wyreżyserowane, przeciwnie!
Kiedy jeszcze do całego "medialnego obrazu" dodamy zdecydowanie mniejszą niż w Polsce ilość reklam wykorzystujących seksualność kobiet, powstanie bardzo ciekawy, a wręcz skłaniający do poważniejszej analizy wątek.
Jak wynika z póki co powierzchownych badań mojego autorstwa :) Turczynki doskonale się realizują w wielu zawodach i chyba (?) wcale nie pod hasłem feminizmu. Oczywiście wiadomo, że inną sytuację mamy w miastach, a inną na wsi, gdzie wciąż dziewczynom wielu rzeczy "nie wypada". Ale to już temat większej tradycyjności, zaściankowości i obaw "co ludzie powiedzą", co jest charakterystyczne przecież dla wielu "małych miasteczek i wsi" na całym świecie.
Wystarczy jednak wziąć pod lupę media, jak ja to zrobiłam, uważając media za dość wyrazisty wyznacznik społecznych trendów, by zobaczyć, że w tej kwestii Turcja jest krajem niezwykle ciekawym. I nowoczesnym.
Dziewczyny robią kariery, prowadzą firmy, programy telewizyjne na każdy niemal temat, są obecne w polityce, i wcale nie muszą mieć do tego sztucznie ustalanych parytetów. Oczywiście - można by poświęcić cały tekst - albo i nawet książkę - na temat tych kobiet w Turcji, które "przebić się" i spełnić marzeń nie mogą. Niniejsza notka jednak nie to ma na celu. To raczej refleksja na temat medialnych tendencji, które w jakimś stopniu na pewno mają przełożenie na rzeczywistość.
Kiedy - aby moją teorię potwierdzić - spytałam o opinię zaprzyjaźnionych panów - okazało się, że nawet za bardzo nie zwracają uwagi na to, że prowadząca samochodowy czy piłkarski program jest kobietą. To ja byłam rozemocjonowana, roześmiana, i rzucałam się w podnieceniu na kanapie przez ekranem - nie oni!
Co jeszcze mnie zaciekawiło, kobiety te wcale nie rezygnują ze swojej kobiecości. To nie są panie w typie Martyny Wojciechowskiej, nad którą trzęsie się cała Polska: w bojówkach, t-shirtach, krótkich włosach. Przeciwnie: wymuskane paniusie, niczym nie odbiegające wyglądem od typowych modnych Turczynek. Nie typy "sportowe" i "unisex". Za to wymalowane, ufryzowane, na obcasach, błyszczące, pewne siebie, sporo wiedzące i nigdy nie dające się zbić z tropu kobiety. Tak jakby nie odczuwały potrzeby upodobniać się do mężczyzn czy zakrywać swoich atutów, by być szanowane. A ich rozmówcami są równie sporo wiedzący mężczyźni, dla których te kobiety są po prostu partnerami w dyskusji a nie panienkami, które mają podnieść oglądalność poprzez podniesienie temperatury w studiu.
Stwierdziwszy to wszystko zebrałam się w sobie, usiadłam, i napisałam notkę na bloga, żeby wyrazić światu swoje zaskoczenie.
turlanie się po Turcji... i nie tylko
Uroki zycia w Turcji i pracy w turystyce relacjonowane na goraco wprost z granicy polsko - tureckiej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tv. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tv. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 27 lutego 2011
sobota, 27 lutego 2010
NOTKA PRZECIWDZIAŁAJĄCA SENNOŚCI AUTORKI
Czuję się strasznie sennie. Wiosennie. Nie pomógł spacer, nie pomogły ożywcze rozmowy w języku tubylczym, nie pomaga kawa i kakaowe wafelki (właśnie sprawdzam). Nie pomógł zakup blezerka w kolorze śliwkowym za 12,99 tl. Ba, nie pomogła nawet turecka depilacja - nadal czuję się jakby nie obudzona i tak też wyglądam.
Prawdopodobnie to wina pogody. Najłatwiej zrzucić na pogodę. Aktualnie panuje takie "czasem słońce, czasem deszcz" w wersji alanijskiej, więc to wysoce prawdopodobne. Barometr na balkonie wskazuje ciśnienie 102,8 hPa - nie za bardzo wiem, co to oznacza, ale przyjmijmy, że jest odpowiedzialne za mój stan.
Próbując się przeciwstawić tej uwodzącej senności przygotowałam sobie pakiet zajęć na wieczór. Po pierwsze: produkcja dżemu truskawkowego (znalazłam na bazarze truskawki za 1 tl/kg). Po drugie: produkcja ogórków kwaszonych (podobno się udają; nawet w Turcji; znalazłam na bazarze koperek i ogórki za 1 tl/kg). Po trzecie: produkcja ciasta marchewkowego (z miąższu który pozostał po wyciśnięciu soku; na bazarze marchewki 1 tl/kg).
Wszystko to planuję zrobić dzisiaj - bo dzisiaj nie ma żadnego "mojego" serialu w TV. Już tłumaczę o co chodzi z serialami, i dlaczego zajmują cały wieczór. Pod ulubiony serial robimy rozkład zajęć i przygotowujemy menu...
Podaję przykład: w piątki nadawany jest jeden z dwóch moich ukochanych seriali: "Hanımın Çiftliği" (drugi to wtorkowy "Bu kalp seni unuttur mu?"). Reklamy trąbią, że zaczyna się o 20.15. Punktualnie o 20.15 siadamy przed telewizorem - ale o tej godzinie pokazywane są skróty poprzedniego odcinka! Skróty trwają prawie godzinę, przerywane dwoma blokami reklamowymi (każdy ok. 5 minut). Kiedy zacznie się już właściwy odcinek, znów pojawiają się reklamy. I znów, i znów. Trwają niekiedy tak długo, że zapominamy w jakim momencie akcji przerwano nam oglądanie. Najciekawsze w tym wszystkim są końcówki: scena pełna napięcia, właśnie dowiadujemy się czegoś kluczowego dla całej intrygi, zbliżenie na twarze bohaterów oddychających ciężko - reklamy. Po 10 minutach reklam i zapowiedzi programów wracamy do serialu - a tam nadal twarze bohaterów oddychających ciężko... po kilkusekundowym ujęciu KOŃCZY SIĘ ODCINEK.
I tak oto nie wiadomo jak i kiedy mamy już godzinę 23.00!
Jak widać życie w zimowej Alanyi wcale nie należy do łatwych. Bez specjalnej przesady trzeba powiedzieć, że to ciągła walka o przetrwanie. Walka tocząca się w brutalnym świecie, gdzie wszystko trwa dziesięć razy wolniej niż zwykle, herbatę robi się pół godziny, nie ma chleba razowego i wiejskiego serka grani. I nigdy nie wiadomo, kiedy będzie ciepła woda w kranie.
Ale wróćmy już do tematu głównego notki, którym była senna autorka bloga.
Senna, pragnąca się obudzić autorka bloga uprzejmie informuje, że to, co dzieje się ostatnio w tureckiej polityce, oznacza historyczne zmiany. Być może niektórym śledzącym polskie media rzuciły się w oczy informacje o zarzutach postawionych przez turecki sąd całej grupie generałów. Mieli oni jakoby przygotować misterny plan mający na celu (po raz kolejny w czasach republiki) doprowadzić do puczu i przejąć władzę z rąk rządzącej partii AKP. Być może też interesujący się Turcją znają hasło Ergenekon - które po pierwsze nawiązuje do mitu tłumaczącego pochodzenie Turków, po drugie oznacza tajną organizację wojskową, która już od dawna knuje plany najpierw kompletnego zdestabilizowania Turcji (współpraca z mediami - sianie paniki przed terroryzmem, morderstwa znanych osób, plan wysadzenia meczetu itp.), a potem przejęcia władzy.
Armia, która stoi "na straży świeckości Turcji" od czasów Ataturka boi się osłabienia swoich wpływów przez obecnie rządzącą partię, którą nazywa się "islamistyczną". Według mnie jednak to nie jest taki islam, którego trzeba się bać (czy zresztą w ogóle jest sens bać się islamu?) - jak dotąd to, co robią, w większości mi się podoba. Zresztą, nie będę tu się więcej rozpisywać na tematy polityczne - są to bowiem długie i złożone kwestie. Jak widzę po komentarzach bliższych i dalszych znajomych, dla kogoś kto przebywa w Europie wszystko wydaje się zupełnie inne. Partia islamistów równa się terrorystom, a armia to wybawiciel kraju od panowania "chustek". Co więcej armia równa się demokracji (tutaj autorka bloga spada ze śmiechu z kanapy). Na szczęście, albo niestety - nie wszystko jest takie proste. I nawet samym Turkom ciężko dociec, kto ma rację.
Wiadomo jedno - po raz pierwszy okazało się, że armii nie można ufać bezgranicznie. I to niesłychanie mnie cieszy :)
Pośród kompletnej posuchy można jednak przeczytać w polskiej prasie artykuły, które rzetelnie obrazują sprawę i są dalekie od stereotypu. Dlatego zainteresowanym polecam te dwa:
Ogólnie o tureckiej polityce międzynarodowej
O Erkenekonie i skandalach z generałami
Warto przeczytać. A ja wracam do moich truskawek, ogórków i marchewki, bo nieco się ożywiłam. Obiecuję, że do następnej notki obudzę się już kompletnie.
ps. Ah, zapomniałabym. Ostatni news - Tarkan zażywał kokainę! Właśnie go aresztowano! Zostańcie z nami!
Prawdopodobnie to wina pogody. Najłatwiej zrzucić na pogodę. Aktualnie panuje takie "czasem słońce, czasem deszcz" w wersji alanijskiej, więc to wysoce prawdopodobne. Barometr na balkonie wskazuje ciśnienie 102,8 hPa - nie za bardzo wiem, co to oznacza, ale przyjmijmy, że jest odpowiedzialne za mój stan.
Próbując się przeciwstawić tej uwodzącej senności przygotowałam sobie pakiet zajęć na wieczór. Po pierwsze: produkcja dżemu truskawkowego (znalazłam na bazarze truskawki za 1 tl/kg). Po drugie: produkcja ogórków kwaszonych (podobno się udają; nawet w Turcji; znalazłam na bazarze koperek i ogórki za 1 tl/kg). Po trzecie: produkcja ciasta marchewkowego (z miąższu który pozostał po wyciśnięciu soku; na bazarze marchewki 1 tl/kg).
Wszystko to planuję zrobić dzisiaj - bo dzisiaj nie ma żadnego "mojego" serialu w TV. Już tłumaczę o co chodzi z serialami, i dlaczego zajmują cały wieczór. Pod ulubiony serial robimy rozkład zajęć i przygotowujemy menu...
Podaję przykład: w piątki nadawany jest jeden z dwóch moich ukochanych seriali: "Hanımın Çiftliği" (drugi to wtorkowy "Bu kalp seni unuttur mu?"). Reklamy trąbią, że zaczyna się o 20.15. Punktualnie o 20.15 siadamy przed telewizorem - ale o tej godzinie pokazywane są skróty poprzedniego odcinka! Skróty trwają prawie godzinę, przerywane dwoma blokami reklamowymi (każdy ok. 5 minut). Kiedy zacznie się już właściwy odcinek, znów pojawiają się reklamy. I znów, i znów. Trwają niekiedy tak długo, że zapominamy w jakim momencie akcji przerwano nam oglądanie. Najciekawsze w tym wszystkim są końcówki: scena pełna napięcia, właśnie dowiadujemy się czegoś kluczowego dla całej intrygi, zbliżenie na twarze bohaterów oddychających ciężko - reklamy. Po 10 minutach reklam i zapowiedzi programów wracamy do serialu - a tam nadal twarze bohaterów oddychających ciężko... po kilkusekundowym ujęciu KOŃCZY SIĘ ODCINEK.
I tak oto nie wiadomo jak i kiedy mamy już godzinę 23.00!
Jak widać życie w zimowej Alanyi wcale nie należy do łatwych. Bez specjalnej przesady trzeba powiedzieć, że to ciągła walka o przetrwanie. Walka tocząca się w brutalnym świecie, gdzie wszystko trwa dziesięć razy wolniej niż zwykle, herbatę robi się pół godziny, nie ma chleba razowego i wiejskiego serka grani. I nigdy nie wiadomo, kiedy będzie ciepła woda w kranie.
Ale wróćmy już do tematu głównego notki, którym była senna autorka bloga.
Senna, pragnąca się obudzić autorka bloga uprzejmie informuje, że to, co dzieje się ostatnio w tureckiej polityce, oznacza historyczne zmiany. Być może niektórym śledzącym polskie media rzuciły się w oczy informacje o zarzutach postawionych przez turecki sąd całej grupie generałów. Mieli oni jakoby przygotować misterny plan mający na celu (po raz kolejny w czasach republiki) doprowadzić do puczu i przejąć władzę z rąk rządzącej partii AKP. Być może też interesujący się Turcją znają hasło Ergenekon - które po pierwsze nawiązuje do mitu tłumaczącego pochodzenie Turków, po drugie oznacza tajną organizację wojskową, która już od dawna knuje plany najpierw kompletnego zdestabilizowania Turcji (współpraca z mediami - sianie paniki przed terroryzmem, morderstwa znanych osób, plan wysadzenia meczetu itp.), a potem przejęcia władzy.
Armia, która stoi "na straży świeckości Turcji" od czasów Ataturka boi się osłabienia swoich wpływów przez obecnie rządzącą partię, którą nazywa się "islamistyczną". Według mnie jednak to nie jest taki islam, którego trzeba się bać (czy zresztą w ogóle jest sens bać się islamu?) - jak dotąd to, co robią, w większości mi się podoba. Zresztą, nie będę tu się więcej rozpisywać na tematy polityczne - są to bowiem długie i złożone kwestie. Jak widzę po komentarzach bliższych i dalszych znajomych, dla kogoś kto przebywa w Europie wszystko wydaje się zupełnie inne. Partia islamistów równa się terrorystom, a armia to wybawiciel kraju od panowania "chustek". Co więcej armia równa się demokracji (tutaj autorka bloga spada ze śmiechu z kanapy). Na szczęście, albo niestety - nie wszystko jest takie proste. I nawet samym Turkom ciężko dociec, kto ma rację.
Wiadomo jedno - po raz pierwszy okazało się, że armii nie można ufać bezgranicznie. I to niesłychanie mnie cieszy :)
Pośród kompletnej posuchy można jednak przeczytać w polskiej prasie artykuły, które rzetelnie obrazują sprawę i są dalekie od stereotypu. Dlatego zainteresowanym polecam te dwa:
Ogólnie o tureckiej polityce międzynarodowej
O Erkenekonie i skandalach z generałami
Warto przeczytać. A ja wracam do moich truskawek, ogórków i marchewki, bo nieco się ożywiłam. Obiecuję, że do następnej notki obudzę się już kompletnie.
ps. Ah, zapomniałabym. Ostatni news - Tarkan zażywał kokainę! Właśnie go aresztowano! Zostańcie z nami!
czwartek, 4 lutego 2010
UMAWIANIE NA SPOTKANIE vs. ludzie niezwykle zajęci
A propos poprzedniej notki.
Siedzi sobie na kolacji i herbatce w naszym luksusowym apartamencie trzech mężczyzn, koleżanka i ja. Mężczyźni to znany na blogu Król Pomarańczy i dwóch moich kolegów z pracy, którzy po paru wyjściach na imprezy podczas sezonu letniego, jakoś przypadli do gustu Królowi - z wzajemnością.
Siedzimy więc w domu podczas chłodnej alanijskiej zimowej pogody, pijemy herbatę przygotowaną przez panią domu (czyli mnie; co jak co, ale turecka herbata mi znakomicie wychodzi), i uprawiamy tzw. muhabbet tudzież sohbet - czyli rozmawiamy, żartujemy i cieszymy się życiem.
Ja i koleżanka (produkcji polskiej) przysłuchujemy się męskim pogaduszkom.
Panowie stwierdzają bowiem, że tak się świetnie gada, że musimy to powtarzać regularnie. Z typowym dla Turków entuzjazmem zaczynają ustalać:
- Musimy się spotykać częściej.
- Tak, tak! Na przykład dwa razy w tygodniu.
- Co tydzień będziemy coś robić!
- W piątek?
- Nie (mówi jeden), w piątek jest mój serial.
- O ranyyy (naśmiewają się pozostali) - oglądasz to? No dobrze, to w sobotę.
- W sobotę (odzywa się drugi) - jest mój serial.
- O nieeee (śmieje się reszta). No to... czekajcie... w poniedziałek?
- W poniedziałek jest ten świetny serial! (wołają chórem dwaj z nich)
- No dobrze - ustalają w końcu - wybierzmy chociaż jeden dzień, kiedy nie ma wieczorem żadnego oglądanego przez któregoś z nas serialu.
Przypominam, rozmawiają panowie.
Na ich wytłumaczenie mam jedynie to, że jest zima.
Poza pracą, siedzeniem na Facebooku i oglądaniem telewizji nie ma więcej do roboty. Szczególnie w Alanyi.
Kiedy 3 dni w tygodniu zajmują seriale, czwarty i piąty spotkania ze znajomymi, człowiek nagle zaczyna się robić niezwykle zajęty. Cecha ceniona w zimie...
Dzień "bez serialu" ustalono na czwartek.
Przyszli więc dzisiaj. Zrobiliśmy kuru fasulye, czyli fasolkę bretońską po turecku (niewiele się różni), a tu... mecz.
I to Fenerbahce!
Jesteśmy więc ludźmi niezwykle zajętymi wieczorami.
W samym środku zimy!
Siedzi sobie na kolacji i herbatce w naszym luksusowym apartamencie trzech mężczyzn, koleżanka i ja. Mężczyźni to znany na blogu Król Pomarańczy i dwóch moich kolegów z pracy, którzy po paru wyjściach na imprezy podczas sezonu letniego, jakoś przypadli do gustu Królowi - z wzajemnością.
Siedzimy więc w domu podczas chłodnej alanijskiej zimowej pogody, pijemy herbatę przygotowaną przez panią domu (czyli mnie; co jak co, ale turecka herbata mi znakomicie wychodzi), i uprawiamy tzw. muhabbet tudzież sohbet - czyli rozmawiamy, żartujemy i cieszymy się życiem.
Ja i koleżanka (produkcji polskiej) przysłuchujemy się męskim pogaduszkom.
Panowie stwierdzają bowiem, że tak się świetnie gada, że musimy to powtarzać regularnie. Z typowym dla Turków entuzjazmem zaczynają ustalać:
- Musimy się spotykać częściej.
- Tak, tak! Na przykład dwa razy w tygodniu.
- Co tydzień będziemy coś robić!
- W piątek?
- Nie (mówi jeden), w piątek jest mój serial.
- O ranyyy (naśmiewają się pozostali) - oglądasz to? No dobrze, to w sobotę.
- W sobotę (odzywa się drugi) - jest mój serial.
- O nieeee (śmieje się reszta). No to... czekajcie... w poniedziałek?
- W poniedziałek jest ten świetny serial! (wołają chórem dwaj z nich)
- No dobrze - ustalają w końcu - wybierzmy chociaż jeden dzień, kiedy nie ma wieczorem żadnego oglądanego przez któregoś z nas serialu.
Przypominam, rozmawiają panowie.
Na ich wytłumaczenie mam jedynie to, że jest zima.
Poza pracą, siedzeniem na Facebooku i oglądaniem telewizji nie ma więcej do roboty. Szczególnie w Alanyi.
Kiedy 3 dni w tygodniu zajmują seriale, czwarty i piąty spotkania ze znajomymi, człowiek nagle zaczyna się robić niezwykle zajęty. Cecha ceniona w zimie...
Dzień "bez serialu" ustalono na czwartek.
Przyszli więc dzisiaj. Zrobiliśmy kuru fasulye, czyli fasolkę bretońską po turecku (niewiele się różni), a tu... mecz.
I to Fenerbahce!
Jesteśmy więc ludźmi niezwykle zajętymi wieczorami.
W samym środku zimy!
poniedziałek, 1 lutego 2010
CICIŞLER i inne, czyli TURECKA TELEWIZJA
Czara się przelała. Po sobotnim nocnym programie Okana Bayülgena, którego gośćmi były m.in. siostry Ersoy, stwierdziłam że to jest właśnie to, co chciałam zobaczyć. Lista moich ulubionych bohaterów telewizji tureckiej zamknęła się w piękny cykl. Więcej już po prostu nie potrzebuje - nie mam siły zresztą ;)
Telewizja turecka jest niesamowitym, bogatym tworem. Jedynymi normalnymi kanałami do oglądania i czerpania wiedzy o Turcji i świecie są państwowe kanały TRT. Cała reszta, czyli niezliczona ilość kanałów prywatnych, to po pierwsze pogoń za sensacją (pod wszelkimi postaciami), a po drugie seriale. Aby to wyjaśnić trzeba oczywiście pamiętać o tym, że gros odbiorców telewizji tureckiej to kobiety zwane ev hanım, czyli swojskie panie domu. Procentowo jest ich na pewno dużo więcej niż w Polsce (nie wiem ile, ale jest to spora różnica). Całe dnie spędzając w domu, mają za towarzystwo przede wszystkim telewizję. I kuriozalne programy.
Oczywiście panowie też śledzą rozmaite seriale. Ale... podział władzy wygląda inaczej niż w Polsce (odwołuję się do tych pięknych czasów, kiedy miało się tylko jeden telewizor w domu). Powiedzenie: "kto ma pilota, ten ma władzę", podobno w Turcji nie ma zastosowania. Tutaj królową domu jest kobieta, i to ona decyduje co będziemy oglądać. Z czasem powoduje to, że panowie stają się fanami kobiecych programów czy seriali, a nawet w nich występują ;)
Pogoń za sensacją czyli şok! şok! şok!
Występuje nie tylko w programach plotkarskich, ale, co najbardziej mnie szokuje, wiadomościach. I to tak, wydawałoby się, poważnie wyglądających jak np. HaberTurk. Przy każdym filmie towarzyszącym jakiemuś newsowi puszcza się dramatyczną muzykę chóralną, brzmiącą jak kopia Rubika. Sekwencje zdjęć czy materiałów filmowych są wielokrotnie powtarzane. Sprawia to, że informacja o tym, że zaginęło dziecko, zamienia się w mrożący krew w żyłach odcinek dramatu. Do tego pojawiające się na ekranie pytania: "Co teraz będzie?", "Jak dalej żyć?"...
Zresztą sami prowadzący i ich komentarze wraz z obfitą gestykulacją i ruchami za biurkiem - no nie, tego się po prostu nie da oglądać. Oczywiście jest w tym pewnie dużo mojego skrajnego podejścia (w Polsce nie oglądam telewizji praktycznie wcale; może to po prostu taki ogólnoświatowy trend, za którym nie nadążam).
Sensacja występuje także w programach typu "Szukam żony", czyli rozmaitych wersjach naszej "Randki w ciemno". Wyciąga się tam rozmaite prywatne "brudy", przy okazji swatania danych osób. Co ciekawe, w takich programach często biorą udział konserwatywne Turczynki w chustach, a przekrój wiekowy jest imponujący, często widać nawet "bardzo starsze" panie i panów, którzy, doświadczeni rozwodami szukają ponownie towarzysza życia. Co oznacza od razu ślub. Dlatego też, przedstawiając uczestnika programu randkowego, od razu pokazuje się na ekranie życiowy dorobek (typu: Ayşe, 43 lata, rozwiedziona, ma 15-letniego syna i dom oraz samochód).
A propos oczekiwań, mój guru tureckiej tv, wspomniany już Okan (o nim później), pokazał i wyśmiał kiedyś wycinek programu randkowego, gdzie pewna pani dość dokładnie sprecyzowała swoje wymagania:
- 37-45 lat (ponad 45-letni nie mają już "dynamizmu")
- ma mieć dom i samochód
- bez pracy nie ma co przychodzić
- nie ma być bardzo ciemny, ani jasny, najlepiej odcień skóry czekoladowy
- oczywiście przystojny
- przyzwoicie owłosiony, z wyrazistymi brwiami i owłosioną klatką piersiową
- z charyzmą (czyli 99% tureckich facetów - w ich mniemaniu).
To tyle jeśli chodzi o pragmatyzm Turczynek. Trudno się dziwić, że Turcy uciekają w ramiona cudzoziemek, które nie dość, że nie mają tak zawyżonych wymagań (ważne, żeby kochał!), to jeszcze wspomagają faceta finansowo...
Formą gonienia za sensacją są też oczywiście programy typu nasza Ewa Drzyzga. O tym, że 15-letnia dziewczynka urodziła dziecko, albo że mężczyzna bije żonę. Tematów obyczajowych jest cała masa, wybaczcie, ale nie oglądałam za dużo - po prostu nie jestem w stanie usiedzieć spokojnie (wszyscy się tam kłócą, krzyczą na siebie, a ostatnio, jak widziałam, nawet rzucają butami).
No i ostatnia odmiana: programy plotkarskie. Paparazzi goniący za gwiazdkami i gwiazdami, dorabiający teorię do niczego, ale kuszący nas odpowiednio spreparowanym materiałem. Kiedyś nawet sama dałam się wciągnąć. Od początku programu pokazywano zdjęcie popularnego aktora leżącego pod ławką, w wygniecionym ubraniu, brudnego. I wielki napis: Jak to się mogło stać? Co tam robił? JUŻ ZA CHWILĘ. - chwila ta trwała wieczność (najpierw 10 minut reklam, potem jeszcze inne ploteczki, a potem znów reklamy). Kiedy się wreszcie (ja i wszystkie inne ev hanımları) doczekałyśmy, okazało się, że to fragment nowego serialu (co było do przewidzenia).
Oj, naiwne my... ;)
Seriale, czyli yerli diziler
Każdy szanujący się program tv ma co najmniej kilka różnych seriali. Jeden sensacyjny, jeden w stylu opery mydlanej, jeden dla nastolatków, jeden dla emerytów, i tak dalej. Większość, nawet te komediowe, nie nadaje się do oglądania.
Ja sama zupełnie przypadkiem zaczęłam oglądać dwa. Ba, ponieważ nadawane są raz w tygodniu, mój i Króla Pomarańczy zimowy cykl życiowy zaczął się kręcić wokół nich (i Okana)! Tłumaczę się tym, że obydwa pokazują Turcję z przeszłości (jeden z lat 80., drugi 50.), i że pomagają mi w nauce tureckiego. Poza tym są świetnie zagrane i zrealizowane.
Tureccy mężczyźni oglądają też mieszankę akcji i komedii, czyli słynne "Kurt Vadisi" (Dolina Wilków), który doczekał się wręcz wersji kinowych. Innym popularnym serialem jest "Ezel". Z komedii święciła triumfy zawsze "Avrupa Yakası", albo obecnie "Geniş Aile".
Głupstwa i formaty
Oczywiście poza serialami, wiadomościami, plotkami i randkami w telewizji tureckiej, jak i w Polskiej, pełno jest formatów. Mówiąc krótko: wielcy bracia, programy sprawnościowe (typu: wygraj milion dolarów za to, że przejdziesz przez tor przeszkód), idole, tańce na lodzie, dzieci śpiewające piosenki, osoby z talentem i bez talentu, reality-show o gotowaniu i tak dalej. Formaty niby takie same, ale w porównaniu do polskich nieprawdopodobnie 'przegadane'. Trwają przez to o wiele dłużej, niż przyzwoitość by zalecała.
Fajna jest też turecka telewizja śniadaniowa, z gwiazdami typu Seda Sayan, wystrojonymi jak na oskarową galę, z sylwestrowymi makijażami. Wystrojone gwiazdy spotykają się z kobietami, które np. straciły dzieci - wygląda to co najmniej niedorzecznie, no ale... oglądamy.
A propos telewizji śniadaniowej, wspomniane już w tytule "Cicişler" (dosłownie: Dzieciaczki), czyli bogate, rozpuszczone i puściutkie siostrzyszki Esra i Ceyda Ersoy, prowadzą również poranny program. Rozmawiają w nim o bzdurach, pławiąc się w pustych sloganach i wysyłanych do wiernych fanów pocałunkach, oraz, oczywiście tytułują wszystkich "Cicişler". Ciężko opisać, trzeba zobaczyć. Przy okazji wspomnę, że dziewczyny te reprezentują pewien bardzo popularny typ tureckiej damskiej osobowości: blondynki, odzianej w zwiewne kreacje ofiary mody, która mówi ze specyficznym akcentem przeciągając sylaby, na dodatek mówi nie do rzeczy (skupiając się na nic nie znaczacych przerywnikach typu: yanı, öyle, şöyle).
Inną postacią bardzo przeze mnie lubianą, bo nadaje smaczku programom, w których się pojawia, jest Bülent Ersoy. Istnienie jego/jej jako gwiazdy w Turcji to przykład złożoności tego kraju. Bülent (imię męskie) jest bowiem transseksualistą. Zaczynał karierę jako piosenkarz, aktor filmowy, a w latach 80. przeszedł operację płci - od tego czasu występuje jako kobieta pod tym samym imieniem i nazwiskiem... Był/a m.in. jurorem w programie typu Idol.
Na koniec (bo notka niespodziewanie wydłużyła się do rozmiarów dawno już nie spotykanych) o moim ulubionym programie. Wspominany już wyżej mój guru i ulubiona postać tureckich mediów: Okan Bayulgen (tadam). Od wielu lat prowadzi on niby-typowy format zaczerpnięty z amerykańskiej telewizji, czyli late night talk show na żywo z rozmaitymi goścmi, którym zadaje mniej lub bardziej trudne pytania. Zawsze towarzyszy programowi publiczność i dzwoniący widzowie. Bez wątpienia jest to najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy talk-show w Turcji.
Nie byłoby w samym programie nic nadzwyczajnego, gdyby nie parę drobiazgów. Po pierwsze: osobowość prowadzącego. Uwielbiam Okana. I wiem, że nie tylko ja. Jest on cenionym reżyserem, człowiekiem teatru, niesamowicie bystrym i inteligentnym (ukończył słynne Galatasaray Lisesi w Stambule, studiował we Francji), o piekelnym poczuciu humoru. Swoich gości przypiera do muru i bada ich poziom inteligencji (zamiast wypytywać o życie prywatne), a nierzadko ironizuje tak, że niemalże spadam z kanapy.
Po drugie: misja Okana. Z każdym programem dociera do mnie, że człowiek ten ma coś do przekazania "od siebie". Szczerze zazdroszczę Turcji takiego "animatora kultury", człowieka, który podpierając się swoim doświadczeniem w tej dziedzinie wyśmiewa pustotę mediów i namawia do kulturalnej aktywności. Przy czym robi to tak, że aż się faceta chce słuchać. Jestem niewątpliwie (jak widać) hayranem, czyli fanką Okana. Jeśli powie w programie, że jakiś film należy obejrzeć - ja na pewno postaram się to zrobić. Podobnie z muzyką (promuje dobrego rocka, i nie tylko).
Na koniec (pora zabrać się za pranie i sprzątanie, jak na prawdziwą ev hanım przystało) piosenka rozpoczynająca programy Okana. Występuje w klipie twórca programu (to ten fajny pan w kapeluszu), a śpiewa jeden z takich tureckich "niebanalnych" wykonawców. Nazywa się Hayko Cepkin i jest po prostu DZIWNY.
Miłego dnia i tygodnia życzę, i obiecuję, że następna notka będzie dużo krótsza (dla odpoczynku) ;)
ps. Tych, którym nie wyświetla się lewy pasek bloga (wyświetla, ale nie po lewej stronie, tylko na samym dole, pod postami), informuję, że dogłębnie zbadawszy temat, dostrzegłam że jest to wina przeglądarki Internet Explorer. We wszelkich innych przeglądarkach strona otwiera się po bożemu. Nie potrafię temu zaradzić, poza zaleceniem, aby używać innej niż IE przeglądarki ;)
Telewizja turecka jest niesamowitym, bogatym tworem. Jedynymi normalnymi kanałami do oglądania i czerpania wiedzy o Turcji i świecie są państwowe kanały TRT. Cała reszta, czyli niezliczona ilość kanałów prywatnych, to po pierwsze pogoń za sensacją (pod wszelkimi postaciami), a po drugie seriale. Aby to wyjaśnić trzeba oczywiście pamiętać o tym, że gros odbiorców telewizji tureckiej to kobiety zwane ev hanım, czyli swojskie panie domu. Procentowo jest ich na pewno dużo więcej niż w Polsce (nie wiem ile, ale jest to spora różnica). Całe dnie spędzając w domu, mają za towarzystwo przede wszystkim telewizję. I kuriozalne programy.
Oczywiście panowie też śledzą rozmaite seriale. Ale... podział władzy wygląda inaczej niż w Polsce (odwołuję się do tych pięknych czasów, kiedy miało się tylko jeden telewizor w domu). Powiedzenie: "kto ma pilota, ten ma władzę", podobno w Turcji nie ma zastosowania. Tutaj królową domu jest kobieta, i to ona decyduje co będziemy oglądać. Z czasem powoduje to, że panowie stają się fanami kobiecych programów czy seriali, a nawet w nich występują ;)
Pogoń za sensacją czyli şok! şok! şok!
Występuje nie tylko w programach plotkarskich, ale, co najbardziej mnie szokuje, wiadomościach. I to tak, wydawałoby się, poważnie wyglądających jak np. HaberTurk. Przy każdym filmie towarzyszącym jakiemuś newsowi puszcza się dramatyczną muzykę chóralną, brzmiącą jak kopia Rubika. Sekwencje zdjęć czy materiałów filmowych są wielokrotnie powtarzane. Sprawia to, że informacja o tym, że zaginęło dziecko, zamienia się w mrożący krew w żyłach odcinek dramatu. Do tego pojawiające się na ekranie pytania: "Co teraz będzie?", "Jak dalej żyć?"...
Zresztą sami prowadzący i ich komentarze wraz z obfitą gestykulacją i ruchami za biurkiem - no nie, tego się po prostu nie da oglądać. Oczywiście jest w tym pewnie dużo mojego skrajnego podejścia (w Polsce nie oglądam telewizji praktycznie wcale; może to po prostu taki ogólnoświatowy trend, za którym nie nadążam).
Sensacja występuje także w programach typu "Szukam żony", czyli rozmaitych wersjach naszej "Randki w ciemno". Wyciąga się tam rozmaite prywatne "brudy", przy okazji swatania danych osób. Co ciekawe, w takich programach często biorą udział konserwatywne Turczynki w chustach, a przekrój wiekowy jest imponujący, często widać nawet "bardzo starsze" panie i panów, którzy, doświadczeni rozwodami szukają ponownie towarzysza życia. Co oznacza od razu ślub. Dlatego też, przedstawiając uczestnika programu randkowego, od razu pokazuje się na ekranie życiowy dorobek (typu: Ayşe, 43 lata, rozwiedziona, ma 15-letniego syna i dom oraz samochód).
A propos oczekiwań, mój guru tureckiej tv, wspomniany już Okan (o nim później), pokazał i wyśmiał kiedyś wycinek programu randkowego, gdzie pewna pani dość dokładnie sprecyzowała swoje wymagania:
- 37-45 lat (ponad 45-letni nie mają już "dynamizmu")
- ma mieć dom i samochód
- bez pracy nie ma co przychodzić
- nie ma być bardzo ciemny, ani jasny, najlepiej odcień skóry czekoladowy
- oczywiście przystojny
- przyzwoicie owłosiony, z wyrazistymi brwiami i owłosioną klatką piersiową
- z charyzmą (czyli 99% tureckich facetów - w ich mniemaniu).
To tyle jeśli chodzi o pragmatyzm Turczynek. Trudno się dziwić, że Turcy uciekają w ramiona cudzoziemek, które nie dość, że nie mają tak zawyżonych wymagań (ważne, żeby kochał!), to jeszcze wspomagają faceta finansowo...
Formą gonienia za sensacją są też oczywiście programy typu nasza Ewa Drzyzga. O tym, że 15-letnia dziewczynka urodziła dziecko, albo że mężczyzna bije żonę. Tematów obyczajowych jest cała masa, wybaczcie, ale nie oglądałam za dużo - po prostu nie jestem w stanie usiedzieć spokojnie (wszyscy się tam kłócą, krzyczą na siebie, a ostatnio, jak widziałam, nawet rzucają butami).
No i ostatnia odmiana: programy plotkarskie. Paparazzi goniący za gwiazdkami i gwiazdami, dorabiający teorię do niczego, ale kuszący nas odpowiednio spreparowanym materiałem. Kiedyś nawet sama dałam się wciągnąć. Od początku programu pokazywano zdjęcie popularnego aktora leżącego pod ławką, w wygniecionym ubraniu, brudnego. I wielki napis: Jak to się mogło stać? Co tam robił? JUŻ ZA CHWILĘ. - chwila ta trwała wieczność (najpierw 10 minut reklam, potem jeszcze inne ploteczki, a potem znów reklamy). Kiedy się wreszcie (ja i wszystkie inne ev hanımları) doczekałyśmy, okazało się, że to fragment nowego serialu (co było do przewidzenia).
Oj, naiwne my... ;)
Seriale, czyli yerli diziler
Każdy szanujący się program tv ma co najmniej kilka różnych seriali. Jeden sensacyjny, jeden w stylu opery mydlanej, jeden dla nastolatków, jeden dla emerytów, i tak dalej. Większość, nawet te komediowe, nie nadaje się do oglądania.
Ja sama zupełnie przypadkiem zaczęłam oglądać dwa. Ba, ponieważ nadawane są raz w tygodniu, mój i Króla Pomarańczy zimowy cykl życiowy zaczął się kręcić wokół nich (i Okana)! Tłumaczę się tym, że obydwa pokazują Turcję z przeszłości (jeden z lat 80., drugi 50.), i że pomagają mi w nauce tureckiego. Poza tym są świetnie zagrane i zrealizowane.
Tureccy mężczyźni oglądają też mieszankę akcji i komedii, czyli słynne "Kurt Vadisi" (Dolina Wilków), który doczekał się wręcz wersji kinowych. Innym popularnym serialem jest "Ezel". Z komedii święciła triumfy zawsze "Avrupa Yakası", albo obecnie "Geniş Aile".
Głupstwa i formaty
Oczywiście poza serialami, wiadomościami, plotkami i randkami w telewizji tureckiej, jak i w Polskiej, pełno jest formatów. Mówiąc krótko: wielcy bracia, programy sprawnościowe (typu: wygraj milion dolarów za to, że przejdziesz przez tor przeszkód), idole, tańce na lodzie, dzieci śpiewające piosenki, osoby z talentem i bez talentu, reality-show o gotowaniu i tak dalej. Formaty niby takie same, ale w porównaniu do polskich nieprawdopodobnie 'przegadane'. Trwają przez to o wiele dłużej, niż przyzwoitość by zalecała.
Fajna jest też turecka telewizja śniadaniowa, z gwiazdami typu Seda Sayan, wystrojonymi jak na oskarową galę, z sylwestrowymi makijażami. Wystrojone gwiazdy spotykają się z kobietami, które np. straciły dzieci - wygląda to co najmniej niedorzecznie, no ale... oglądamy.
A propos telewizji śniadaniowej, wspomniane już w tytule "Cicişler" (dosłownie: Dzieciaczki), czyli bogate, rozpuszczone i puściutkie siostrzyszki Esra i Ceyda Ersoy, prowadzą również poranny program. Rozmawiają w nim o bzdurach, pławiąc się w pustych sloganach i wysyłanych do wiernych fanów pocałunkach, oraz, oczywiście tytułują wszystkich "Cicişler". Ciężko opisać, trzeba zobaczyć. Przy okazji wspomnę, że dziewczyny te reprezentują pewien bardzo popularny typ tureckiej damskiej osobowości: blondynki, odzianej w zwiewne kreacje ofiary mody, która mówi ze specyficznym akcentem przeciągając sylaby, na dodatek mówi nie do rzeczy (skupiając się na nic nie znaczacych przerywnikach typu: yanı, öyle, şöyle).
Inną postacią bardzo przeze mnie lubianą, bo nadaje smaczku programom, w których się pojawia, jest Bülent Ersoy. Istnienie jego/jej jako gwiazdy w Turcji to przykład złożoności tego kraju. Bülent (imię męskie) jest bowiem transseksualistą. Zaczynał karierę jako piosenkarz, aktor filmowy, a w latach 80. przeszedł operację płci - od tego czasu występuje jako kobieta pod tym samym imieniem i nazwiskiem... Był/a m.in. jurorem w programie typu Idol.
Na koniec (bo notka niespodziewanie wydłużyła się do rozmiarów dawno już nie spotykanych) o moim ulubionym programie. Wspominany już wyżej mój guru i ulubiona postać tureckich mediów: Okan Bayulgen (tadam). Od wielu lat prowadzi on niby-typowy format zaczerpnięty z amerykańskiej telewizji, czyli late night talk show na żywo z rozmaitymi goścmi, którym zadaje mniej lub bardziej trudne pytania. Zawsze towarzyszy programowi publiczność i dzwoniący widzowie. Bez wątpienia jest to najpopularniejszy i najbardziej opiniotwórczy talk-show w Turcji.
Nie byłoby w samym programie nic nadzwyczajnego, gdyby nie parę drobiazgów. Po pierwsze: osobowość prowadzącego. Uwielbiam Okana. I wiem, że nie tylko ja. Jest on cenionym reżyserem, człowiekiem teatru, niesamowicie bystrym i inteligentnym (ukończył słynne Galatasaray Lisesi w Stambule, studiował we Francji), o piekelnym poczuciu humoru. Swoich gości przypiera do muru i bada ich poziom inteligencji (zamiast wypytywać o życie prywatne), a nierzadko ironizuje tak, że niemalże spadam z kanapy.
Po drugie: misja Okana. Z każdym programem dociera do mnie, że człowiek ten ma coś do przekazania "od siebie". Szczerze zazdroszczę Turcji takiego "animatora kultury", człowieka, który podpierając się swoim doświadczeniem w tej dziedzinie wyśmiewa pustotę mediów i namawia do kulturalnej aktywności. Przy czym robi to tak, że aż się faceta chce słuchać. Jestem niewątpliwie (jak widać) hayranem, czyli fanką Okana. Jeśli powie w programie, że jakiś film należy obejrzeć - ja na pewno postaram się to zrobić. Podobnie z muzyką (promuje dobrego rocka, i nie tylko).
Na koniec (pora zabrać się za pranie i sprzątanie, jak na prawdziwą ev hanım przystało) piosenka rozpoczynająca programy Okana. Występuje w klipie twórca programu (to ten fajny pan w kapeluszu), a śpiewa jeden z takich tureckich "niebanalnych" wykonawców. Nazywa się Hayko Cepkin i jest po prostu DZIWNY.
Miłego dnia i tygodnia życzę, i obiecuję, że następna notka będzie dużo krótsza (dla odpoczynku) ;)
İzleyin: Hayko Cepkin - Makinada
ps. Tych, którym nie wyświetla się lewy pasek bloga (wyświetla, ale nie po lewej stronie, tylko na samym dole, pod postami), informuję, że dogłębnie zbadawszy temat, dostrzegłam że jest to wina przeglądarki Internet Explorer. We wszelkich innych przeglądarkach strona otwiera się po bożemu. Nie potrafię temu zaradzić, poza zaleceniem, aby używać innej niż IE przeglądarki ;)
niedziela, 11 maja 2008
ALANYA NEWS II
Alanya news, więc będzie krótko i do rzeczy.
1. Wczoraj Galatasaray zostało mistrzem Turcji, więc do późnej nocy (naprawdę późnej) po ulicach trąbiły samochody, rozbrzmiewały okrzyki, stukotały sztuczne ognie. Turcy mają taki zwyczaj, że wyrażają emocje zbiorowe poprzez hałas bez żadnego umiaru. Czy to poważne sprawy polityczne, czy zwyciestwo drużyny piłkarskiej, czy ślub, czy obrzezanie - od razu wiadomo, bo przez miasto ciągnie kawalkada samochodów przyozdobionych wstążkami, flagami, trąbiących bez przerwy. Ah, zapomniałabym dodać - z radiami włączonymi na cały regulator. Nie ma co - oni umieją się bawić, tylko szkoda że ja nie mogę spać :)
2. W związku z powyższym, naczelnym pytaniem dzisiaj było "Galatasaraylimisin?" czyli "Czy jesteś z Galatasaray". Ludzie w Turcji dzielą się na fanów G.S., na fanów Fenerbahce, i na fanów innych klubów, z których 90% ma nazwę złożoną z miasta i końcówki -spor. Zwykle, żeby zamknąć ludziom usta, mawiałam że jestem za "Alanyaspor", ale dziś to nie wystarczyło, dziś wszyscy są Galatasarayli.
3. Youtube.com nadal zablokowany za "obrazę tureckości", czyli za łamanie prawa tureckiego. Kiedy przyjechałam, na stronie widniał zapis z dnia 30 kwietnia, od piątku wisi pod nim kolejny : od 9 maja. Dotyczy to tych, łączących się z internetem przez największego operatora Turk Telekom, małe firmy podobno dostęp mają. Tak czy siak, dziwnie się czuję mając świadomość, że w pewien sposób jestem ograniczana, mimo że w Turcji jestem tylko tymczasowo.
4. Ponieważ nic nie robię (tak - naprawdę nie robię nic), oglądam dużo telewizji. Na pewno za jakiś czas pojawią się tu jakieś refleksje. Tak tylko wspomnę, że najbardziej intryguje mnie niezmiennie telewizja muzyczna KRAL, z piosenką "Condom" (tak, o kondomach), sponsorowaną przez odpowiednią firmę. A jednocześnie paradoksalnie telewizja TNT, która nadaje film "Oczy szeroko zamknięte" w piątek o godzinie 20.00 z elegancko rozmazanymi nagościami lub z wyciętymi scenami łóżkowymi. Turcja - kraj kontrastów.
1. Wczoraj Galatasaray zostało mistrzem Turcji, więc do późnej nocy (naprawdę późnej) po ulicach trąbiły samochody, rozbrzmiewały okrzyki, stukotały sztuczne ognie. Turcy mają taki zwyczaj, że wyrażają emocje zbiorowe poprzez hałas bez żadnego umiaru. Czy to poważne sprawy polityczne, czy zwyciestwo drużyny piłkarskiej, czy ślub, czy obrzezanie - od razu wiadomo, bo przez miasto ciągnie kawalkada samochodów przyozdobionych wstążkami, flagami, trąbiących bez przerwy. Ah, zapomniałabym dodać - z radiami włączonymi na cały regulator. Nie ma co - oni umieją się bawić, tylko szkoda że ja nie mogę spać :)
2. W związku z powyższym, naczelnym pytaniem dzisiaj było "Galatasaraylimisin?" czyli "Czy jesteś z Galatasaray". Ludzie w Turcji dzielą się na fanów G.S., na fanów Fenerbahce, i na fanów innych klubów, z których 90% ma nazwę złożoną z miasta i końcówki -spor. Zwykle, żeby zamknąć ludziom usta, mawiałam że jestem za "Alanyaspor", ale dziś to nie wystarczyło, dziś wszyscy są Galatasarayli.
3. Youtube.com nadal zablokowany za "obrazę tureckości", czyli za łamanie prawa tureckiego. Kiedy przyjechałam, na stronie widniał zapis z dnia 30 kwietnia, od piątku wisi pod nim kolejny : od 9 maja. Dotyczy to tych, łączących się z internetem przez największego operatora Turk Telekom, małe firmy podobno dostęp mają. Tak czy siak, dziwnie się czuję mając świadomość, że w pewien sposób jestem ograniczana, mimo że w Turcji jestem tylko tymczasowo.
4. Ponieważ nic nie robię (tak - naprawdę nie robię nic), oglądam dużo telewizji. Na pewno za jakiś czas pojawią się tu jakieś refleksje. Tak tylko wspomnę, że najbardziej intryguje mnie niezmiennie telewizja muzyczna KRAL, z piosenką "Condom" (tak, o kondomach), sponsorowaną przez odpowiednią firmę. A jednocześnie paradoksalnie telewizja TNT, która nadaje film "Oczy szeroko zamknięte" w piątek o godzinie 20.00 z elegancko rozmazanymi nagościami lub z wyciętymi scenami łóżkowymi. Turcja - kraj kontrastów.
niedziela, 15 lipca 2007
KICZ, BŁYSK I WIELKA MIŁOŚĆ
Jest taki kanał telewizyjny, nazywa się KRAL (po turecku: król), prawdziwy fenomen. Dzięki Kralowi zaczęłam pasjonować się współczesną kulturą popularną Turcji, i teraz już żaden inny kanał tv nie ma u mnie wzięcia.
Co grają w Kralu? Przede wszystkim to telewizja muzyczna. Teledyski tureckie, tureckie, i jeszcze raz tureckie. A że tutejsi wykonawcy popularni wykonują głównie piosenki w języku tureckim (nie dając się przekabacić na beznadziejną modę śpiewania w języku angielskim, który z każdej piosenki potrafi uczynić nieoryginalną chałę), to jest to telewizja 100% tutejsza.
W ciągu dnia teledyski, listy przebojów, na które głosuje się wysyłając smsy (mamy więc przegląd gustów muzycznych Turków). Wieczorami programy: muzyczne (koncerty muzyki tradycyjnej, koncerty muzyki pop, wywiady, krótkie magazyny plotkarskie), ale i wiadomości i programy (!) polityczne. Weekendy teraz w sezonie obfitują w programy rozrywkowe typu: "Z kamerą po Turcji", czyli przejaskrawione, hałaśliwe i nie mające pokrycia w rzeczywistości obrazy kurortów turystycznych (Alanya, Marmaris) jako centrów dyskotekowych, do których ściągają słowiańskie piękności w bikini, bujające biodrami przed prowadzącym program.
Wieczorami są też programy specjalistyczne: na przykład rockowy (prowadzony przez uroczego przystojniaka w długich włosach, wczorajszy program był poświęcony ulubieńcowi rock-fanów, Barışowi, ktory zginal niedawno w wypadku samochodowym, o rocku tureckim opowiem innym razem). Jest też program z bardzo ciekawym prowadzącym, Bülentem, który jest klasycznym przykładem stereotypowego geja (w marynarskiej czapeczce, z przymilnym głosikiem, słodko uśmiechnięty, puszczający romantyczne ballady http://kraltv.com.tr/download/vj/bulentb.jpg).
No i wspomniane koncerty - po prostu niesamowite. Często - taki styl - przeplatane wypowiedziami artystów nagranymi osobno. Przede wszystkim muzyka tradycyjna, ale rozumiana bardzo różnie, dlatego zdarzają się i takie kurioza jak przeróbki Stinga na tradycyjnej gitarze - sazie, tuż obok romantycznych zaspiewów i klaskania rękami, po wysoki poziom tureckiego jazzu z elementami tradycyjnymi (mi osobiście najbardziej się podobał).
Osobno muszę, po prostu muszę coś napisać o teledyskach, choć między Allahem a prawdą, nadają się na osobne opracowanie, coś w stylu pracy magisterskiej, bo jest to temat - rzeka. Nieprawdopodobna jest ilość teledysków i wykonawców, a przecież każdy z nich wydaje płytę - rynek musi być ogromny choć liczb nie znam. A to tylko muzyka popularna (pomijam tą mniej komercyjną).
Wielu artystów jest znanych tylko z jednej piosenki, co przy zamiłowaniu Turków do delektowania się hitami sprzed 3-4 a nawet 10 lat (jakoś im się nie nudzą), gwarantuje większą sławę i pieniądze niż mają nasi, podobni grajkowie.
W ogóle tutaj istnieje szaleńcze uwielbienie dla gwiazd i gwiazdeczek. Cały ten blichtr i błysk pokazywany w Kralu, wdzięczące się do kamer piosenkareczki, opowiadające o swoim życiu, bez przerwy pozdrawiające fanów, bo to przecież oni wynoszą je pod niebiosa głosując na teledyski itp.
Turecki pop jest bardzo, bardzo, bardzo, bardzo zróżnicowany. I to widać w teledyskach. Co prawda dla niewprawnego ucha to wszystko jak jedna piosenka ;) ale wynika to ze specyficznego, innego niż u nas podziału rytmicznego, który dla Europejczyka brzmi po prostu obco.
Mamy więc w tureckim popie czysty pop, czyli cukierkowy, nasączony kolorami, kiczowaty, wdzięczące się wokalistki w skąpych bikini, z określonym arsenałem ruchów, z puszczaniem oczek i umalowanymi na czerwono ustami. Turcy w ogóle kochają kicz ale tak gorąco, całym sercem (u nas do miłości do kiczu przyznają się tylko wysokie partie wykształciuchów) - i to widać w muzyce i teledyskach i sympatii dla rozmaitych dziwaków i transwestytów.
(Co czyni ten kraj tzn. duże miasta przyjaznym dla osób wyglądających, ubierających się, zachowujących inaczej - kompletnie bez porównania z Polską w której np. wszyscy w zimie noszą ciemne kurteczki). Taki prawdziwy turecki pop kobiecy jest też bardzo seksualny, wyzwolony, co być może zaskoczy osoby, które wyobrażają sobie Turcję jako kraj zniewolonych kobiet w chustach.
Tyle popu typowego. Jest też pop tradycyjny. Romantyczne zaśpiewy ale z popowym podkładem. Turkom udaje się to jakoś połączyć, bo przecież tutaj ta nowoczesność z tradycją w wielu miejscach współistnieje, więc i w muzyce to wyłazi. Na przykład nowy kawałek Mustafy Sandala, na którym tańczy dziewczyna - tańczy nowocześnie, ale ubrana w tureckie orientalne spodnie (to te szarawary z krokiem w kostkach). Albo teledysk który ma miejsce w hamamie, łaźni tureckiej, albo inny, dziejący się w czasach imperium Otomańskiego. A orientalnego, tradycyjnego tańca w ogóle jest bardzo dużo.
Jest też świetna piosenka ewidentnie popowa, w której turecki pan z wąsem poważnym głosem śpiewa jakiś komiczny tekst a i sam teledysk pełen jest panów z przyklejonymi sumiastymi wąsami.
No ale to specyficzne przypadki autoironii, a tak poza tym: miłość, zdrada, cierpienie, samotność i żal. Ale przede wszystkim miłość. To słowo: 'aşk' pojawia się niemal w każdej piosence. Zaraz na drugim miejscu plasuje się 'göz yaşları' czyli łzy.
Romantyczni kochankowie drą szaty (o ile pop nowoczesny reprezentują kobiety, o tyle pop tradycyjny należy do panów), niemal płaczą. Przeżywają. Kochają, kochają, i kochają. Polecam osobom, które chcą się nauczyć tureckiego ze względów osobistych przerobienie kilku-kilkunastu piosenek romantycznego popu. Murowana znajomość niemal wszystkich niezbędnych słówek i zwrotów na początkowym etapie znajomości ;)
Kral ma nie tylko telewizję - to cały kombinat. Jest radio z takim samym rodzajem muzyki, jest gazetka (w typie naszego "Bravo"), jest bogata strona internetowa (http://kraltv.com.tr/ - komu jeszcze się ten wykład nie znudził niech sobie zajrzy i poogląda fragmenty przebojów).
Oglądanie popularnej telewizji, słuchanie piosenek pomaga poznać kraj - a tym bardziej tak rozśpiewany i roztańczony jak Turcja. Można też spróbować zrozumieć chociaż troszkę charakter narodowy Turków - ich przywiązywanie do własnej, bogatej tradycji, ich niechęć do oglądania się na zachodnie style grania i śpiewania (bo jeśli chodzi o jakość wykonania i realizowania muzyki to na pewno są na światowym poziomie). Ta wierność językowi tureckiemu i przywiązanie do takich akcesoriów jak saz, piszczałka, facet z wąsem, haremowa zasłonka na twarz, skłaniają jednak do refleksji, jak zakończę tę przydługą, acz zapewne dla niektórych interesującą wypowiedź typowym dla mnie zwrotem. ;)
Co grają w Kralu? Przede wszystkim to telewizja muzyczna. Teledyski tureckie, tureckie, i jeszcze raz tureckie. A że tutejsi wykonawcy popularni wykonują głównie piosenki w języku tureckim (nie dając się przekabacić na beznadziejną modę śpiewania w języku angielskim, który z każdej piosenki potrafi uczynić nieoryginalną chałę), to jest to telewizja 100% tutejsza.
W ciągu dnia teledyski, listy przebojów, na które głosuje się wysyłając smsy (mamy więc przegląd gustów muzycznych Turków). Wieczorami programy: muzyczne (koncerty muzyki tradycyjnej, koncerty muzyki pop, wywiady, krótkie magazyny plotkarskie), ale i wiadomości i programy (!) polityczne. Weekendy teraz w sezonie obfitują w programy rozrywkowe typu: "Z kamerą po Turcji", czyli przejaskrawione, hałaśliwe i nie mające pokrycia w rzeczywistości obrazy kurortów turystycznych (Alanya, Marmaris) jako centrów dyskotekowych, do których ściągają słowiańskie piękności w bikini, bujające biodrami przed prowadzącym program.
Wieczorami są też programy specjalistyczne: na przykład rockowy (prowadzony przez uroczego przystojniaka w długich włosach, wczorajszy program był poświęcony ulubieńcowi rock-fanów, Barışowi, ktory zginal niedawno w wypadku samochodowym, o rocku tureckim opowiem innym razem). Jest też program z bardzo ciekawym prowadzącym, Bülentem, który jest klasycznym przykładem stereotypowego geja (w marynarskiej czapeczce, z przymilnym głosikiem, słodko uśmiechnięty, puszczający romantyczne ballady http://kraltv.com.tr/download/vj/bulentb.jpg).
No i wspomniane koncerty - po prostu niesamowite. Często - taki styl - przeplatane wypowiedziami artystów nagranymi osobno. Przede wszystkim muzyka tradycyjna, ale rozumiana bardzo różnie, dlatego zdarzają się i takie kurioza jak przeróbki Stinga na tradycyjnej gitarze - sazie, tuż obok romantycznych zaspiewów i klaskania rękami, po wysoki poziom tureckiego jazzu z elementami tradycyjnymi (mi osobiście najbardziej się podobał).
Osobno muszę, po prostu muszę coś napisać o teledyskach, choć między Allahem a prawdą, nadają się na osobne opracowanie, coś w stylu pracy magisterskiej, bo jest to temat - rzeka. Nieprawdopodobna jest ilość teledysków i wykonawców, a przecież każdy z nich wydaje płytę - rynek musi być ogromny choć liczb nie znam. A to tylko muzyka popularna (pomijam tą mniej komercyjną).
Wielu artystów jest znanych tylko z jednej piosenki, co przy zamiłowaniu Turków do delektowania się hitami sprzed 3-4 a nawet 10 lat (jakoś im się nie nudzą), gwarantuje większą sławę i pieniądze niż mają nasi, podobni grajkowie.
W ogóle tutaj istnieje szaleńcze uwielbienie dla gwiazd i gwiazdeczek. Cały ten blichtr i błysk pokazywany w Kralu, wdzięczące się do kamer piosenkareczki, opowiadające o swoim życiu, bez przerwy pozdrawiające fanów, bo to przecież oni wynoszą je pod niebiosa głosując na teledyski itp.
Turecki pop jest bardzo, bardzo, bardzo, bardzo zróżnicowany. I to widać w teledyskach. Co prawda dla niewprawnego ucha to wszystko jak jedna piosenka ;) ale wynika to ze specyficznego, innego niż u nas podziału rytmicznego, który dla Europejczyka brzmi po prostu obco.
Mamy więc w tureckim popie czysty pop, czyli cukierkowy, nasączony kolorami, kiczowaty, wdzięczące się wokalistki w skąpych bikini, z określonym arsenałem ruchów, z puszczaniem oczek i umalowanymi na czerwono ustami. Turcy w ogóle kochają kicz ale tak gorąco, całym sercem (u nas do miłości do kiczu przyznają się tylko wysokie partie wykształciuchów) - i to widać w muzyce i teledyskach i sympatii dla rozmaitych dziwaków i transwestytów.
(Co czyni ten kraj tzn. duże miasta przyjaznym dla osób wyglądających, ubierających się, zachowujących inaczej - kompletnie bez porównania z Polską w której np. wszyscy w zimie noszą ciemne kurteczki). Taki prawdziwy turecki pop kobiecy jest też bardzo seksualny, wyzwolony, co być może zaskoczy osoby, które wyobrażają sobie Turcję jako kraj zniewolonych kobiet w chustach.
Tyle popu typowego. Jest też pop tradycyjny. Romantyczne zaśpiewy ale z popowym podkładem. Turkom udaje się to jakoś połączyć, bo przecież tutaj ta nowoczesność z tradycją w wielu miejscach współistnieje, więc i w muzyce to wyłazi. Na przykład nowy kawałek Mustafy Sandala, na którym tańczy dziewczyna - tańczy nowocześnie, ale ubrana w tureckie orientalne spodnie (to te szarawary z krokiem w kostkach). Albo teledysk który ma miejsce w hamamie, łaźni tureckiej, albo inny, dziejący się w czasach imperium Otomańskiego. A orientalnego, tradycyjnego tańca w ogóle jest bardzo dużo.
Jest też świetna piosenka ewidentnie popowa, w której turecki pan z wąsem poważnym głosem śpiewa jakiś komiczny tekst a i sam teledysk pełen jest panów z przyklejonymi sumiastymi wąsami.
No ale to specyficzne przypadki autoironii, a tak poza tym: miłość, zdrada, cierpienie, samotność i żal. Ale przede wszystkim miłość. To słowo: 'aşk' pojawia się niemal w każdej piosence. Zaraz na drugim miejscu plasuje się 'göz yaşları' czyli łzy.
Romantyczni kochankowie drą szaty (o ile pop nowoczesny reprezentują kobiety, o tyle pop tradycyjny należy do panów), niemal płaczą. Przeżywają. Kochają, kochają, i kochają. Polecam osobom, które chcą się nauczyć tureckiego ze względów osobistych przerobienie kilku-kilkunastu piosenek romantycznego popu. Murowana znajomość niemal wszystkich niezbędnych słówek i zwrotów na początkowym etapie znajomości ;)
Kral ma nie tylko telewizję - to cały kombinat. Jest radio z takim samym rodzajem muzyki, jest gazetka (w typie naszego "Bravo"), jest bogata strona internetowa (http://kraltv.com.tr/ - komu jeszcze się ten wykład nie znudził niech sobie zajrzy i poogląda fragmenty przebojów).
Oglądanie popularnej telewizji, słuchanie piosenek pomaga poznać kraj - a tym bardziej tak rozśpiewany i roztańczony jak Turcja. Można też spróbować zrozumieć chociaż troszkę charakter narodowy Turków - ich przywiązywanie do własnej, bogatej tradycji, ich niechęć do oglądania się na zachodnie style grania i śpiewania (bo jeśli chodzi o jakość wykonania i realizowania muzyki to na pewno są na światowym poziomie). Ta wierność językowi tureckiemu i przywiązanie do takich akcesoriów jak saz, piszczałka, facet z wąsem, haremowa zasłonka na twarz, skłaniają jednak do refleksji, jak zakończę tę przydługą, acz zapewne dla niektórych interesującą wypowiedź typowym dla mnie zwrotem. ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)