W środku lata, przechodząc na zmianę pomiędzy od paru dni klimatyzowanym pomieszczeniem własnego biura, a tak zwanym "ogródkiem", gdzie mogę się w spokoju spocić i jednocześnie wyprostować nóżki na miękkich fotelach, przeczytałam wreszcie w całości książkę "Słodko-gorzka ojczyzna. Raport z serca Turcji" autorstwa Necli Kelek. Przeczytałam i właściwie od lektury pierwszych stron strasznie mnie korciło, żeby coś na blogu napisać, ale wciąż się powstrzymywałam. Niniejszym po miesiącu zalogowałam się na bloggera, przez chwilę wydawało mi się nawet, że zapomniałam hasła po tak długiej nieobecności, ale jak to, po tylu latach tur-tur'owania? Nie jest jeszcze ze mną tak źle :)
Zalogowałam się i postanowiłam napisać choć parę słów na temat tej książki. Nie tyle recenzję, raczej pakiet osobistych wrażeń, uwag, komentarzy.
Książka autorstwa Niemki tureckiego pochodzenia, socjolożki, która urodzona w Turcji w dzieciństwie wraz z rodziną przeniosła się do Niemiec, nie jest łatwa do przełknięcia. Porusza wszystkie te tematy, którye omija się jadąc do Turcji na wakacje, o których po prostu stara się nie myśleć, żeby nie psuć sobie humoru. Motywem przewodnim jest podróż autorki wraz z życiowym partnerem (Niemcem) po Turcji, głównie po jej "ciemnych", mniej odwiedzanych rejonach. Pomiędzy reportażowe fragmenty wplata wspomnienia z dzieciństwa, opowieści o rodzinie i krewnych. Ktoś gdzieś w internecie zauważył, że jest to trochę "Pamukowe" pisanie - coś w tym jest. Jednocześnie próba obiektywnej analizy, spojrzenia na Turcję tu z perspektywy gościa "z zewnątrz" (w końcu do "niemieckich Turków" podchodzi się z rezerwą), jak i kogoś, kto więcej może zrozumieć będąc przecież jednocześnie i Turkiem, i Niemcem. Książka też stara się być przewodnikiem po tureckich tematach tabu, i próbą podsumowania ich w kontekście starań Turcji do wejścia do Unii Europejskiej.
Nie można odmówić pani Kelek dobrego pióra; książkę czyta się świetnie, niemalże ją "pożera", wciąż ciekawiąc, co może być na następnej stronie. Tematy nielekkie ale i niezwykle interesujące; o tym nie mówi się na codzień, lub tylko podsumowuje stereotypami: prawa kobiet, morderstwa honorowe, kwestie Ormian, Greków, Żydów - mniejszości wyznaniowe i etniczne. Polityka, wojsko, islam, Atatürk - znana nam wyliczanka, która w tej książce zostaje potraktowana brutalnie, szczerze, bez kolorowania i bez nadmiernego dramatyzowania. Kiedy tylko wydaje nam się, że Kelek uderza w nacjonalistów, za chwilę krytykuje także obecnie rządzących o religijnych zapędach. Kiedy z kolei wydaje nam się już, że tak zwani "islamiści" aż za bardzo dostali po nosie, przesiada się z powrotem na "kemalistów".
Zastanawiam się jak tą książkę odebrali Turcy, nie mam na myśli tych w Niemczech, ale w tak zwanej Anatolii - choć obawiam się, minie trochę czasu, zanim znajdę kogoś, kto ją przeczytał. Turcy przyjmują krytykę, ale głównie wtedy, kiedy sami są jej autorami, a nie ktoś "z zewnątrz", obcy.
W wielu sprawach Kelek ma rację, i to muszę przyznać na podstawie własnych obserwacji. Społeczeństwo tureckie które preferuje grupę niż jednostkę, nie dające się wybić indywidualnościom, wychowujące kolejne pokolenie osób niezdolnych do krytyki, eksperymentowania, już nie mówiąc o chodzeniu własnymi drogami. Ludzie, którzy albo są kemalistami, i wierzą we flagę, albo muzułmanami, i wierzą w Allaha; brak trzeciej drogi, innego wyścia, wręcz brak potrzeby trzeciej drogi.
Są to przyzwyczajenia wpajane przez wieki, i na pewno nie będzie łatwo Turcji się z nich wyzwolić (tym bardziej że indywidualizm zostaje tu często napiętnowany jako "europejskie zepsucie"). Rola kobiet na wschodzie i na wsiach - nie tyle religijnie, co tradycyjnie od wieków podrzędnych mężczyznom. Aranżowane małżeństwa, przemoc. Wiele by pisać a najlepiej tak naprawdę książkę przeczytać.
Nie mogę się jednak opędzić od wrażenia, że autorka podchodziła do pisania z góry założoną tezą. Mam wrażenie że soczewki, którymi ogląda turecką rzeczywistość, niektóre rzeczy wyolbrzymiają, a niektóre kompletnie pomijają. Że perspektywa Necli Kelek jest bardzo (i wyraźnie to się przewija w całej książce) anty-religijna. Nawet mnie, osobie, która podchodzi do jakiejkolwiek religii z dużym dystansem a jednocześnie szacunkiem, wydaje się to przesadzone. Obecność islamu w Turcji autorce wyraźnie przeszkadza. Patrzy na niego ze swojej niemieckiej perspektywy oceniając nawet tam, gdzie ta ocena jest kompletnie zbędna. Czuje się ona podczas podróży niekomfortowo będąc kobietą, i do tego obcą. Mam wrażenie że taka teza w niektórych przypadkach jest na siłę, aby bardziej "pasowała" do koncepcji. Czytając książkę najbardziej właśnie drażniły mnie te komentarze, które przecież niewiele musiały mieć wspólnego z prawdą, ale dość mocno wpływały na całość. Nie będę tu ich cytować, aby nie sugerować tym, których lektura jeszcze czeka.
Owszem, gdyby skupiać się na negatywach, problemach, które mają potem odbicie w tym jak Turcja jest oceniana na arenie międzynarodowej, szczególnie w świetle potencjalnej akcesji do UE, rozdziałów takiej "gorzkiej" książki mogłoby być dużo więcej. Jest to kraj o potężnej historii i zagmatwanej przeszłości, z którą jak słusznie zauważyła autorka musi się sam uporać, bez niczyjej pomocy (wtedy, kiedy będzie na to gotowy). W końcu od ledwo 90 lat Turcja jest republiką! Demokracja to młoda i też przecież "nieidealna", zmienić potrzeba sporo; prawo to jedno, ale ludzie i ich myślenie ewoluują dużo wolniej.
Na koniec bardziej "osobiście". Zanim jeszcze zdobyłam egzemplarz tej książki wielu znajomych pytało mnie o nią. "Czy to naprawdę tak jest", że będąc obcą, czy będąc kobietą, albo "niemuzułmanką", czuję się gorzej? Czy ktoś patrzy na mnie krzywo, czy faktycznie na ulicach namnożyło się kobiet w chustach, a normalne życie w stylu europejskim zrobiło się trudniejsze?
Odpowiedź będzie prosta, a jednocześnie trudna. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Potwierdzeniem jest zresztą ta książka. Widzimy to, co chcemy widzieć. Są takie dni, kiedy nawet w mojej "rozbuchanej wakacyjnym szaleństwem" Alanyi robi się dla mnie za ciasno, za turecko, za mało "europejsko". Są dni, że chciałabym być niewidoczna, albo że chciałabym być Turczynką, aby mieć po prostu święty spokój (jako 'yabanci', obca, tego spokoju jednak często nie mam, budząc niekiedy jakąś tam sensację). A najlepiej jechać do Polski, by być znów w świecie, gdzie wszystkie kody, znaki, języki, obrazy i dźwięki są dla mnie od razu jasne i proste do ogarnięcia. Nie trzeba się wysilać, by się do nich ustosunkować. Nie trzeba nic robić, nic próbować. Po prostu się jest, i jest się sobą. W Turcji (jak i każdym innym kraju, w każdym innym "obcym mieście") trzeba zająć jakąś pozycję, określić się, zadomowić. Obraz świata mimo że teoretycznie z zewnątrz, jest zawsze tylko wycinkiem obrazu, naszą perspektywą. Warto o tym pamiętać także czytając książkę Kelek - to jest jej - laickiej, walczącej o ideały demokracji, niemieckiej Turczynce albo tureckiej Niemce - obraz.
Równolegle czasami wydaje mi się, że "europejskie" rejony Turcji (jak zwariowany Stambuł i jego mieszkańcy) są już dla mnie kompletnie nie do przyjęcia. Albo ci "po europejsku" myślący Turcy, którzy lubią wielkie słowa, a potem czynami sami sobie zaprzeczają. Ci laiccy 'ataturkizujący' wykształceni ludzie, którzy nie potrafią się zdobyć ani krztę tolerancji czy życzliwości dla tych prostych, wierzących wieśniaków.
Nie, nie wydaje mi się, że w Turcji jest "gorzej" niż kiedyś. Ani też nie powiem, że jest "lepiej". Moja ocena tego kraju jest niejednorodna, i nie jest wymierna. Kiedyś nie rozumiałam ani słowa z gazet czy wypowiedzi innych, nie żyłam tu na co dzień. Przyjeżdżałam, pracowałam, i wyjeżdżałam. Teraz, po paru latach, próbuję zadomowić się tu - a zadomowienie skutkuje, jak to w życiu bywa, rozczarowaniem. A więc ten kraj nie jest rajem? No nie jest :)
Przez tych kilka lat tylko jeden raz ktoś dyskryminował mnie przez fakt, że jestem kobietą - i był to wyedukowany na stambulskim uniwersytecie biegle znający języki obce, bywalec Europy, profesjonalny przewodnik wycieczek. Będąc na wschodzie Turcji, wśród Kurdów albo mając do czynienia z niepotrafiącymi pisać wieśniakami nigdy nie miałam poczucia, że jestem obca. Wprost przeciwnie, ci ludzie podchodzą do przybyszy z ciekawością i życzliwością, nie oceniają ich, może dlatego, że widzą we mnie także dziecięcą ciekawość. I może dlatego, że nie zdążyli wyrobić w sobie szkodliwych stereotypów.
Przez tych kilka lat tylko jedna osoba sugerowała mi przejście na islam (pomijam żarty). Jest to (bo wciąż nie odpuszcza :)) pracownik muzułmańskiej organizacji charytatywnej, którą wspomagają moi tureccy bliscy. Przyznacie, że da się to zrozumieć :)
Przez tych kilka lat nikt nie komentował faktu, że nie wyszłam za mąż za mojego chłopaka, no chyba że robiły to zazdrosne koleżanki Turczynki, dla których jest to oczywisty dowód na to, że mnie nie kocha :) Koleżanki notabene niezwykle "europejskie" i bardzo "wyzwolone".
Jeśli ktoś patrzy na mnie krzywo, to są to także Turczynki, którym takie jak ja w pewnym sensie 'odbierają' chłopaków. Nie ma się co dziwić, ja na ich miejscu też byłabym wściekła, tym bardziej, jeśli byłabym samotna i tym bardziej, jeśli mieszkałabym w Alanyi, "siedlisku rozpusty" i łatwej miłości.
Rozpisałam się, tymczasem w dzielnicy Oba prąd po raz kolejny od paru dni, siadł. I po raz kolejny wrócił. Ponoć wszystkie okoliczne hotele korzystają z "nielegalnych" łączy, stąd te awarie. Inni mówią, że przy tych upałach po prostu sieci energetyczne nie wyrabiają. Teorii, jak w życiu, jest zawsze dużo. A prawda leży gdzieś po środku.
Jeśli pytalibyście czy przeczytać książkę warto, powiem: BEZWZGLĘDNIE TAK, i to szczególnie, że nie jesteście czytelnikami przypadkowymi, ale interesującymi się Turcją (a dowodem jest fakt iż przebrnęliście do końca tej notki). Natomiast jeśli ktos spyta, czy wierzyć we wszystko, co jest tam wypisane: ABSOLUTNIE NIE. Podchodzić do zapisków autorki należy z dystansem. Pamiętać, że jej punkt widzenia jest tylko i aż jej punktem widzenia, a nie dziełem naukowym i obiektywnym.
Cieszy, że pojawiają się takie książki, że tłumaczone są na polski, że można czytać, czytać, raz słodko i cukierkowo, innym razem gorzko i niewygodnie, i z tego wszystkiego, filtrując przez własne doświadczenia Turcji, budować sobie obraz tego niełatwego do zaszufladkowania kraju.
Rzekłam.
turlanie się po Turcji... i nie tylko
Uroki zycia w Turcji i pracy w turystyce relacjonowane na goraco wprost z granicy polsko - tureckiej.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obyczaje. Pokaż wszystkie posty
piątek, 27 lipca 2012
środa, 9 maja 2012
LETNIE CIĘCIE
Poszłam obciąć włosy u tureckiego fryzjera i:
1. Zachwycałam się jak zwykle długością mycia włosów przez pomocnika i przyjemnością płynącą z masażu skóry głowy.
2. Zostałam przez pomocnika wzięta za Turczynkę, co mi się ostatnio często zdarza, zbyt często. Pomocnik spytał czy jestem z Alanyi. Dzień wcześniej na straganie pan sprzedający truskawki westchnął z ulgą "wreszcie Turczynka, od rana obsługuję samych cudzoziemców" (w sensie, że ciężko mu się z nimi dogadać).
3. Pan Mistrz fryzjer usłyszawszy, że chcę cięcie wygodne w pielęgnacji latem, obiecał, że faktycznie takie będzie. Obciął mnie krótko, bardzo krótko... - i przyznam, że jest wygodnie.
4. W międzyczasie, kiedy coś było mu potrzebne, wołał pomocników per "Panie Ibrahimie", "Panie Mehmecie", co zauważam w salonach fryzjerskich jest normą, i zawsze bardzo mnie intryguje, bo zarówno Pan Ibrahim jak i Pan Mehmet są kilkunastoletnimi pryszczatymi wyrostkami...
5. Może kiedyś jakiś poważny fotoreportaż z zakładu fryzjerskiego?
6. Pan Mistrz nieśmiało mrucząc podcinał i podcinał, następnie wysuszył mi głowę naturalnie by sprawdzić, jak się będą układały, a potem zawołał pomocnika i ułożył mi włosy na suszarkę i szczotkę (czyli tak jakby je katować prostownicą a nawet lepiej), nie używając ani grama jakiegokolwiek środka utrwalającego
7. Pan Mistrz już mnie zna, wie, że nie lubię spędzać czasu przed lustrem i potrzebuję fryzury dostosowanej do struktury włosów i spełnił w stu procentach moje wymagania.
8. Cała przyjemność kosztowała mnie jedyne 30 lir, czyli około 55 zł.
9. Minął cały dzień i dochodzę do wniosku, że o ile Polakom i Turkom z tak zwanego najbliższego grona fryzura się podoba, o tyle zmieniło to mój turecki image w Alanyi. Niniejszym wszyscy biorą mnie od razu za cudzoziemkę. I to mimo, że mówię po turecku - ba, odpowiadają mi wtedy po angielsku! O ile kiedyś mogłam dość udanie udawać, że jestem tutejsza, o tyle teraz obawiam się, że nie wrobię nikogo nawet na minutę!
10. Punkt 9 nie jest oczywiście bardzo ważny, raczej śmieszny, ale skłania do refleksji.
11. Więcej nic nie napiszę, bo jestem wciąż w trakcie leczenia kanałowego, i za bardzo się skupiam na moim zębie. Ale idzie ku dobremu, idzie.
PS. Piszę rzadko, bo pisanie bloga wymaga zaangażowania umysłowego, chwili skupienia, a w tej chwili z racji pracy o to trudno. Starzy czytelnicy wiedzą, bo to się powtarza co roku :) Postaram się oczywiście publikować coś minimum co tydzień, w okolicach środy, natomiast jeśli komuś brakuje newsów z Turcji, zaglądajcie na stronę facebookową - łatwiej czasem wrzucić jedno zdjęcie czy link, notkę, żarcik, niż napisać długi i sensowny tekst. Zapraszam :)
1. Zachwycałam się jak zwykle długością mycia włosów przez pomocnika i przyjemnością płynącą z masażu skóry głowy.
2. Zostałam przez pomocnika wzięta za Turczynkę, co mi się ostatnio często zdarza, zbyt często. Pomocnik spytał czy jestem z Alanyi. Dzień wcześniej na straganie pan sprzedający truskawki westchnął z ulgą "wreszcie Turczynka, od rana obsługuję samych cudzoziemców" (w sensie, że ciężko mu się z nimi dogadać).
3. Pan Mistrz fryzjer usłyszawszy, że chcę cięcie wygodne w pielęgnacji latem, obiecał, że faktycznie takie będzie. Obciął mnie krótko, bardzo krótko... - i przyznam, że jest wygodnie.
4. W międzyczasie, kiedy coś było mu potrzebne, wołał pomocników per "Panie Ibrahimie", "Panie Mehmecie", co zauważam w salonach fryzjerskich jest normą, i zawsze bardzo mnie intryguje, bo zarówno Pan Ibrahim jak i Pan Mehmet są kilkunastoletnimi pryszczatymi wyrostkami...
5. Może kiedyś jakiś poważny fotoreportaż z zakładu fryzjerskiego?
6. Pan Mistrz nieśmiało mrucząc podcinał i podcinał, następnie wysuszył mi głowę naturalnie by sprawdzić, jak się będą układały, a potem zawołał pomocnika i ułożył mi włosy na suszarkę i szczotkę (czyli tak jakby je katować prostownicą a nawet lepiej), nie używając ani grama jakiegokolwiek środka utrwalającego
7. Pan Mistrz już mnie zna, wie, że nie lubię spędzać czasu przed lustrem i potrzebuję fryzury dostosowanej do struktury włosów i spełnił w stu procentach moje wymagania.
8. Cała przyjemność kosztowała mnie jedyne 30 lir, czyli około 55 zł.
9. Minął cały dzień i dochodzę do wniosku, że o ile Polakom i Turkom z tak zwanego najbliższego grona fryzura się podoba, o tyle zmieniło to mój turecki image w Alanyi. Niniejszym wszyscy biorą mnie od razu za cudzoziemkę. I to mimo, że mówię po turecku - ba, odpowiadają mi wtedy po angielsku! O ile kiedyś mogłam dość udanie udawać, że jestem tutejsza, o tyle teraz obawiam się, że nie wrobię nikogo nawet na minutę!
10. Punkt 9 nie jest oczywiście bardzo ważny, raczej śmieszny, ale skłania do refleksji.
11. Więcej nic nie napiszę, bo jestem wciąż w trakcie leczenia kanałowego, i za bardzo się skupiam na moim zębie. Ale idzie ku dobremu, idzie.
PS. Piszę rzadko, bo pisanie bloga wymaga zaangażowania umysłowego, chwili skupienia, a w tej chwili z racji pracy o to trudno. Starzy czytelnicy wiedzą, bo to się powtarza co roku :) Postaram się oczywiście publikować coś minimum co tydzień, w okolicach środy, natomiast jeśli komuś brakuje newsów z Turcji, zaglądajcie na stronę facebookową - łatwiej czasem wrzucić jedno zdjęcie czy link, notkę, żarcik, niż napisać długi i sensowny tekst. Zapraszam :)
środa, 2 maja 2012
ŚWIĘTO PRACY I INNE OPOWIEŚCI
1. O Święcie Pracy, które obchodzone jest także w Turcji 1 maja, przypomniałam sobie kiedy trafiłam na trzy zamknięte apteki z rzędu. Najpierw pomyślałam że to najwidoczniej strajk aptekarzy, bo faktycznie tak to wyglądało: wszystkie inne punkty handlowe i sklepy w Alanyi były normalnie otwarte, na ulicach ruch i gwar. To nie tak jak w Polsce, gdzie miasto wymarłe i wszyscy na grillu (ech!)... W końcu trafiłam na aptekę dyżurną i przypomniało mi się, że jest święto. Następnie pokornie wróciłam do pracy - w turystyce dni wolne nie występują :)
2. O ile w zeszłym roku zmorą były wizyty na policji w celu wyrobienia wizy pracowniczej, o tyle w tym roku poszło jak po maśle, za to borykamy się z czym innym... mianowicie Turecką Telekomunikacją. Dzieją się rzeczy tak absurdalne, że aż wymagają uwiecznienia na blogu. Po pierwsze: zapisany na mnie numer telefonu biurowego został przepisany na firmę. W marcu. Kiedy wczoraj ktoś z Telekomunikacji zadzwonił, żeby sprzedać kolejną "nadzwyczajnie korzystną" ofertę internetową okazało się, że telefon zapisany jest ... tak tak, nadal na mnie. Mimo, że podpisana została nowa umowa, przybite pieczątki, i dopełnione wszystkie inne formalności, fakt zmiany właściciela nadal nie dotarł do centrali.
Ale to nie koniec. Po drugie: tego samego dnia, kiedy przepisywaliśmy telefon, zamówiliśmy odrębny numer faxu. I znów dopełniono całej biurokracji, wypełniono formularze, wybrano numer, złożono podpisy i przybito pieczątki. Przy okazji wypiliśmy z pracownikami Telekomunikacji kilka herbatek, porozmawialiśmy o tym i owym, niemalże zaprzyjaźniając się z całą obsługą, a ja wychodziłam z budynku oszołomiona tym, jak moje stare teorie o załatwianiu interesów w Turcji idealnie się sprawdzają. Teraz myślę sobie, że w załatwianiu spraw chodzi właśnie o to gadanie i herbatki, a sprawa jak leżała, tak leży. I oto po dwóch miesiącach okazało się, że nasz numer faxu został przydzielony komuś innemu! Po tym jak wydrukowaliśmy wizytówki, broszurki i zapragnęliśmy pracować jak cywilizowani ludzie. Teraz więc trwają negocjacje z używającą numeru panią (osobą prywatną), aby oddała nam należący do nas numer.
Czy nie brzmi to wszystko jakoś dziwnie znajomo? :)
3. Dla kontrastu byłam wczoraj u dentysty. Ząb zaczął dość dotkliwie przypominać o swojej obecności. Kilkoro znajomych poleciło mi klinikę, ponoć jedną z pierwszych prywatnych w Alanyi. Być może nie jestem na bieżąco ze stomatologią, ale poziom obsługi i sprzęt zrobiły na mnie niesłychane wrażenie. Kiedy zobaczyłam że pani doktor aby zobaczyć, co dzieje się w zębie, zanim rozwiercać starą plombę i przyglądać się, robi zdjęcie rentgenowskie... kiedy aparat do zdjęcia był wielkości dwóch centymetrów kwadratowych i przyłożono mi go do samego zęba... kiedy zdjęcie pokazało się na monitorze lcd przed moimi oczami po mniej więcej 5 sekundach... i na koniec kiedy pani doktor cierpliwie tłumaczyła mi (nie znającej kompletnie tureckiej terminologii medycznej) wszystko co planuje w zębie majstrować i pytała mnie o zgodę, oraz zapisała antybiotyk jako przygotowanie do leczenia kanałowego... - a cena wszystkich tych 'przyjemności' to ledwo 70zł!
4. Wszyscy wciąż do mnie piszą z dumą z Polski opowiadając, ile to u Was "w kraju" nie jest stopni. No wspaniale, proszę się Szanowni Państwo cieszyć bo pewnie długo to nie potrwa. Za to u nas na pewno chłodniej, ledwo 20-25 stopni, a dziś cały dzień zachmurzenie i przelotne deszcze. Przyznam szczerze, że uwielbiam taką pogodę. Jeszcze można się nacieszyć ciepłem-ale-nie-gorącem, poczuć powiew chłodnego wiaterku a nawet lekko zmarznąć. Od niedawna pomykam na rowerze, więc jest dodatkowa przyjemność.
W poniedziałek prowadziłam wycieczkę do Pamukkale - na tarasach spaliłam sobie nos na czerwono, a z racji że mam zadarty... to wyglądam jak wyglądam. Zresztą zapomniałam kapelusza w autobusie (Pani Pilot! Ale wstyd!) - i wraz z całą grupą wyglądaliśmy jak takie pomidorki. Tak więc ku przestrodze, do Pamukkale jedźcie (tarasy wyglądają super, jak się ze zbocza po nich schodzi, bajka), ale uważajcie na spiekotę, nie zapomnijcie kapeluszy w autokaru i lepiej nasmarujcie się grubo kremem :)
A poniżej kilka zdjęć obiecanych ze Stambułu jeszcze.

Piątek 13-go na Istiklal, zamieszanie, samochody dostawcze, tramwaj i turyści. A wieczorem mniej samochodów i więcej ludzi, ale efekt ten sam. I tak uwielbiam.

Najlepsze śniadanie w Stambule: simit jeszcze ciepły, i hajda na prom, tam do kompletu cay. I nic wiecej nie potrzeba.

Oklepany stambulski klasyk, podobnie jak koty - te same widoki, wciąż nowe zdjęcia.

Poranny widok z hotelu, w którym nocowałam z grupą w dzielnicy Beyoglu.

Dzielnica turystyczna Sultanahmet.

Tego dnia pełno się kręciło ekip jakichś zapewne programów podróżniczych.

O, tu też.

Relacja sprzed Hagii Sofii :)
Mam jeszcze zdjęcia nocne ze Stambułu, co prawda nie byłam wyposażona w odpowiedni obiektyw, ale coś tam widać. Żeby jednak się nie dublować podaję link do ich obejrzenia: Kliknij: Nocny rejs po Bosforze
I do następnego majowego razu, Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!
2. O ile w zeszłym roku zmorą były wizyty na policji w celu wyrobienia wizy pracowniczej, o tyle w tym roku poszło jak po maśle, za to borykamy się z czym innym... mianowicie Turecką Telekomunikacją. Dzieją się rzeczy tak absurdalne, że aż wymagają uwiecznienia na blogu. Po pierwsze: zapisany na mnie numer telefonu biurowego został przepisany na firmę. W marcu. Kiedy wczoraj ktoś z Telekomunikacji zadzwonił, żeby sprzedać kolejną "nadzwyczajnie korzystną" ofertę internetową okazało się, że telefon zapisany jest ... tak tak, nadal na mnie. Mimo, że podpisana została nowa umowa, przybite pieczątki, i dopełnione wszystkie inne formalności, fakt zmiany właściciela nadal nie dotarł do centrali.
Ale to nie koniec. Po drugie: tego samego dnia, kiedy przepisywaliśmy telefon, zamówiliśmy odrębny numer faxu. I znów dopełniono całej biurokracji, wypełniono formularze, wybrano numer, złożono podpisy i przybito pieczątki. Przy okazji wypiliśmy z pracownikami Telekomunikacji kilka herbatek, porozmawialiśmy o tym i owym, niemalże zaprzyjaźniając się z całą obsługą, a ja wychodziłam z budynku oszołomiona tym, jak moje stare teorie o załatwianiu interesów w Turcji idealnie się sprawdzają. Teraz myślę sobie, że w załatwianiu spraw chodzi właśnie o to gadanie i herbatki, a sprawa jak leżała, tak leży. I oto po dwóch miesiącach okazało się, że nasz numer faxu został przydzielony komuś innemu! Po tym jak wydrukowaliśmy wizytówki, broszurki i zapragnęliśmy pracować jak cywilizowani ludzie. Teraz więc trwają negocjacje z używającą numeru panią (osobą prywatną), aby oddała nam należący do nas numer.
Czy nie brzmi to wszystko jakoś dziwnie znajomo? :)
3. Dla kontrastu byłam wczoraj u dentysty. Ząb zaczął dość dotkliwie przypominać o swojej obecności. Kilkoro znajomych poleciło mi klinikę, ponoć jedną z pierwszych prywatnych w Alanyi. Być może nie jestem na bieżąco ze stomatologią, ale poziom obsługi i sprzęt zrobiły na mnie niesłychane wrażenie. Kiedy zobaczyłam że pani doktor aby zobaczyć, co dzieje się w zębie, zanim rozwiercać starą plombę i przyglądać się, robi zdjęcie rentgenowskie... kiedy aparat do zdjęcia był wielkości dwóch centymetrów kwadratowych i przyłożono mi go do samego zęba... kiedy zdjęcie pokazało się na monitorze lcd przed moimi oczami po mniej więcej 5 sekundach... i na koniec kiedy pani doktor cierpliwie tłumaczyła mi (nie znającej kompletnie tureckiej terminologii medycznej) wszystko co planuje w zębie majstrować i pytała mnie o zgodę, oraz zapisała antybiotyk jako przygotowanie do leczenia kanałowego... - a cena wszystkich tych 'przyjemności' to ledwo 70zł!
4. Wszyscy wciąż do mnie piszą z dumą z Polski opowiadając, ile to u Was "w kraju" nie jest stopni. No wspaniale, proszę się Szanowni Państwo cieszyć bo pewnie długo to nie potrwa. Za to u nas na pewno chłodniej, ledwo 20-25 stopni, a dziś cały dzień zachmurzenie i przelotne deszcze. Przyznam szczerze, że uwielbiam taką pogodę. Jeszcze można się nacieszyć ciepłem-ale-nie-gorącem, poczuć powiew chłodnego wiaterku a nawet lekko zmarznąć. Od niedawna pomykam na rowerze, więc jest dodatkowa przyjemność.
W poniedziałek prowadziłam wycieczkę do Pamukkale - na tarasach spaliłam sobie nos na czerwono, a z racji że mam zadarty... to wyglądam jak wyglądam. Zresztą zapomniałam kapelusza w autobusie (Pani Pilot! Ale wstyd!) - i wraz z całą grupą wyglądaliśmy jak takie pomidorki. Tak więc ku przestrodze, do Pamukkale jedźcie (tarasy wyglądają super, jak się ze zbocza po nich schodzi, bajka), ale uważajcie na spiekotę, nie zapomnijcie kapeluszy w autokaru i lepiej nasmarujcie się grubo kremem :)
A poniżej kilka zdjęć obiecanych ze Stambułu jeszcze.
Piątek 13-go na Istiklal, zamieszanie, samochody dostawcze, tramwaj i turyści. A wieczorem mniej samochodów i więcej ludzi, ale efekt ten sam. I tak uwielbiam.
Najlepsze śniadanie w Stambule: simit jeszcze ciepły, i hajda na prom, tam do kompletu cay. I nic wiecej nie potrzeba.
Oklepany stambulski klasyk, podobnie jak koty - te same widoki, wciąż nowe zdjęcia.
Poranny widok z hotelu, w którym nocowałam z grupą w dzielnicy Beyoglu.
Dzielnica turystyczna Sultanahmet.
Tego dnia pełno się kręciło ekip jakichś zapewne programów podróżniczych.
O, tu też.
Relacja sprzed Hagii Sofii :)
Mam jeszcze zdjęcia nocne ze Stambułu, co prawda nie byłam wyposażona w odpowiedni obiektyw, ale coś tam widać. Żeby jednak się nie dublować podaję link do ich obejrzenia: Kliknij: Nocny rejs po Bosforze
I do następnego majowego razu, Drodzy Czytelnicy i Czytelniczki!
piątek, 23 grudnia 2011
SWIATECZNIE
Jedno z częściej zadawanych pytań w ciągu tych kilku lat pracy z polskimi turystami:
- Czy obchodzą tu... czy obchodzicie Boże Narodzenie? (w domyśle: czy Turcy obchodzą, choć ja ani Turczynka, ani muzułmanka, no ale skoro tam mieszkam, to tak jakbym była ichniejsza przecież).
I nie - wcale nie piszę tu tego po to, żeby się naigrywać czy wyśmiewać. Świadomość, że Turcy to w większości muzułmanie nie wystarcza do tego, by dysponować pełną wiedzą o wszystkich muzułmańskich świętach. Podobnie i Turcy - o naszym obchodzeniu świąt nie wiedzą nic albo prawie nic. Wieczerza wigilijna kojarzy im się - jeśli w ogóle z czymś to - z amerykańskim indykiem. Do tego kultura masowa przekazuje i adaptuje na grunt turecki tylko wycinek rzeczywistości, skupiając się na tych najbardziej błyszczących elementach: choince, prezentach, eleganckich kolacjach w gronie rodziny. A choinka, prezenty i eleganckie kolacje to przecież wspaniały bodziec marketingowy! I ekonomiczne koło się kręci :)

[Wystawa sklepowa w Alanyi, 15 grudnia]
Narodziny Jezusa (dla muzułmanów 'po prostu' jednego z proroków), to w Turcji dzień jak każdy inny. Niewielu "zwykłych" Turków wie, że to właśnie wtedy w chrześcijańskim świecie obchodzone są święta i jak dokładnie wyglądają. Mylą je z celebrowaniem nadejścia nowego roku. Dlatego w drugiej połowie grudnia w Turcji można zaobserwować osobliwy miks: wizerunki Świętych Mikołajów, "Jingle Bells" w reklamach, sztuczne (i prawdziwe!) choinki do kupienia, bombki i ozdoby ale to wszystko... z myślą o Nowym Roku! To wtedy zeuropeizowani świeccy Turcy kupują sobie upominki, to z tej okazji biorą specjalne kredyty, albo ubierają modne sweterki w renifery. W domach świecą się piękne choineczki.
O tym wszystkim wiem tak naprawdę tylko z teorii. Co roku jadę na Święta do Polski, bo wiążą się dla mnie nierozerwalnie z całym tym klimatem, zimnem, padającym topniejącym śniegiem, wariactwem w sklepach a potem wspaniałą atmosferą przy wigilijnym stole i ciężkimi potrawami z kapustą i grzybami :)
Owszem, gdyby było trzeba zostać - np. z powodu pracy - zostałabym. Ale jeśli nie muszę, pakuję walizkę i zmykam do mojego ukochanego "zimnego kraju".
Znów jestem w domu, pachnie kapustą, sernikiem i cynamonem :)
Wesołych Świąt wszystkim Czytelnikom życzę...
gdziekolwiek jesteście!
- Czy obchodzą tu... czy obchodzicie Boże Narodzenie? (w domyśle: czy Turcy obchodzą, choć ja ani Turczynka, ani muzułmanka, no ale skoro tam mieszkam, to tak jakbym była ichniejsza przecież).
I nie - wcale nie piszę tu tego po to, żeby się naigrywać czy wyśmiewać. Świadomość, że Turcy to w większości muzułmanie nie wystarcza do tego, by dysponować pełną wiedzą o wszystkich muzułmańskich świętach. Podobnie i Turcy - o naszym obchodzeniu świąt nie wiedzą nic albo prawie nic. Wieczerza wigilijna kojarzy im się - jeśli w ogóle z czymś to - z amerykańskim indykiem. Do tego kultura masowa przekazuje i adaptuje na grunt turecki tylko wycinek rzeczywistości, skupiając się na tych najbardziej błyszczących elementach: choince, prezentach, eleganckich kolacjach w gronie rodziny. A choinka, prezenty i eleganckie kolacje to przecież wspaniały bodziec marketingowy! I ekonomiczne koło się kręci :)
[Wystawa sklepowa w Alanyi, 15 grudnia]
Narodziny Jezusa (dla muzułmanów 'po prostu' jednego z proroków), to w Turcji dzień jak każdy inny. Niewielu "zwykłych" Turków wie, że to właśnie wtedy w chrześcijańskim świecie obchodzone są święta i jak dokładnie wyglądają. Mylą je z celebrowaniem nadejścia nowego roku. Dlatego w drugiej połowie grudnia w Turcji można zaobserwować osobliwy miks: wizerunki Świętych Mikołajów, "Jingle Bells" w reklamach, sztuczne (i prawdziwe!) choinki do kupienia, bombki i ozdoby ale to wszystko... z myślą o Nowym Roku! To wtedy zeuropeizowani świeccy Turcy kupują sobie upominki, to z tej okazji biorą specjalne kredyty, albo ubierają modne sweterki w renifery. W domach świecą się piękne choineczki.
O tym wszystkim wiem tak naprawdę tylko z teorii. Co roku jadę na Święta do Polski, bo wiążą się dla mnie nierozerwalnie z całym tym klimatem, zimnem, padającym topniejącym śniegiem, wariactwem w sklepach a potem wspaniałą atmosferą przy wigilijnym stole i ciężkimi potrawami z kapustą i grzybami :)
Owszem, gdyby było trzeba zostać - np. z powodu pracy - zostałabym. Ale jeśli nie muszę, pakuję walizkę i zmykam do mojego ukochanego "zimnego kraju".
Znów jestem w domu, pachnie kapustą, sernikiem i cynamonem :)
Wesołych Świąt wszystkim Czytelnikom życzę...
gdziekolwiek jesteście!
piątek, 2 września 2011
DIMÇAY CZYLI RELAKS PO TURECKU
Witajcie po przerwie. Oj, to były intensywne dwa tygodnie. Czułam się momentami tak, jakbym znalazła czas na jakieś wakacje jednocześnie pracując. Bo naprawdę niekiedy miałam na to czas! W Alanyi zresztą o relaks nietrudno: wystarczy znaleźć dwie, trzy godziny - i mieć ze sobą skuter czy samochód, by przenieść się w zupełnie inny świat. Miasto jest na tyle małe, że można się niepotrzeżenie uwolnić od hałasu, smogu, dyskotek i dziwnych czasami ludzi... a jednocześnie na tyle duże, że jest się od czego uwalniać :) Na dodatek kończył się Ramazan. Kończył się, kończył, wreszcie ja sama tak jak poszczący odliczałam dni do uroczystych świąt Ramazan Bayrami. Z dnia na dzień wydawało się, że jest lżej, łatwiej, i przyjemniej, a potem wystarczała jedna iskierka by Ludzie Poszczący wybuchali jak dynamity. Tym samym cały poniedziałek przeżyliśmy już w euforii pod hasłem: Wreszcie koniec. Wieczorem ostatni iftar (kolacja), i.. radosny, podniosły nastrój. Oczywiście oficjalnie święto nie skończyło się ostatniego wieczora postu tylko rano, dnia następnego, od świątecznej modlitwy w meczecie. Uczestniczyli w niej ci, którzy nie zaspali wyczerpani po całym miesiącu zupełnie odwrotnego trybu życia (nie, nie pokazuję tutaj złośliwie palcami o kogo chodzi).
A potem już było: świętowanie, odwiedzanie się, telefony i smsy z życzeniami od bliższych, dalszych i zupełnie zapomnianych znajomych (tak jak u nas).
Z mojej perspektywy 'yabanci' (obcej) święta oznaczały nieczynną dosłownie dwa tygodnie pocztę (wciąż czekam na książki wysłane mi przez Wydawcę, które zostały nadane półtora miesiąca temu...). Jakie było bowiem moje zaskoczenie, kiedy w poniedziałek (święta oficjalnie zaczynały się we wtorek) pojechałam do miasta, a tu już... wszystko pozamykane! Banki, poczta, urzędy! Kiedy zadzwoniłam do K. P. z prośbą o wyjaśnienia, powiedział tylko:
- Dzień dobry! Pobudka! Przecież są [są?] święta!
A potem kolejne zdziwienie, że mimo, że święta trwają do czwartku włącznie, to wszystko zamknięte jest do następnego poniedziałku!
Chyba się zatrudnię w tureckim urzędzie...
Kolejnym objawem świątecznej gorączki stały się dzikie tłumy tureckich turystów, którzy tak jak Europejczycy każdy wolny dzień tzw. długiego weekendu przeznaczają na stanie w korkach w drodze do kurortów. Niniejszym Alanya podobnie jak w czasach seldżuckich stała się drugą zapasową stolicą dla mieszkańców miasta Konya... (duże tradycyjne i religijne miasto na północ od Alanyi, mają do nas najbliżej nad morze). Na plaży tłok, na ulicach ścisk, wszędzie obce rejestracje (najwięcej konijskich 42, ale także ankarskie 06 czy stambulskie 34).
A w morzu, kiedy z Gościem Specjalnym poszłyśmy się kąpać w jej ostatni dzień pobytu w Turcji, także brak spokoju.
- Hello.
Odpływamy od niechcianego amanta.
- Hello (myśli, że nie dosłyszałyśmy, podpływa, my znów odpływamy).
- Hello, how are you?
Odpływanie - przypływanie.
- Hello, what is your name?
W końcu stwierdził pewnie, że jesteśmy z jakiegoś egzotycznego kraju, którego obywatele nie znają angielskiego i podpłynął do innej cudzoziemki, która chętnie weszła w dialog, ale i tu się nie udało, gdyż nagle szybkim kraulem przypłynął chłopak cudzoziemki :)
I tak w miłej atmosferze płynął czas.
Ale chciałam wrócić do klimatu relaksu. Jeszcze zanim zaczął się Bayram (święto) uciekłyśmy z Gościem Specjalnym w las. A dokładniej: nad rzekę Dimcay. Pisałam pewnie już kiedyś o tym fenomenie. Rzeczka parę kilometrów za Alanyą, która funkcjonuje jako prężne centrum piknikowo chill-outowe. Czas tam się zatrzymuje, gdzieniegdzie telefony tracą zasięg, słychać tylko plusk wody w rzece (a może to pstrągi?), i szus zjeżdżających ze zjeżdżalni tureckich dzieciaków. Rodziny przyjeżdżają do knajpek na rzece Dimcay z wyposażeniem kuchni, termosami, wałówką, a na miejscu płacą tylko "za miejsce" na pływających platformach wyściełanych wygodnymi tureckimi poduchami. My przyjechałyśmy bez wałówki, ale jedzenie przygotowane w knajpkach także jest niezłe. A woda w rzece - barrrdzo zimna i barrrdzo czysta.
Nie ma co się rozgadywać - pora na obrazki. Nie ma się co rozgadywać, bo na samą myśl o relaksie na Dimcayu mam ochotę rozłożyć się na moim fotelu w biurze i słodko drzemać...

'Domek na drzewie' - tutaj się śpi, je, poleguje i uprawia tak zwany 'keyif' (przyjemność życia)

Miejsce na 'keyif'jak wyżej, ale już nie na drzewie tylko rzece.

Niektóre knajpki wyposażone są w klasyczne baseny i zjeżdżalnie...

... a w niektórych jest bardziej naturalnie.


Woda w rzece Dimcay pobudza krążenie krwi.

Proszę zwrócić uwagę na hamaki.

Menu obiadowe klasyczne - grillowany pstrąg z rzeki z dodatkami.

[zieeew!]

[chrap, chrap...]

Na koniec najlepsza dimcayowa forma relaksu - toaleta a la turca - z telewizorkiem. Bo Turek potrafi!
A potem już było: świętowanie, odwiedzanie się, telefony i smsy z życzeniami od bliższych, dalszych i zupełnie zapomnianych znajomych (tak jak u nas).
Z mojej perspektywy 'yabanci' (obcej) święta oznaczały nieczynną dosłownie dwa tygodnie pocztę (wciąż czekam na książki wysłane mi przez Wydawcę, które zostały nadane półtora miesiąca temu...). Jakie było bowiem moje zaskoczenie, kiedy w poniedziałek (święta oficjalnie zaczynały się we wtorek) pojechałam do miasta, a tu już... wszystko pozamykane! Banki, poczta, urzędy! Kiedy zadzwoniłam do K. P. z prośbą o wyjaśnienia, powiedział tylko:
- Dzień dobry! Pobudka! Przecież są [są?] święta!
A potem kolejne zdziwienie, że mimo, że święta trwają do czwartku włącznie, to wszystko zamknięte jest do następnego poniedziałku!
Chyba się zatrudnię w tureckim urzędzie...
Kolejnym objawem świątecznej gorączki stały się dzikie tłumy tureckich turystów, którzy tak jak Europejczycy każdy wolny dzień tzw. długiego weekendu przeznaczają na stanie w korkach w drodze do kurortów. Niniejszym Alanya podobnie jak w czasach seldżuckich stała się drugą zapasową stolicą dla mieszkańców miasta Konya... (duże tradycyjne i religijne miasto na północ od Alanyi, mają do nas najbliżej nad morze). Na plaży tłok, na ulicach ścisk, wszędzie obce rejestracje (najwięcej konijskich 42, ale także ankarskie 06 czy stambulskie 34).
A w morzu, kiedy z Gościem Specjalnym poszłyśmy się kąpać w jej ostatni dzień pobytu w Turcji, także brak spokoju.
- Hello.
Odpływamy od niechcianego amanta.
- Hello (myśli, że nie dosłyszałyśmy, podpływa, my znów odpływamy).
- Hello, how are you?
Odpływanie - przypływanie.
- Hello, what is your name?
W końcu stwierdził pewnie, że jesteśmy z jakiegoś egzotycznego kraju, którego obywatele nie znają angielskiego i podpłynął do innej cudzoziemki, która chętnie weszła w dialog, ale i tu się nie udało, gdyż nagle szybkim kraulem przypłynął chłopak cudzoziemki :)
I tak w miłej atmosferze płynął czas.
Ale chciałam wrócić do klimatu relaksu. Jeszcze zanim zaczął się Bayram (święto) uciekłyśmy z Gościem Specjalnym w las. A dokładniej: nad rzekę Dimcay. Pisałam pewnie już kiedyś o tym fenomenie. Rzeczka parę kilometrów za Alanyą, która funkcjonuje jako prężne centrum piknikowo chill-outowe. Czas tam się zatrzymuje, gdzieniegdzie telefony tracą zasięg, słychać tylko plusk wody w rzece (a może to pstrągi?), i szus zjeżdżających ze zjeżdżalni tureckich dzieciaków. Rodziny przyjeżdżają do knajpek na rzece Dimcay z wyposażeniem kuchni, termosami, wałówką, a na miejscu płacą tylko "za miejsce" na pływających platformach wyściełanych wygodnymi tureckimi poduchami. My przyjechałyśmy bez wałówki, ale jedzenie przygotowane w knajpkach także jest niezłe. A woda w rzece - barrrdzo zimna i barrrdzo czysta.
Nie ma co się rozgadywać - pora na obrazki. Nie ma się co rozgadywać, bo na samą myśl o relaksie na Dimcayu mam ochotę rozłożyć się na moim fotelu w biurze i słodko drzemać...
'Domek na drzewie' - tutaj się śpi, je, poleguje i uprawia tak zwany 'keyif' (przyjemność życia)
Miejsce na 'keyif'jak wyżej, ale już nie na drzewie tylko rzece.
Niektóre knajpki wyposażone są w klasyczne baseny i zjeżdżalnie...
... a w niektórych jest bardziej naturalnie.
Woda w rzece Dimcay pobudza krążenie krwi.
Proszę zwrócić uwagę na hamaki.
Menu obiadowe klasyczne - grillowany pstrąg z rzeki z dodatkami.
[zieeew!]
[chrap, chrap...]
Na koniec najlepsza dimcayowa forma relaksu - toaleta a la turca - z telewizorkiem. Bo Turek potrafi!
niedziela, 14 sierpnia 2011
ALANYA NEWS czyli niedziela w biurze
Jest dzisiaj cicho i spokojnie, bo niedziela. W Polsce pewnie też, bo jutro przecież święto i już słyszałam, że cały naród pojechał nad morze. Oby pogoda dopisała!
W Alanyi pogoda idealna; upały nieco zelżały, pojawił się lekki wiaterek, mgiełka wilgoci odsłoniła widoki na góry i morze, wreszcie można nieco odetchnąć... To nam uświadomiło, że już prawie połowa sierpnia czyli półmetek sezonu mamy za sobą! Na samą myśl o zimie pojawia się dreszcz jednocześnie emocji i niepewności, jest tyle planów, a większość nie związane z pracą. W końcu wtedy mamy tutaj kompletny przestój (szkoda - Turcja zdecydowanie nie jest doceniana w zimie - a propos: jak Wam się podoba pomysł zimowej/wiosennej wycieczki do Stambułu? :))
Trzeba teraz odkładać zarobione pieniądze, robić zapasy, aby po prostu starczyło. Będziemy mieli bowiem mnóstwo ciekawych rzeczy do zrobienia, m.in. klasykę gatunku z cyklu "Przywożę mojego tureckiego chłopaka do Polski". I to realizowaną po raz pierwszy w życiu (chodzi oczywiście o Króla, ale także i w moim życiu). A propos, wydaje mi sie czasem, że odwiedzanie Polski w zimie jest dla Turków z Alanyi i okolic (a raczej ze światka turystycznego) atrakcją podobną jak dla nas wyjazd do Turcji. Mniej więcej od Sylwestra wielu moich 'znajomych' chwali się w internecie zdjęciami z: Krakowa, Gdańska, Warszawy i innych miast. Wśród nich duży procent stanowią starszawi tureccy kierowcy, których wzięcie u Polek przewyższa dopuszczalne normy. W skórzanych kurtkach, z wełnianymi czapkami na szyki i butami w czub robią sobie zdjęcia na tle polskiego śniegu, a obok stoją pięknie uśmiechnięte zgrabne i prześliczne Polki.
Fenomen wart poważniejszej analizy...
Oprócz tego że sezon na półmetku, także i ramazanowy post jest już w połowie. Król Pomarańczy nadal wytrwale go przestrzega, a ja już się przyzwyczaiłam do codziennych kłótni. Znalazłam już sposób na przejście przez ten okres w miarę spokojnie. Kiedy sytuacja robi się drażliwa, mówię tylko:
- Porozmawiamy pod koniec miesiąca.
A propos Ramazanu, niedawno dowiedziałam się, że kilka lat temu codzienne walenie w bębny na pobudkę (tradycyjne podczas postu "budzenie" mieszkańców na śniadanie i modlitwę; w całej Turcji występuje) zostało w Alanyi zabronione przez Urząd Miasta! Ta uwaga powinna pasować do poprzedniej notki z cyklu "Absurdy". Argumentowano ponoć tym, że turyści nie mogą spać. Ale... jak to możliwe, że walenie w bębny przez kilka minut przeszkadza turystom wypoczywającym w Alanyi, a codzienne walenie dyskotekowych rytmów bezpośrednio pod hotelowymi pokojami do północy czy drugiej nad ranem - nikomu nie przeszkadza i prawdopodobnie nigdy nie będzie zabronione? Cóż, temat wymagający dłuższych przemyśleń...
Co by jednak nie być zbyt złośliwym, pora na uspokojenie. Wczoraj w telewizji natknęłam się na cudowny utwór niesamowitego zespołu Kardeş Türküler, który kompletnie mnie rozbroił. Jest to bardzo ceniona grupa muzyków skupiona woków Uniwersytetu Boğazici. Od 1993 roku wykonują znane anatolijskie utwory ludowe w językach: tureckim, arabskim, kurdyjskim, asyryjskim, ormiańskim, azerskim i gruzińskim. Korzystają przy tym oczywiście z oryginalnych ludowych instrumentów. Słuchanie takiej muzyki i świadomość, jak jeden zespół godzi wszelkie kulturowe konflikty w bardzo prosty sposób - po prostu wzrusza. Jestem wierna nieco wyświechtanemu ale aktualnemu poglądowi, że muzyka łagodzi obyczaje i w przypadku Kardeş Türküler (dosł. "Bracia grający muzykę türkü") doskonale się to sprawdza. Zapraszam do słuchania i oglądania :
PS. Następna notka nie wiem kiedy, bo w najbliższą środę przyjeżdża do Turcji na całe 2 tygodnie mój prywatny gość specjalny... i to razem z moim naprawionym obiektywem! A to oznacza, że mam nadzieję trochę z nią (bo gość to kobieta :)) poprzebywać, pojeździć, poplotkować, a i zdjęć pewnie porobię sporo... Możecie więc czasowo odejść od odbiorników... ale nie na za długo :)
W Alanyi pogoda idealna; upały nieco zelżały, pojawił się lekki wiaterek, mgiełka wilgoci odsłoniła widoki na góry i morze, wreszcie można nieco odetchnąć... To nam uświadomiło, że już prawie połowa sierpnia czyli półmetek sezonu mamy za sobą! Na samą myśl o zimie pojawia się dreszcz jednocześnie emocji i niepewności, jest tyle planów, a większość nie związane z pracą. W końcu wtedy mamy tutaj kompletny przestój (szkoda - Turcja zdecydowanie nie jest doceniana w zimie - a propos: jak Wam się podoba pomysł zimowej/wiosennej wycieczki do Stambułu? :))
Trzeba teraz odkładać zarobione pieniądze, robić zapasy, aby po prostu starczyło. Będziemy mieli bowiem mnóstwo ciekawych rzeczy do zrobienia, m.in. klasykę gatunku z cyklu "Przywożę mojego tureckiego chłopaka do Polski". I to realizowaną po raz pierwszy w życiu (chodzi oczywiście o Króla, ale także i w moim życiu). A propos, wydaje mi sie czasem, że odwiedzanie Polski w zimie jest dla Turków z Alanyi i okolic (a raczej ze światka turystycznego) atrakcją podobną jak dla nas wyjazd do Turcji. Mniej więcej od Sylwestra wielu moich 'znajomych' chwali się w internecie zdjęciami z: Krakowa, Gdańska, Warszawy i innych miast. Wśród nich duży procent stanowią starszawi tureccy kierowcy, których wzięcie u Polek przewyższa dopuszczalne normy. W skórzanych kurtkach, z wełnianymi czapkami na szyki i butami w czub robią sobie zdjęcia na tle polskiego śniegu, a obok stoją pięknie uśmiechnięte zgrabne i prześliczne Polki.
Fenomen wart poważniejszej analizy...
Oprócz tego że sezon na półmetku, także i ramazanowy post jest już w połowie. Król Pomarańczy nadal wytrwale go przestrzega, a ja już się przyzwyczaiłam do codziennych kłótni. Znalazłam już sposób na przejście przez ten okres w miarę spokojnie. Kiedy sytuacja robi się drażliwa, mówię tylko:
- Porozmawiamy pod koniec miesiąca.
A propos Ramazanu, niedawno dowiedziałam się, że kilka lat temu codzienne walenie w bębny na pobudkę (tradycyjne podczas postu "budzenie" mieszkańców na śniadanie i modlitwę; w całej Turcji występuje) zostało w Alanyi zabronione przez Urząd Miasta! Ta uwaga powinna pasować do poprzedniej notki z cyklu "Absurdy". Argumentowano ponoć tym, że turyści nie mogą spać. Ale... jak to możliwe, że walenie w bębny przez kilka minut przeszkadza turystom wypoczywającym w Alanyi, a codzienne walenie dyskotekowych rytmów bezpośrednio pod hotelowymi pokojami do północy czy drugiej nad ranem - nikomu nie przeszkadza i prawdopodobnie nigdy nie będzie zabronione? Cóż, temat wymagający dłuższych przemyśleń...
Co by jednak nie być zbyt złośliwym, pora na uspokojenie. Wczoraj w telewizji natknęłam się na cudowny utwór niesamowitego zespołu Kardeş Türküler, który kompletnie mnie rozbroił. Jest to bardzo ceniona grupa muzyków skupiona woków Uniwersytetu Boğazici. Od 1993 roku wykonują znane anatolijskie utwory ludowe w językach: tureckim, arabskim, kurdyjskim, asyryjskim, ormiańskim, azerskim i gruzińskim. Korzystają przy tym oczywiście z oryginalnych ludowych instrumentów. Słuchanie takiej muzyki i świadomość, jak jeden zespół godzi wszelkie kulturowe konflikty w bardzo prosty sposób - po prostu wzrusza. Jestem wierna nieco wyświechtanemu ale aktualnemu poglądowi, że muzyka łagodzi obyczaje i w przypadku Kardeş Türküler (dosł. "Bracia grający muzykę türkü") doskonale się to sprawdza. Zapraszam do słuchania i oglądania :
PS. Następna notka nie wiem kiedy, bo w najbliższą środę przyjeżdża do Turcji na całe 2 tygodnie mój prywatny gość specjalny... i to razem z moim naprawionym obiektywem! A to oznacza, że mam nadzieję trochę z nią (bo gość to kobieta :)) poprzebywać, pojeździć, poplotkować, a i zdjęć pewnie porobię sporo... Możecie więc czasowo odejść od odbiorników... ale nie na za długo :)
niedziela, 26 czerwca 2011
FESTIWAL POMARANCZY W OBA
Siedzę sobie tutaj w mojej alanijskiej wiosce o wdzięcznej nazwie Oba (z dopiskiem köy, czyli wieś) i ciężko mi się wyrwać do świata.
Aż tu nagle całą wioskę, wszystkie spokojne osiedla z basenami, wszystkie leniwe hotele z opalonymi animatorami obiegła piorunująca wiadomość: w Oba odbywa się Festiwal Pomarańczy! Na dodatek z dopiskiem: Turystyka, Kultura i Sztuka!
Festiwal miał trwać jeden dzień, z głównym punktem programu w postaci występu gwiazdy tureckiego popu - Mustafy Ceceli. "Na Mustafę" zjechała do naszej uroczej wsi cała Alanya, a więc zrobiło się tłoczno, jak nigdy (albo: jak na zeszłorocznym festiwalu).
Siedząc w biurze w żartach rozprawialiśmy o tym, że co to w Oba za Festiwal Pomarańczy, jaki to ma związek z kulturą i sztuką?! I jaki związek ma Mustafa C.? Że może, dowcipkujemy dalej, powinno się po prostu porozdawać ludziom pomarańcze, albo urządzić pomarańczową bitwę na wzór tej, jaką się w Hiszpanii robi z pomidorów?
W końcu usłyszeliśmy gwar i muzykę: oto rozpoczął się korowód festiwalowy. Jak tradycja każe, przeszli w grzecznym szyku uczniowie szkółek tańca i hotelowi animatorzy we frywolnych strojach. Klasycznie.

A potem się zaczęło... było dokładnie jak w naszych żartach. ROZDAWANO POMARAŃCZE!



Aż tu nagle całą wioskę, wszystkie spokojne osiedla z basenami, wszystkie leniwe hotele z opalonymi animatorami obiegła piorunująca wiadomość: w Oba odbywa się Festiwal Pomarańczy! Na dodatek z dopiskiem: Turystyka, Kultura i Sztuka!
Festiwal miał trwać jeden dzień, z głównym punktem programu w postaci występu gwiazdy tureckiego popu - Mustafy Ceceli. "Na Mustafę" zjechała do naszej uroczej wsi cała Alanya, a więc zrobiło się tłoczno, jak nigdy (albo: jak na zeszłorocznym festiwalu).
Siedząc w biurze w żartach rozprawialiśmy o tym, że co to w Oba za Festiwal Pomarańczy, jaki to ma związek z kulturą i sztuką?! I jaki związek ma Mustafa C.? Że może, dowcipkujemy dalej, powinno się po prostu porozdawać ludziom pomarańcze, albo urządzić pomarańczową bitwę na wzór tej, jaką się w Hiszpanii robi z pomidorów?
W końcu usłyszeliśmy gwar i muzykę: oto rozpoczął się korowód festiwalowy. Jak tradycja każe, przeszli w grzecznym szyku uczniowie szkółek tańca i hotelowi animatorzy we frywolnych strojach. Klasycznie.
A potem się zaczęło... było dokładnie jak w naszych żartach. ROZDAWANO POMARAŃCZE!
wtorek, 21 czerwca 2011
WIATR WE WLOSACH
Nie jest fajnie codziennie tylko siedzieć i siedzieć w biurze, od rana do wieczora. Pracując kilka lat jako pilot, będąc codziennie w innym miejscu, a to na wycieczkach, a to w hotelu, a to na lotnisku, człowiek przyzwyczaił się do ruchu, aktywności, nieco zwariowanego trybu życia.
Zupełnie nie przeszkadzają mi rozczochrane włosy i zakurzony t-shirt oraz spalony nos, jeśli towarzyszą wyprawie w góry i to w ramach pracy. Za to nie trawię kompletnie tak zwanych eleganckich ciuchów, wyprasowanych na kancik mundurków (zmora pracy rezydenta) i tak zwanych "krytych butów".
Wczoraj wreszcie się udało przypomnieć sobie ten stary, dobry, zakurzony stan. Krótko, bo krótko, ale w planach mam powtórki. Jakże piękne i przyjemne uczucie mieć całe miasto u swoich stóp, kurz w zębach i wiatr we włosach. To jest to!
Od dawna chciałam zobaczyć z bliska, jak wygląda lot na paralotni i na czym dokładnie polega. Udało się pojechać na "przyczepkę" ze znajomymi, którzy zdecydowali się na pierwszy lot.
Alanya nie jest jakimś idealnym miejscem do uprawiania tego sportu - to chyba kwestia wiatru - dużo wdzięczniejszym jest rejon Ölüdeniz, panują tam ponoć jedne z najlepszych na świecie warunków. Mimo to wrażenia i widoki z 700-metrowego wzgórza, na które wspięliśmy się jeepem - niezapomniane. Cała Alanya u stóp...
Lot trwa kilkanaście minut, zależnie od warunków pogodowych. Ponoć cała operacja nie jest trudna, w końcu leci się z instruktorem. Zaczęło mnie kusić, żeby kiedyś spróbować. Może na urodziny? Zauważyłam że lot często jest traktowany jako idealny choć nieco ekstremalny urodzinowy prezent... :)

Plecak ze spadochronem przed wypakowaniem waży 40kg. Na szczęście nosi go instruktor :)

Przygotowania.

Pierwszy raz tak wysoko...

Całe miasto u stóp!
U nas w Alanyi już naprawdę gorąco, zaczęło się typowe lato. I tak w porównaniu do np. zeszłego roku jest dużo bardziej sensownie, da się wytrzymać. Wilgotność już "skoczyła" na wysoki poziom, a temperatura spokojnie przekracza 35 stopni w ciągu dnia. Cieszę się niezmiernie, że mieszkanie mamy dobrze usytuowane, a budynek posiada niezłą izolację. Jak dotąd nie trzeba było jeszcze używać klimy!
Na ochłodę, na to spokojne i wciąż ciepłe (34 st.o godzinie 19:00) wtorkowe popołudnie, filmik dowodzący fantazji tureckiej.
Oto w Rize, w rejonie Morza Czarnego w ramach myjni samochodowej zaoferowano usługę "Basen gratis" - kierowcy dający swoje samochody do umycia mogą się dowoli popluskać w przyczepie ciężarówki wypełnionej piętnastoma tonami wody. Twórca tego niezwykłego pomysłu opowiada w reportażu, że ponieważ ciężarówką może jechać wszędzie, towarzyszy mu także basen - i wykąpać się w nim może kiedy tylko dusza zapragnie ;)
Artykułowi towarzyszy nagłówek w rodzaju: "Taką kreatywność mają tylko oni" - dotyczy oczywiście mieszkańców rejonu Morza Czarnego (Karadenizciler), którzy mają opinię przesympatycznych, nieco naiwnych i pełnych fantazji ludzi :)
Filmik tutaj
No to - chlup!
Zupełnie nie przeszkadzają mi rozczochrane włosy i zakurzony t-shirt oraz spalony nos, jeśli towarzyszą wyprawie w góry i to w ramach pracy. Za to nie trawię kompletnie tak zwanych eleganckich ciuchów, wyprasowanych na kancik mundurków (zmora pracy rezydenta) i tak zwanych "krytych butów".
Wczoraj wreszcie się udało przypomnieć sobie ten stary, dobry, zakurzony stan. Krótko, bo krótko, ale w planach mam powtórki. Jakże piękne i przyjemne uczucie mieć całe miasto u swoich stóp, kurz w zębach i wiatr we włosach. To jest to!
Od dawna chciałam zobaczyć z bliska, jak wygląda lot na paralotni i na czym dokładnie polega. Udało się pojechać na "przyczepkę" ze znajomymi, którzy zdecydowali się na pierwszy lot.
Alanya nie jest jakimś idealnym miejscem do uprawiania tego sportu - to chyba kwestia wiatru - dużo wdzięczniejszym jest rejon Ölüdeniz, panują tam ponoć jedne z najlepszych na świecie warunków. Mimo to wrażenia i widoki z 700-metrowego wzgórza, na które wspięliśmy się jeepem - niezapomniane. Cała Alanya u stóp...
Lot trwa kilkanaście minut, zależnie od warunków pogodowych. Ponoć cała operacja nie jest trudna, w końcu leci się z instruktorem. Zaczęło mnie kusić, żeby kiedyś spróbować. Może na urodziny? Zauważyłam że lot często jest traktowany jako idealny choć nieco ekstremalny urodzinowy prezent... :)
Plecak ze spadochronem przed wypakowaniem waży 40kg. Na szczęście nosi go instruktor :)
Przygotowania.
Pierwszy raz tak wysoko...
Całe miasto u stóp!
U nas w Alanyi już naprawdę gorąco, zaczęło się typowe lato. I tak w porównaniu do np. zeszłego roku jest dużo bardziej sensownie, da się wytrzymać. Wilgotność już "skoczyła" na wysoki poziom, a temperatura spokojnie przekracza 35 stopni w ciągu dnia. Cieszę się niezmiernie, że mieszkanie mamy dobrze usytuowane, a budynek posiada niezłą izolację. Jak dotąd nie trzeba było jeszcze używać klimy!
Na ochłodę, na to spokojne i wciąż ciepłe (34 st.o godzinie 19:00) wtorkowe popołudnie, filmik dowodzący fantazji tureckiej.
Oto w Rize, w rejonie Morza Czarnego w ramach myjni samochodowej zaoferowano usługę "Basen gratis" - kierowcy dający swoje samochody do umycia mogą się dowoli popluskać w przyczepie ciężarówki wypełnionej piętnastoma tonami wody. Twórca tego niezwykłego pomysłu opowiada w reportażu, że ponieważ ciężarówką może jechać wszędzie, towarzyszy mu także basen - i wykąpać się w nim może kiedy tylko dusza zapragnie ;)
Artykułowi towarzyszy nagłówek w rodzaju: "Taką kreatywność mają tylko oni" - dotyczy oczywiście mieszkańców rejonu Morza Czarnego (Karadenizciler), którzy mają opinię przesympatycznych, nieco naiwnych i pełnych fantazji ludzi :)
Filmik tutaj
No to - chlup!
sobota, 11 czerwca 2011
SOBOTNI MISZ MASZ / mola
Dziś jest sobota, jakaś taka wyjątkowo leniwa i nudnawa. Siedzę w biurze, nogi wyciągnęłam na biurku, Król Pomarańczy właśnie udał się na drzemkę. Jest gorąco, wilgotno - sezon na pocenie się właśnie się zaczął, z hotelu nieopodal sączy się ta sama od kilku tygodni smętna saksofonowa muzyka.
A propos drzemki, zastanawiam się, dlaczego w naszym regionie nie ma żadnej oficjalnej przerwy typu hiszpańska 'sjesta'.
Nie ma, że między 12 a 14 życie w mieście zamiera, biura, banki i sklepy się zamykają, i wszyscy jak jeden mąż (i żona) maszerują do knajp lub domów konsumować obiad a potem na słodką choćby półgodzinną drzemkę. Co prawda urzędy mają przerwę obiadową, ale to co innego. Złośliwy powiedziałby, że przyczyną braku takiej 'sjesty' jest fakt, że Turcy mają nieustanną sjestę, właściwie to praca jest przerywnikiem w trakcie dnia. Turek Śródziemnomorski wciąż gdzieś sobie jeździ, wciąż wpada do kogoś na herbatę, a do kolejnego znajomego na kawę, a do jeszcze innego - akurat załapie się na obiad (np. do nas). Kiedy przyjdzie z powrotem do siebie do biura/firmy, jest już wieczór :)
Pracując w Maroku miałam też do czynienia z ogólnoludzką ucieczką z pracy na dwie-trzy godziny. Zawsze mi się to podobało; a jako jedyna zostawałam w biurze po to, by pracować w spokoju. Od razu widać, że jakaś nietutejsza. Od 12.00 do 14.00 nie dało się nic załatwić - nawet w branży turystycznej, która przecież teoretycznie nie powinna mieć stałych godzin pracy. Kiedy dzwoniłam do kogoś z biura z jakimś pytaniem, nawet pilnym, odpowiedź była jedna: po 14.00 będę w biurze. Albo - nie odbierali telefonu.
Przydałaby się taka oficjalna przerwa (tur. "mola") w tutejszym światku. W końcu jest tak gorąco, że pracować się nie chce. Zamknęlibyśmy biuro (do którego w tych godzinach i tak nikt nie przychodzi) i poszlibyśmy na przerwę. A ja na przykład popływać w basenie, popracować choć troszkę nad krążeniem i delikatną opalenizną.
Tymczasem jest - jak to w Turcji i jak napisałam wyżej - nieoficjalnie. Każdy robi sobie przerwę we własnym zakresie. Nigdy nie wiemy kto, kiedy, o której. Przychodząc na przykład do sklepu można odkryć, że sprzedawca słodko drzemie dla niepoznaki opierając głowę na biurku. Niektórzy z kolei kompletnie się nie krępują: widoki rozłożonych wygodnie na fotelach czy krzesełkach chrapiących Turków są dosyć częste. Kiedy przyjdzie klient - momentalnie zrywają się na nogi.
Nie ma się co dziwić takim zachowaniom. Przy takiej pogodzie organizm domaga się odpoczynku. Szczególnie na początku sezonu, kiedy nie przyzwyczajeni jeszcze jesteśmy do gorąca i wilgotnego podmuchu powietrza. Dodajmy do tego poranne wstawanie, pracę, zmęczenie - po południu oczy zamykają się same. Już nie mówiąc o wieczorze; kiedy wracamy do domu około północy, pięciominutowe oglądanie telewizji przeobraża się w godzinne drzemanie przed włączonym odbiornikiem - i znów nie wiemy, co się dzieje na świecie!
I tak w kółko. Niniejszym postuluję oficjalną MOLĘ popołudniową. Dwie godziny to niby nic, ale potrafi przywrócić człowieka do stanu używalności. Po takiej przerwie być może miałabym wreszcie siłę na wyrwanie się do miasta na wieczorną imprezę czy piwko. Jak dotąd nie bardzo się to udało :)
Z racji że sobota i lekko drzemiący nastrój, nie będę pisała o jutrzejszych wyborach. Tym bardziej że wolę trzymać się od polityki z daleka. Polecam za to ciekawy i dość rzetelny (a jednocześnie nie sensacyjny) artykuł [kliknij].
Dla urozmaicenia wrzucam też trzy zdjęcia:

Pierwsza wizyta nad basenem. Kolega z osiedla odwiedził mnie na ploteczki.

Wyprawa w góry. Cel: niedzielne śniadanie.

A oto i cel w trakcie realizacji. W planie było śniadanie wiejskie, zakończyło się niechcący śniadaniem typu "dla mieszczuchów" na wsi. Ale börek (ten na szczycie, sigara) był bardzo dobry.
OK, dość tego leniuchowania. Pora na "pobudkę" i pora coś zjeść. Dochodzą mnie słuchy, że w naszą stronę zmierza wypieczony, chrupiący lahmacun.
[oto coś, co w założeniu ma dodać nam energii. Przy okazji: patrzcie jak się bawi turecka młodzież!]
Miłej soboty! I niedzieli także!
A niecierpliwym fanom chciałabym tylko uspokoić: książka lada dzień wchodzi do drukarni :)
A propos drzemki, zastanawiam się, dlaczego w naszym regionie nie ma żadnej oficjalnej przerwy typu hiszpańska 'sjesta'.
Nie ma, że między 12 a 14 życie w mieście zamiera, biura, banki i sklepy się zamykają, i wszyscy jak jeden mąż (i żona) maszerują do knajp lub domów konsumować obiad a potem na słodką choćby półgodzinną drzemkę. Co prawda urzędy mają przerwę obiadową, ale to co innego. Złośliwy powiedziałby, że przyczyną braku takiej 'sjesty' jest fakt, że Turcy mają nieustanną sjestę, właściwie to praca jest przerywnikiem w trakcie dnia. Turek Śródziemnomorski wciąż gdzieś sobie jeździ, wciąż wpada do kogoś na herbatę, a do kolejnego znajomego na kawę, a do jeszcze innego - akurat załapie się na obiad (np. do nas). Kiedy przyjdzie z powrotem do siebie do biura/firmy, jest już wieczór :)
Pracując w Maroku miałam też do czynienia z ogólnoludzką ucieczką z pracy na dwie-trzy godziny. Zawsze mi się to podobało; a jako jedyna zostawałam w biurze po to, by pracować w spokoju. Od razu widać, że jakaś nietutejsza. Od 12.00 do 14.00 nie dało się nic załatwić - nawet w branży turystycznej, która przecież teoretycznie nie powinna mieć stałych godzin pracy. Kiedy dzwoniłam do kogoś z biura z jakimś pytaniem, nawet pilnym, odpowiedź była jedna: po 14.00 będę w biurze. Albo - nie odbierali telefonu.
Przydałaby się taka oficjalna przerwa (tur. "mola") w tutejszym światku. W końcu jest tak gorąco, że pracować się nie chce. Zamknęlibyśmy biuro (do którego w tych godzinach i tak nikt nie przychodzi) i poszlibyśmy na przerwę. A ja na przykład popływać w basenie, popracować choć troszkę nad krążeniem i delikatną opalenizną.
Tymczasem jest - jak to w Turcji i jak napisałam wyżej - nieoficjalnie. Każdy robi sobie przerwę we własnym zakresie. Nigdy nie wiemy kto, kiedy, o której. Przychodząc na przykład do sklepu można odkryć, że sprzedawca słodko drzemie dla niepoznaki opierając głowę na biurku. Niektórzy z kolei kompletnie się nie krępują: widoki rozłożonych wygodnie na fotelach czy krzesełkach chrapiących Turków są dosyć częste. Kiedy przyjdzie klient - momentalnie zrywają się na nogi.
Nie ma się co dziwić takim zachowaniom. Przy takiej pogodzie organizm domaga się odpoczynku. Szczególnie na początku sezonu, kiedy nie przyzwyczajeni jeszcze jesteśmy do gorąca i wilgotnego podmuchu powietrza. Dodajmy do tego poranne wstawanie, pracę, zmęczenie - po południu oczy zamykają się same. Już nie mówiąc o wieczorze; kiedy wracamy do domu około północy, pięciominutowe oglądanie telewizji przeobraża się w godzinne drzemanie przed włączonym odbiornikiem - i znów nie wiemy, co się dzieje na świecie!
I tak w kółko. Niniejszym postuluję oficjalną MOLĘ popołudniową. Dwie godziny to niby nic, ale potrafi przywrócić człowieka do stanu używalności. Po takiej przerwie być może miałabym wreszcie siłę na wyrwanie się do miasta na wieczorną imprezę czy piwko. Jak dotąd nie bardzo się to udało :)
Z racji że sobota i lekko drzemiący nastrój, nie będę pisała o jutrzejszych wyborach. Tym bardziej że wolę trzymać się od polityki z daleka. Polecam za to ciekawy i dość rzetelny (a jednocześnie nie sensacyjny) artykuł [kliknij].
Dla urozmaicenia wrzucam też trzy zdjęcia:
Pierwsza wizyta nad basenem. Kolega z osiedla odwiedził mnie na ploteczki.
Wyprawa w góry. Cel: niedzielne śniadanie.
A oto i cel w trakcie realizacji. W planie było śniadanie wiejskie, zakończyło się niechcący śniadaniem typu "dla mieszczuchów" na wsi. Ale börek (ten na szczycie, sigara) był bardzo dobry.
OK, dość tego leniuchowania. Pora na "pobudkę" i pora coś zjeść. Dochodzą mnie słuchy, że w naszą stronę zmierza wypieczony, chrupiący lahmacun.
[oto coś, co w założeniu ma dodać nam energii. Przy okazji: patrzcie jak się bawi turecka młodzież!]
Miłej soboty! I niedzieli także!
A niecierpliwym fanom chciałabym tylko uspokoić: książka lada dzień wchodzi do drukarni :)
poniedziałek, 16 maja 2011
BAJKI O YABANCI a magia ksiazki
Najpierw dobre informacje: TUTAJ już można wstępnie zamawiać książkę w przedsprzedaży (uwaga dodatkowa: niech nikt się nie sugeruje lakonicznym opisem książki, myślę że jest ciekawsza niż to pozornie wygląda :))
Ostatni tydzień był... niesamowity. To dlatego tak długo pisałam tą notkę, że zamieszczam ją dopiero dzisiaj. Spędziłam kilka dni w sporym stresie, przeżywając tak zwaną niepewność jutra. Na szczęście wszystko ma się zakończyć pozytywnie, są dobre nadzieje na tak zwane "potem". Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, ale... chodzi o temat, który nęka większość cudzoziemców mieszkających w Turcji. Dokładniej o idealistyczną wizję, by pracować legalnie, i o trudność w jej zrealizowaniu. Kto nigdy nie pracował w Turcji, może nie do końca zrozumie wagę problemu. Mieszkając w Polsce czy Europie wydaje się przecież banalnie proste: szukamy pracy, w końcu ją znajdujemy, i już.
Tymczasem w Turcji... zacznijmy od tego, że mamy tutaj etykietkę "YABANCI", czyli obcokrajowiec (dosłownie: 'obcy'). Budzimy ciekawość i sensację tam, gdzie się pojawiamy. Poświęcona jest nam oczywiście osobna komórka Policji.
Dlaczego?
Bo nic nie jest takie proste jak się wydaje. Tym bardziej w Turcji.
Obcokrajowiec przebywający w Turcji turystycznie i chcący sobie przedłużyć pobyt, musi poczynić w tym celu pewne zabiegi, zasilając przy okazji budżet Republiki Tureckiej. Nie wystarczy, że kupiliśmy na granicy wizę turystyczną - ona jest tylko na czas określony (przez lata była na 30 dni, od niedawna dla Polaków na 3 miesiące). No i tylko w celu turystycznym.
Aby udowodnić Tureckiej Republice, że nasze marzenie, by przedłużyć pobyt w bajecznej turcji nie jest dowodem niezrównoważenia, musimy udać się do wspomnianego wyżej Wydziału ds. Cudzoziemców i aplikować o tak zwane "oturma izini" czyli pozwolenie na pobyt. Pal licho, jeśli będzie to tylko na jeden czy dwa dodatkowe miesiące! Gorzej, jeśli z mniej lub bardziej romantycznych względów zachce nam się zostać dłużej.
Składamy wtedy wniosek, dołączamy zdjęcia, jedziemy do urzędu podatkowego opłacić nasze pozwolenie za określoną ilość miesięcy (do niedawna były to bajońskie sumy, np. za rok równowartość tysiąca złotych; od kwietnia tego roku kilkakrotnie mniej). Udowadniamy też, że stać nas na pobyt w Turcji - musimy mieć sumę 400 euro miesięcznie po to, by się utrzymać. Policjanci wymagają też dokumentu poświadczającego miejsce zamieszkania (umowa najmu, albo list "miłosny" od boyfrienda że mieszkamy u niego). Jeśli mamy szczęście i troszkę oleju w głowie, a także dobrze poinformowanych znajomych, którzy przechodzili to samo (ten ostatni punkt chyba najważniejszy), cała procedura jest do ogarnięcia bez większego bólu.
Nie damy się tak łatwo odprawić policjantowi, przyjmuje nasz wniosek, i oto w ciągu tygodnia-dwóch mamy w ręce magiczną niebieską książeczkę, tzw. ikamet. To nasz dowód tożsamości (poza paszportem) na terenie Turcji.
Gorzej, jeśli jesteśmy sami, nie znamy języka; często decydujemy się wtedy na opiekę tzw. takibci o którym wspominałam dwie notki wcześniej. Płacimy absurdalne pieniądze za złożenie tych dokumentów wiedzeni za rączkę przez Pana Wszechwładnego (przynajmniej taki nam się wydaje) i zyjemy w przekonaniu, że bez takibci "oturma izni" w ogóle byśmy nie dostali.
Ostatnia opcja jest taka, że uczymy się na własnych błędach. Idziemy z wnioskiem wypełnionym źle. Czekamy w kolejce, dostajemy następny, wypełniamy go prawidłowo, ale teraz brakuje nam zaświadczenia o finansach - mamy papierek z kantoru o wymianie pieniędzy, ale potrzebny jest wyciąg z banku, z naszego tureckiego konta. Nie mamy konta. Walczymy dalej. W końcu dowiadujemy się jak ten przepis obejść. Obchodzimy. Przychodzimy znów - tym razem brakuje umowy wynajmu mieszkania. I tak dalej, i tak dalej, aż w końcu policjant przyjmuje dokumenty. Ufff.
Tyle się już namęczyliśmy i napociliśmy, a przecież mamy dopiero "oturma izini", czyli wizę pobytową prywatną, turystyczną. Nie mamy absolutnie prawa do pracy w Turcji!
Podchodząc do tematu stoicko, stwierdzamy, że taki trening świetnie nas wyszkolił do walki o pozwolenie na pracę. W Turcji sposobów jego zdobycia jest kilka, ba, wydawałoby się mnóstwo, ale każdy gwarantuje nam innego rodzaju emocje.
Opcja pierwsza: Praca legalna w Turcji czyli niemożliwe może być możliwe
Brzmi kusząco (dla maniaków Turcji oczywiście, nie dla normalnych ludzi), ale to droga przez mękę. Najpierw znajdujemy firmę, która chce nas przyjąć na dane stanowisko. Firma i my musimy mieć pewność, że na naszym stanowisku nie zatrudnionoby Turka (wtedy szanse na otrzymanie pozwolenia maleją) - dlatego przydaje się znajomość języka polskiego, możemy wtedy pracować np. w firmach handlowych robiących interesy z Polską; albo mieć inne specjalistyczne umiejętności. Jest wiele zawodów, których absolutnie cudzoziemiec nie może wykonywać (np. pielęgniarka) - zarezerwowane są tylko dla Turków.
Kolejnym krokiem jest przekonanie pracodawcy, że jesteśmy niezastąpieni i że warto nas zatrudnić na stałe, a w związku z tym zająć się wyrabianiem pozwolenia na pracę. O pozwolenie aplikuje konkretny pracodawca i jest ono dawane min. na rok - dlatego prace sezonowe nie mają tutaj szans. Jeśli zmieni się firmę cała zabawa rozpoczyna się od nowa. Pracodawca zajmuje się wysyłaniem sterty dokumentów do Ministerstwa Pracy, my dostarczamy mu kolejną stertę, i czekamy. Czekanie trwa nawet kilka miesięcy i nierzadko kończy się odmową... Oczywiście do czasu uzyskania pozwolenia pracujemy... nielegalnie. To dlatego wielu pracodawców zwodzi swoich "yabanci" i mami obietnicą pozwolenia; czasami świadomie a czasami nie - wielu z nich nie ma pojęcia, ile zabiegów trzeba poczynić. Wielu pracownikow czeka na pozwolenia bez końca, wciąż pracując nielegalnie, aż w końcu się przyzwyczajają.
Opcja druga: Turystyka czyli jestem delegatem
Przerabione przeze mnie latami rozwiązanie, które uważam za idealne, a na pewno idealne w turystyce. Zresztą możliwe tylko w tej branży. W skrócie: pracujemy dla firmy polskiej lub innej zagranicznej (biuro podróży), które nawiązuje oficjalną współpracę z tureckim biurem lokalnym (tzw. incoming). Oba biura wnioskują do Urzędu ds. Cudzoziemców o wystawienie specjalnego pozwolenia dla swojego de facto "delegata", który pensje i wszystkie świadczenia ma zapewnione przez firmę polską.
Na podstawie firmowych dokumentów delegat (pilot, rezydent) dostaje "ikamet" z wpisanym pozwoleniem na pracę na określony czas (kilka miesięcy) dla danej firmy. Bez stresu i bez problemu. Realnie pracujemy w Turcji, ale faktycznie jesteśmy pracownikami polskimi. I włos nam z głowy spaść nie może.
Opcja trzecia: Niezależność, czyli własna firma
Cudzoziemcy mogą zakładać własne firmy-spółki z Turkami (jeśli chcą mieć firmę samodzielnie, warunkiem jest wcześniejszy kilkuletni udowodniony pobyt w Turcji; znów: ikamet). Zakładanie działalności jak i w Polsce to użeranie się z papierkami, choć wszyscy przekonują, że można nawet w jeden dzień, jak i u nas :)
Niezbędne będą przysięgłe tłumaczenia rozmaitych dokumentów, jak paszport czy dyplom ukończenia studiów, poświadczone notarialnie.
Co ciekawe, nawet będąc współwłaścicielem firmy w Turcji, trzeba wyrobić pozwolenie na pracę w Ministerstwie. Na szczęście zasady wydają się być łagodniejsze dla przedsiębiorców - po złożeniu wymaganych dokumentów możemy pracować legalnie spokojnie czekając, aż upragniona wiza pracownicza do nas dotrze, choć pewne źródła utrzymują, że absolutnie nie. Ta rozbieżność wynika z tego, że wedle niektórych właściciel firmy zajmuje się tylko "byciem właścicielem", a to przecież nie praca (takie rozumowanie trafia do wyobraźni, kiedy widzi się niektórych "szefów" Turków). Natomiast kiedy zakasujemy rękawy, wskakujemy za ladę sklepową i sami obsługujemy klientów, nie zważając na nasz szumny status "właściciela" - wykonujemy już pracę, która wymaga pozwolenia.
Temat jak dotąd także i dla mnie jest niejasny ale wyraziście ukazujący arkana tureckiej logiki.
Starając się o pozwolenie możemy być pewni, że pewnego pięknego dnia na pewno nasze miejsce pracy odwiedzi policjant zajmujący się yabanci, po to aby sprawdzić, czy aby na pewno pracujemy, i czy nie zajmujemy się "innego rodzaju" działalnością (jeśli jesteśmy kobietami z Europy Środkowej i Wschodniej). Jeśli policjant przychodzi po złożeniu przez nas dokumentów, nie ma się co obawiać. Wygląda groźnie, ale da się przeżyć.
Jeśli natomiast wybraliśmy opcję czwartą...
Opcja czwarta - praca na czarno
W Turcji na czarno nie pracują tylko yabanci, ale i całe zastępy obywateli tego kraju. Szczególnie tutaj, w turystyce. Wielu z nich nie zawraca sobie głowy formalnościami. Wszystkie ustalenia są "na gębę" czy "mordę" (zależnie od osoby). W związku z tym czymś normalnym jest niewypłacanie pensji lub przynajmniej zwlekanie z jej wypłatą.
Podobny schemat dotyczy nieświadomych niczego cudzoziemców. Praca na czarno często uchodzi nam na sucho, ale trzeba mieć świadomość, że w niektórych przypadkach kończy się gorzej niż niemiło - deportacją. Wszystko zależy od zawodu jaki wykonujemy, rejonu i miasta w jakim się znajdujemy i tego, czy dużo osób nas zna. Najgorzej, jeśli region jest mały, wszyscy nas kojarzą, a co gorsza - interes idzie nam nieźle. Takie przesłanki dramatycznie zwiększają zagrożenie tzw. kablem.
Wróg, konkurent czy zwykły zazdrośnik nasyła na nas Policję ds. Cudzoziemców, która wtedy wcale nie jest miła. Czasami kończy się na ostrzeżeniu, czasami na karze finansowej dla pracodawcy i pracownika, a czasami na natychmiastowej deportacji do kraju z zakazem wjazdu np. na 5 lat.
Nie pomogą wtedy tłumaczenia, że siedzimy tylko w firmie na internecie, że gramy w sapera, albo że pracuje tutaj nasz turecki chłopak/kochanek/i wielka miłość życia. Do takich tłumaczeń policja jest przyzwyczajona: mieszane pary na Riwierze to przecież codzienność.
Notka cała jak widać miała na celu uświadomienie społeczeństwa polskiego. Wcale nie jest tak różowo jak się wydaje młodym entuzjastycznym maniakom pracy w Turcji.
Warto też pamiętać o tym, że w branży turystycznej pałęta się dużo tak zwanych niedobrych ludzi, którzy będą kablować policji tylko dlatego, że praca w miarę nam wychodzi - i tylko dlatego że jesteśmy yabanci. Wiele osób przyjmuje za oczywiste, że jeśli gdzieś pracuje obcokrajowiec, to na pewno nielegalnie - i dlatego można na niego z "czystym sumieniem" donieść policji. Potem dziwią się, że nic się nie stało a niechciany obcokrajowiec jakby nigdy nic przychodzi do pracy :)
Miałam ostatnio przyjemność poznać rozmaitych policjantów (tylko nie myślcie, że stosuję opcję czwartą). W nawiązywaniu kontaktu pomogła mi... "magia książki". Kiedy wydało się, że napisałam ksiązkę o Turcji, policjant zapytał tylko, czy tekst jest już zatwierdzony do druku, czy już nic więcej nie da się tam dopisać.
Kiedy odpowiedziałam, że tak, uspokojony odpowiedział:
- To bardzo dobrze. Przynajmniej już nie napiszesz o nas.
No, to chyba tyle. Pora wreszcie opublikować tą notkę. Wszystkim tureckim pracownikom yabanci, zarówno tym legalnym, jak i nielegalnym, życzę miłej pracy - i dużo szczęścia! :)
Ostatni tydzień był... niesamowity. To dlatego tak długo pisałam tą notkę, że zamieszczam ją dopiero dzisiaj. Spędziłam kilka dni w sporym stresie, przeżywając tak zwaną niepewność jutra. Na szczęście wszystko ma się zakończyć pozytywnie, są dobre nadzieje na tak zwane "potem". Nie chcę tutaj wdawać się w szczegóły, ale... chodzi o temat, który nęka większość cudzoziemców mieszkających w Turcji. Dokładniej o idealistyczną wizję, by pracować legalnie, i o trudność w jej zrealizowaniu. Kto nigdy nie pracował w Turcji, może nie do końca zrozumie wagę problemu. Mieszkając w Polsce czy Europie wydaje się przecież banalnie proste: szukamy pracy, w końcu ją znajdujemy, i już.
Tymczasem w Turcji... zacznijmy od tego, że mamy tutaj etykietkę "YABANCI", czyli obcokrajowiec (dosłownie: 'obcy'). Budzimy ciekawość i sensację tam, gdzie się pojawiamy. Poświęcona jest nam oczywiście osobna komórka Policji.
Dlaczego?
Bo nic nie jest takie proste jak się wydaje. Tym bardziej w Turcji.
Obcokrajowiec przebywający w Turcji turystycznie i chcący sobie przedłużyć pobyt, musi poczynić w tym celu pewne zabiegi, zasilając przy okazji budżet Republiki Tureckiej. Nie wystarczy, że kupiliśmy na granicy wizę turystyczną - ona jest tylko na czas określony (przez lata była na 30 dni, od niedawna dla Polaków na 3 miesiące). No i tylko w celu turystycznym.
Aby udowodnić Tureckiej Republice, że nasze marzenie, by przedłużyć pobyt w bajecznej turcji nie jest dowodem niezrównoważenia, musimy udać się do wspomnianego wyżej Wydziału ds. Cudzoziemców i aplikować o tak zwane "oturma izini" czyli pozwolenie na pobyt. Pal licho, jeśli będzie to tylko na jeden czy dwa dodatkowe miesiące! Gorzej, jeśli z mniej lub bardziej romantycznych względów zachce nam się zostać dłużej.
Składamy wtedy wniosek, dołączamy zdjęcia, jedziemy do urzędu podatkowego opłacić nasze pozwolenie za określoną ilość miesięcy (do niedawna były to bajońskie sumy, np. za rok równowartość tysiąca złotych; od kwietnia tego roku kilkakrotnie mniej). Udowadniamy też, że stać nas na pobyt w Turcji - musimy mieć sumę 400 euro miesięcznie po to, by się utrzymać. Policjanci wymagają też dokumentu poświadczającego miejsce zamieszkania (umowa najmu, albo list "miłosny" od boyfrienda że mieszkamy u niego). Jeśli mamy szczęście i troszkę oleju w głowie, a także dobrze poinformowanych znajomych, którzy przechodzili to samo (ten ostatni punkt chyba najważniejszy), cała procedura jest do ogarnięcia bez większego bólu.
Nie damy się tak łatwo odprawić policjantowi, przyjmuje nasz wniosek, i oto w ciągu tygodnia-dwóch mamy w ręce magiczną niebieską książeczkę, tzw. ikamet. To nasz dowód tożsamości (poza paszportem) na terenie Turcji.
Gorzej, jeśli jesteśmy sami, nie znamy języka; często decydujemy się wtedy na opiekę tzw. takibci o którym wspominałam dwie notki wcześniej. Płacimy absurdalne pieniądze za złożenie tych dokumentów wiedzeni za rączkę przez Pana Wszechwładnego (przynajmniej taki nam się wydaje) i zyjemy w przekonaniu, że bez takibci "oturma izni" w ogóle byśmy nie dostali.
Ostatnia opcja jest taka, że uczymy się na własnych błędach. Idziemy z wnioskiem wypełnionym źle. Czekamy w kolejce, dostajemy następny, wypełniamy go prawidłowo, ale teraz brakuje nam zaświadczenia o finansach - mamy papierek z kantoru o wymianie pieniędzy, ale potrzebny jest wyciąg z banku, z naszego tureckiego konta. Nie mamy konta. Walczymy dalej. W końcu dowiadujemy się jak ten przepis obejść. Obchodzimy. Przychodzimy znów - tym razem brakuje umowy wynajmu mieszkania. I tak dalej, i tak dalej, aż w końcu policjant przyjmuje dokumenty. Ufff.
Tyle się już namęczyliśmy i napociliśmy, a przecież mamy dopiero "oturma izini", czyli wizę pobytową prywatną, turystyczną. Nie mamy absolutnie prawa do pracy w Turcji!
Podchodząc do tematu stoicko, stwierdzamy, że taki trening świetnie nas wyszkolił do walki o pozwolenie na pracę. W Turcji sposobów jego zdobycia jest kilka, ba, wydawałoby się mnóstwo, ale każdy gwarantuje nam innego rodzaju emocje.
Opcja pierwsza: Praca legalna w Turcji czyli niemożliwe może być możliwe
Brzmi kusząco (dla maniaków Turcji oczywiście, nie dla normalnych ludzi), ale to droga przez mękę. Najpierw znajdujemy firmę, która chce nas przyjąć na dane stanowisko. Firma i my musimy mieć pewność, że na naszym stanowisku nie zatrudnionoby Turka (wtedy szanse na otrzymanie pozwolenia maleją) - dlatego przydaje się znajomość języka polskiego, możemy wtedy pracować np. w firmach handlowych robiących interesy z Polską; albo mieć inne specjalistyczne umiejętności. Jest wiele zawodów, których absolutnie cudzoziemiec nie może wykonywać (np. pielęgniarka) - zarezerwowane są tylko dla Turków.
Kolejnym krokiem jest przekonanie pracodawcy, że jesteśmy niezastąpieni i że warto nas zatrudnić na stałe, a w związku z tym zająć się wyrabianiem pozwolenia na pracę. O pozwolenie aplikuje konkretny pracodawca i jest ono dawane min. na rok - dlatego prace sezonowe nie mają tutaj szans. Jeśli zmieni się firmę cała zabawa rozpoczyna się od nowa. Pracodawca zajmuje się wysyłaniem sterty dokumentów do Ministerstwa Pracy, my dostarczamy mu kolejną stertę, i czekamy. Czekanie trwa nawet kilka miesięcy i nierzadko kończy się odmową... Oczywiście do czasu uzyskania pozwolenia pracujemy... nielegalnie. To dlatego wielu pracodawców zwodzi swoich "yabanci" i mami obietnicą pozwolenia; czasami świadomie a czasami nie - wielu z nich nie ma pojęcia, ile zabiegów trzeba poczynić. Wielu pracownikow czeka na pozwolenia bez końca, wciąż pracując nielegalnie, aż w końcu się przyzwyczajają.
Opcja druga: Turystyka czyli jestem delegatem
Przerabione przeze mnie latami rozwiązanie, które uważam za idealne, a na pewno idealne w turystyce. Zresztą możliwe tylko w tej branży. W skrócie: pracujemy dla firmy polskiej lub innej zagranicznej (biuro podróży), które nawiązuje oficjalną współpracę z tureckim biurem lokalnym (tzw. incoming). Oba biura wnioskują do Urzędu ds. Cudzoziemców o wystawienie specjalnego pozwolenia dla swojego de facto "delegata", który pensje i wszystkie świadczenia ma zapewnione przez firmę polską.
Na podstawie firmowych dokumentów delegat (pilot, rezydent) dostaje "ikamet" z wpisanym pozwoleniem na pracę na określony czas (kilka miesięcy) dla danej firmy. Bez stresu i bez problemu. Realnie pracujemy w Turcji, ale faktycznie jesteśmy pracownikami polskimi. I włos nam z głowy spaść nie może.
Opcja trzecia: Niezależność, czyli własna firma
Cudzoziemcy mogą zakładać własne firmy-spółki z Turkami (jeśli chcą mieć firmę samodzielnie, warunkiem jest wcześniejszy kilkuletni udowodniony pobyt w Turcji; znów: ikamet). Zakładanie działalności jak i w Polsce to użeranie się z papierkami, choć wszyscy przekonują, że można nawet w jeden dzień, jak i u nas :)
Niezbędne będą przysięgłe tłumaczenia rozmaitych dokumentów, jak paszport czy dyplom ukończenia studiów, poświadczone notarialnie.
Co ciekawe, nawet będąc współwłaścicielem firmy w Turcji, trzeba wyrobić pozwolenie na pracę w Ministerstwie. Na szczęście zasady wydają się być łagodniejsze dla przedsiębiorców - po złożeniu wymaganych dokumentów możemy pracować legalnie spokojnie czekając, aż upragniona wiza pracownicza do nas dotrze, choć pewne źródła utrzymują, że absolutnie nie. Ta rozbieżność wynika z tego, że wedle niektórych właściciel firmy zajmuje się tylko "byciem właścicielem", a to przecież nie praca (takie rozumowanie trafia do wyobraźni, kiedy widzi się niektórych "szefów" Turków). Natomiast kiedy zakasujemy rękawy, wskakujemy za ladę sklepową i sami obsługujemy klientów, nie zważając na nasz szumny status "właściciela" - wykonujemy już pracę, która wymaga pozwolenia.
Temat jak dotąd także i dla mnie jest niejasny ale wyraziście ukazujący arkana tureckiej logiki.
Starając się o pozwolenie możemy być pewni, że pewnego pięknego dnia na pewno nasze miejsce pracy odwiedzi policjant zajmujący się yabanci, po to aby sprawdzić, czy aby na pewno pracujemy, i czy nie zajmujemy się "innego rodzaju" działalnością (jeśli jesteśmy kobietami z Europy Środkowej i Wschodniej). Jeśli policjant przychodzi po złożeniu przez nas dokumentów, nie ma się co obawiać. Wygląda groźnie, ale da się przeżyć.
Jeśli natomiast wybraliśmy opcję czwartą...
Opcja czwarta - praca na czarno
W Turcji na czarno nie pracują tylko yabanci, ale i całe zastępy obywateli tego kraju. Szczególnie tutaj, w turystyce. Wielu z nich nie zawraca sobie głowy formalnościami. Wszystkie ustalenia są "na gębę" czy "mordę" (zależnie od osoby). W związku z tym czymś normalnym jest niewypłacanie pensji lub przynajmniej zwlekanie z jej wypłatą.
Podobny schemat dotyczy nieświadomych niczego cudzoziemców. Praca na czarno często uchodzi nam na sucho, ale trzeba mieć świadomość, że w niektórych przypadkach kończy się gorzej niż niemiło - deportacją. Wszystko zależy od zawodu jaki wykonujemy, rejonu i miasta w jakim się znajdujemy i tego, czy dużo osób nas zna. Najgorzej, jeśli region jest mały, wszyscy nas kojarzą, a co gorsza - interes idzie nam nieźle. Takie przesłanki dramatycznie zwiększają zagrożenie tzw. kablem.
Wróg, konkurent czy zwykły zazdrośnik nasyła na nas Policję ds. Cudzoziemców, która wtedy wcale nie jest miła. Czasami kończy się na ostrzeżeniu, czasami na karze finansowej dla pracodawcy i pracownika, a czasami na natychmiastowej deportacji do kraju z zakazem wjazdu np. na 5 lat.
Nie pomogą wtedy tłumaczenia, że siedzimy tylko w firmie na internecie, że gramy w sapera, albo że pracuje tutaj nasz turecki chłopak/kochanek/i wielka miłość życia. Do takich tłumaczeń policja jest przyzwyczajona: mieszane pary na Riwierze to przecież codzienność.
Notka cała jak widać miała na celu uświadomienie społeczeństwa polskiego. Wcale nie jest tak różowo jak się wydaje młodym entuzjastycznym maniakom pracy w Turcji.
Warto też pamiętać o tym, że w branży turystycznej pałęta się dużo tak zwanych niedobrych ludzi, którzy będą kablować policji tylko dlatego, że praca w miarę nam wychodzi - i tylko dlatego że jesteśmy yabanci. Wiele osób przyjmuje za oczywiste, że jeśli gdzieś pracuje obcokrajowiec, to na pewno nielegalnie - i dlatego można na niego z "czystym sumieniem" donieść policji. Potem dziwią się, że nic się nie stało a niechciany obcokrajowiec jakby nigdy nic przychodzi do pracy :)
Miałam ostatnio przyjemność poznać rozmaitych policjantów (tylko nie myślcie, że stosuję opcję czwartą). W nawiązywaniu kontaktu pomogła mi... "magia książki". Kiedy wydało się, że napisałam ksiązkę o Turcji, policjant zapytał tylko, czy tekst jest już zatwierdzony do druku, czy już nic więcej nie da się tam dopisać.
Kiedy odpowiedziałam, że tak, uspokojony odpowiedział:
- To bardzo dobrze. Przynajmniej już nie napiszesz o nas.
No, to chyba tyle. Pora wreszcie opublikować tą notkę. Wszystkim tureckim pracownikom yabanci, zarówno tym legalnym, jak i nielegalnym, życzę miłej pracy - i dużo szczęścia! :)
sobota, 30 kwietnia 2011
NA SWIETO PRACY
Nie wiadomo jak i kiedy skończył się kwiecień... oficjalnie zaczął się sezon letni. Jakoś w tym roku dużo wcześniej, choć pogoda nam nie sprzyjała. Ostatnich kilka tygodni to taka... polska pogoda. Czasem słońce, czasem deszcz. I pierwsi turyści, trochę zbici z tropu. Pewnie nie tak to sobie wyobrażali.
Na szczęście (odpukać) od wczoraj panuje już prawdziwie alanijskie ciepełko, a ilość plażowiczów gwałtownie wzrosła. Oczywiście ja, jak to ja - nadal chodzę w długich spodniach a na plaży byłam tylko raz (w Wielkanocną Niedzielę). Mam nadzieję i ochotę to zmienić, choć wciąż pamiętam maksymę mojego pierwszego tureckiego szefa: "Dobry rezydent to blady rezydent". W obecnej sytuacji trzeba by "rezydenta" zamienić na "pracownika lokalnego biura podróży", ale sens pozostaje bez zmian. Mimo wszystko wypadałoby trochę podkręcić kolorki, co by nie być antyreklamą proponowanych atrakcji :)
Ostatnie dni to także bardzo dużo pracy: wciąż to załatwianie, jeżdżenie, rozmawianie i - jak to w Turcji - kombinowanie. Przy okazji tego ostatniego poznałam ciekawą instytucję którą dotychczas kojarzyłam tylko ze słyszenia. Chodzi o tak zwanego "takipçi". Dosłownie "takip etmek" znaczy śledzić. Mówiąc po polsku jest to po prostu osoba od "załatwiania". Pozornie wydaje się to całkowicie absurdalne, ale tutaj można zapłacić komuś, kto pomoże nam wypełnić papiery, formularze, i dzięki swoim znajomościom sfinalizuje sprawę, na której nam zależy.
Jako typowa Polka, a do tego jeszcze oszczędna Poznanianka, początkowo sprzeciwiałam się wydawaniu pieniędzy na tego typu pomoc. Okazało się jednak, że Pan Takipçi posiada coś, czego nie ma w stopniu wystarczajacym nawet najbardziej samodzielna i przedsiębiorcza osoba, a mianowicie WTYKI. I to WTYKI dobrze opłacone i regularnie podlewane jak nowalijki na wiosnę.
Instytucji tego typu pełno jest zazwyczaj w okolicach Wydziałów Policji, Urzędów Skarbowych i Oddziałów ds. Cudzoziemców. Działają w tematach wiz, pozwoleń na pracę, wypełniają niezrozumiałe formularze, i robią sto innych rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia. Mają liche obskurne biura, z koszmarnymi oprawionymi w ramkę podobiznami Ataturka i zaraz obok powieszonymi cytatami z Koranu. Panowie Takipçi to takie ważniaki z brzuchami, przy których nie ma co zgrywać ważniaka - w maleńkim obskurnym biurze zabraknie miejsca dla dwóch. Warto jednak pamiętać, że Panowie Takipçi dużo więcej sobie przypisują niż zazwyczaj robią - kiedy powierzy się im swoje sprawy warto mimo wszystko i tak poczytać przepisy, bo zdarza im się o paru drobiazgach zapomnieć, i potem trzeba znów jechać do domu przywieźć kolejny brakujący papier (przetestowałam).
Kiedy z Panem Takipçim wchodzi się na Policję (Oddział ds. Cudzoziemców) odczuwamy, że nagle zaczęto nas zauważać. Przez tyle lat mało istotna, niewidzialna, popychana w kolejce, kolejna "yabancı" (cudzoziemka) nagle stałam się widoczna! Wchodzę z Takipçim i policjanci z daleka nas pozdrawiają, rzucając jemu komplementy ("jaka ładna koszula"). Policjantki także i we mnie coś znalazły; pytają o wiek, o to, czy mam męża, komplementują znajomość języka i zachwycają się mianowicie moim zadartym nosem, pytając typowo po turecku, czy robiłam sobie operację plastyczną. Na marginesie to pytanie zadawano mi już wiele razy; w Turcji zadarty nos jest wielkim marzeniem Turczynek. Po jakimś czasie przestałam się dziwić i oburzać i przyzwyczaiłam się już traktować te słowa jako pochwałę kształtu mojego narządu węchu :)
Takipçi dopilnował wszystkiego, przynajmniej tak obiecuje; sprawy są pod kontrolą. Teraz pozostaje mu tylko zapłacić (ale po załatwieniu sprawy, takipçi jest honorowy i nie będzie kasował wcześniej). Pierwsza podana suma brzmi jak żart, ale okazuje się, że i tu można się targować... A wręcz trzeba. Król Pomarańczy posiadający nieuleczalne handlowe skrzywienie zbił cenę o 50%. Kiedy widzę tłumnie korzystających z usług takipçi innych cudzoziemców aż boję się zgadywać, ile oni płacą...
Na zakończenie notki coś dla rozrywki, żeby było nie tylko pożytecznie, ale i przyjemnie. Reklama. Pisałam kiedyś o śmiesznej i absurdalnej jak dla mnie serii reklam central informacji telefonicznej - w Turcji jest kilka biur numerów o różnych... numerach. Mamy więc na przykład 118 33, 118 80, 118 18, 118 10... wszystkie biura konkurują ze sobą (nie pytajcie dlaczego jest ich tyle, to jeden z absurdów Turcji których nie potrafię zrozumieć). Każde z nich reklamują się gdzie tylko się da, proponując inną melodię z łatwo "wpadającym w ucho" numerem.
Co jakiś czas któraś z reklam staje się moim faworytem, i oto aktualny numer jeden. Korzystny dla osób które uczą się tureckiego, gdyż można nauczyć się wymawiać (jak pokazano na reklamie) liczbę "33". Po turecku: otuz üç.

No, to uwaga, wszyscy razem powtarzamy i trzęsiemy ramionkami: Yüz on sekiz otuz üç!
Miłego długiego weekendu!
Na szczęście (odpukać) od wczoraj panuje już prawdziwie alanijskie ciepełko, a ilość plażowiczów gwałtownie wzrosła. Oczywiście ja, jak to ja - nadal chodzę w długich spodniach a na plaży byłam tylko raz (w Wielkanocną Niedzielę). Mam nadzieję i ochotę to zmienić, choć wciąż pamiętam maksymę mojego pierwszego tureckiego szefa: "Dobry rezydent to blady rezydent". W obecnej sytuacji trzeba by "rezydenta" zamienić na "pracownika lokalnego biura podróży", ale sens pozostaje bez zmian. Mimo wszystko wypadałoby trochę podkręcić kolorki, co by nie być antyreklamą proponowanych atrakcji :)
Ostatnie dni to także bardzo dużo pracy: wciąż to załatwianie, jeżdżenie, rozmawianie i - jak to w Turcji - kombinowanie. Przy okazji tego ostatniego poznałam ciekawą instytucję którą dotychczas kojarzyłam tylko ze słyszenia. Chodzi o tak zwanego "takipçi". Dosłownie "takip etmek" znaczy śledzić. Mówiąc po polsku jest to po prostu osoba od "załatwiania". Pozornie wydaje się to całkowicie absurdalne, ale tutaj można zapłacić komuś, kto pomoże nam wypełnić papiery, formularze, i dzięki swoim znajomościom sfinalizuje sprawę, na której nam zależy.
Jako typowa Polka, a do tego jeszcze oszczędna Poznanianka, początkowo sprzeciwiałam się wydawaniu pieniędzy na tego typu pomoc. Okazało się jednak, że Pan Takipçi posiada coś, czego nie ma w stopniu wystarczajacym nawet najbardziej samodzielna i przedsiębiorcza osoba, a mianowicie WTYKI. I to WTYKI dobrze opłacone i regularnie podlewane jak nowalijki na wiosnę.
Instytucji tego typu pełno jest zazwyczaj w okolicach Wydziałów Policji, Urzędów Skarbowych i Oddziałów ds. Cudzoziemców. Działają w tematach wiz, pozwoleń na pracę, wypełniają niezrozumiałe formularze, i robią sto innych rzeczy, o których nie mam zielonego pojęcia. Mają liche obskurne biura, z koszmarnymi oprawionymi w ramkę podobiznami Ataturka i zaraz obok powieszonymi cytatami z Koranu. Panowie Takipçi to takie ważniaki z brzuchami, przy których nie ma co zgrywać ważniaka - w maleńkim obskurnym biurze zabraknie miejsca dla dwóch. Warto jednak pamiętać, że Panowie Takipçi dużo więcej sobie przypisują niż zazwyczaj robią - kiedy powierzy się im swoje sprawy warto mimo wszystko i tak poczytać przepisy, bo zdarza im się o paru drobiazgach zapomnieć, i potem trzeba znów jechać do domu przywieźć kolejny brakujący papier (przetestowałam).
Kiedy z Panem Takipçim wchodzi się na Policję (Oddział ds. Cudzoziemców) odczuwamy, że nagle zaczęto nas zauważać. Przez tyle lat mało istotna, niewidzialna, popychana w kolejce, kolejna "yabancı" (cudzoziemka) nagle stałam się widoczna! Wchodzę z Takipçim i policjanci z daleka nas pozdrawiają, rzucając jemu komplementy ("jaka ładna koszula"). Policjantki także i we mnie coś znalazły; pytają o wiek, o to, czy mam męża, komplementują znajomość języka i zachwycają się mianowicie moim zadartym nosem, pytając typowo po turecku, czy robiłam sobie operację plastyczną. Na marginesie to pytanie zadawano mi już wiele razy; w Turcji zadarty nos jest wielkim marzeniem Turczynek. Po jakimś czasie przestałam się dziwić i oburzać i przyzwyczaiłam się już traktować te słowa jako pochwałę kształtu mojego narządu węchu :)
Takipçi dopilnował wszystkiego, przynajmniej tak obiecuje; sprawy są pod kontrolą. Teraz pozostaje mu tylko zapłacić (ale po załatwieniu sprawy, takipçi jest honorowy i nie będzie kasował wcześniej). Pierwsza podana suma brzmi jak żart, ale okazuje się, że i tu można się targować... A wręcz trzeba. Król Pomarańczy posiadający nieuleczalne handlowe skrzywienie zbił cenę o 50%. Kiedy widzę tłumnie korzystających z usług takipçi innych cudzoziemców aż boję się zgadywać, ile oni płacą...
Na zakończenie notki coś dla rozrywki, żeby było nie tylko pożytecznie, ale i przyjemnie. Reklama. Pisałam kiedyś o śmiesznej i absurdalnej jak dla mnie serii reklam central informacji telefonicznej - w Turcji jest kilka biur numerów o różnych... numerach. Mamy więc na przykład 118 33, 118 80, 118 18, 118 10... wszystkie biura konkurują ze sobą (nie pytajcie dlaczego jest ich tyle, to jeden z absurdów Turcji których nie potrafię zrozumieć). Każde z nich reklamują się gdzie tylko się da, proponując inną melodię z łatwo "wpadającym w ucho" numerem.
Co jakiś czas któraś z reklam staje się moim faworytem, i oto aktualny numer jeden. Korzystny dla osób które uczą się tureckiego, gdyż można nauczyć się wymawiać (jak pokazano na reklamie) liczbę "33". Po turecku: otuz üç.
No, to uwaga, wszyscy razem powtarzamy i trzęsiemy ramionkami: Yüz on sekiz otuz üç!
Miłego długiego weekendu!
sobota, 23 kwietnia 2011
DZIEŃ DZIECKA I JEGO KONSEKWENCJE
Dzisiaj po pierwsze się wypogodziło. Nie wiadomo na jak długo, ale zdecydowanie można było złapać kolorek. Ba, turyści zanurzyli się w basenach - to już niewątpliwa oznaka początku sezonu..!
Po drugie dzisiaj było święto. Ale nie - nie mówię tu o Paskalyi czyli tureckiej nazwie Wielkanocy, o której istnieniu niestety wielu Turków alanijskich w ogóle nie ma pojęcia. Mam na myśli tak zwany "23 Nisan" czyli 23 kwietnia, dzień mający na celu upamiętnić pierwsze Walne Zgromadzenie Narodowe Republiki Tureckiej w Ankarze. Twórca tego święta Ataturk sprytnie połączył je z rodzimą odmianą Dnia Dziecka. Dla wielu wyznawców kemalizmu to jedno z najważniejszych świąt w kalendarzu (zaraz po Dniu Zwycięstwa i Republiki).
Wyczytałam gdzieś że Turcja od lat stara się o przyznanie świętu 23 kwietnia rangi międzynarodowej, i że uznał je Unicef.
Tyle teorii. Pora na praktykę. Z racji że mieszkam aktualnie blisko stadionu, postanowiłam się wybrać (po raz pierwszy w mojej karierze) na obchody tureckiego Dnia Dziecka. Od tygodnia codziennie odbywały się tu próby przed dzisiejszymi występami stąd moja... ciekawość. Ścieżkę dźwiękową poznałam przez tych kilka dni na pamięć, z czego mój największy zachwyt wzbudziła pani nauczycielka (prawdopodobnie), która wciąż strofowała dzieci, a podczas obiadu w przerwie próby pouczała je następująco: "Pamiętajcie, dzieci, żeby nie zgubić talerzyków - kto zgubi talerzyk płaci 50 lira" :)
Niniejszym nastał słoneczny poranek 23 Nisan, załadowałam aparat i w podskokach pobiegłam na stadion. Kiedy już przepchałam się przez tłum matek z dziećmi i ojców z telefonami komórkowymi moim oczom ukazała się zieloniutka murawa wypełniona nieletnimi maszerującymi. Maszerującymi w idealnym szyku, w niebieskich mundurkach, z wysoko unoszonymi kolankami. W sercu poczułam jakiś ucisk, a w głowie słodkie wspomnienie pierwszomajowych pochodów... Podobieństwo nie było zaskakujące, w końcu obchody 23 Nisan to laurka wystawiana Wielkiej Republice, peany, wierszyki, potęga wojska, zwycięskie bitwy, szczypta ludowizny i tak dalej.
Przypomniało mi się to niesamowite uczucie uczestniczenia w pochodach, kolory, baloniki, muzyka, wata cukrowa, upalna pogoda (któregoś lata po powrocie do domu wskoczyliśmy z bratem do wanny z chłodną wodą; ależ musiało być gorąco). Dla małego dziecka to przeżycie z najwyższej półki.
Bawiłam się więc świetnie, oglądając pokazy taneczne dzieciaków tureckich, i pstrykałam zdjęcia korzystając z wdzięcznego tła w postaci zielonej jak trawka Zajączka Wielkanocnego. Tak jakby się czas zatrzymał :)

Stadion pełen miników (minik - maluch)

- Córeczko, widzisz nas? Tu jesteśmy!

Defilada kolorów i wzorów.

Oczekiwanie 1

Oczekiwanie 2

Zainteresowany obiektywem zamiast wystepami braciszka/siostrzyczki.

Żaden Dzień Dziecka nie może się obyć bez orkiestry dętej :)

Baletniczki dały czadu.

Szczególnie tutaj.

Występ indywidualny poza programem...

Ludowizna.
PS. Wesołego Jajka!
Po drugie dzisiaj było święto. Ale nie - nie mówię tu o Paskalyi czyli tureckiej nazwie Wielkanocy, o której istnieniu niestety wielu Turków alanijskich w ogóle nie ma pojęcia. Mam na myśli tak zwany "23 Nisan" czyli 23 kwietnia, dzień mający na celu upamiętnić pierwsze Walne Zgromadzenie Narodowe Republiki Tureckiej w Ankarze. Twórca tego święta Ataturk sprytnie połączył je z rodzimą odmianą Dnia Dziecka. Dla wielu wyznawców kemalizmu to jedno z najważniejszych świąt w kalendarzu (zaraz po Dniu Zwycięstwa i Republiki).
Wyczytałam gdzieś że Turcja od lat stara się o przyznanie świętu 23 kwietnia rangi międzynarodowej, i że uznał je Unicef.
Tyle teorii. Pora na praktykę. Z racji że mieszkam aktualnie blisko stadionu, postanowiłam się wybrać (po raz pierwszy w mojej karierze) na obchody tureckiego Dnia Dziecka. Od tygodnia codziennie odbywały się tu próby przed dzisiejszymi występami stąd moja... ciekawość. Ścieżkę dźwiękową poznałam przez tych kilka dni na pamięć, z czego mój największy zachwyt wzbudziła pani nauczycielka (prawdopodobnie), która wciąż strofowała dzieci, a podczas obiadu w przerwie próby pouczała je następująco: "Pamiętajcie, dzieci, żeby nie zgubić talerzyków - kto zgubi talerzyk płaci 50 lira" :)
Niniejszym nastał słoneczny poranek 23 Nisan, załadowałam aparat i w podskokach pobiegłam na stadion. Kiedy już przepchałam się przez tłum matek z dziećmi i ojców z telefonami komórkowymi moim oczom ukazała się zieloniutka murawa wypełniona nieletnimi maszerującymi. Maszerującymi w idealnym szyku, w niebieskich mundurkach, z wysoko unoszonymi kolankami. W sercu poczułam jakiś ucisk, a w głowie słodkie wspomnienie pierwszomajowych pochodów... Podobieństwo nie było zaskakujące, w końcu obchody 23 Nisan to laurka wystawiana Wielkiej Republice, peany, wierszyki, potęga wojska, zwycięskie bitwy, szczypta ludowizny i tak dalej.
Przypomniało mi się to niesamowite uczucie uczestniczenia w pochodach, kolory, baloniki, muzyka, wata cukrowa, upalna pogoda (któregoś lata po powrocie do domu wskoczyliśmy z bratem do wanny z chłodną wodą; ależ musiało być gorąco). Dla małego dziecka to przeżycie z najwyższej półki.
Bawiłam się więc świetnie, oglądając pokazy taneczne dzieciaków tureckich, i pstrykałam zdjęcia korzystając z wdzięcznego tła w postaci zielonej jak trawka Zajączka Wielkanocnego. Tak jakby się czas zatrzymał :)
Stadion pełen miników (minik - maluch)
- Córeczko, widzisz nas? Tu jesteśmy!
Defilada kolorów i wzorów.
Oczekiwanie 1
Oczekiwanie 2
Zainteresowany obiektywem zamiast wystepami braciszka/siostrzyczki.
Żaden Dzień Dziecka nie może się obyć bez orkiestry dętej :)
Baletniczki dały czadu.
Szczególnie tutaj.
Występ indywidualny poza programem...
Ludowizna.
PS. Wesołego Jajka!
sobota, 16 kwietnia 2011
A dzisiaj sobie trochę ponarzekam
Nasłuchałam się w przeciągu tych miesięcy i lat spędzonych w Turcji jaka to jestem szczęściara, jakie mam wspaniałe lekkie i przyjemne życie, że od jakiegoś czasu czuję się niemalże w obowiązku (moralnym!) trochę ten sielankowy obraz odczarowywać. To pewnie dlatego w wielu notkach przebija się moje narzekanie: na pogodę (za ciepło), na ludzi (tutaj cała lista cech), szczególnie mężczyzn (lista jeszcze dłuższa), na samą Alanyę i specyfikę pracy tutaj, i tak dalej.
W tym wszystkim kryje się trochę przesady, polskiego malkontenctwa i, nazwijmy to szumnie, "pisarskiej" fantazji. Z drugiej strony jest też sporo prawdy - w końcu jakość życia nie zależy od miejsca zamieszkania li tylko, ale i całego szeregu dodatkowych czynników: znajomych, współlokatorów, pracy, zarobków, stanu zdrowia i tak dalej. Przekonuję się o tym chociażby podczas ostatnich wypadów do Polski, które są ZAWSZE udane, choćby był mróz, błoto, padało i wiało, na koncie brakowało środków, a dodatkowo łapało mnie przeziębienie.
Dzisiaj też będzie narzekanie, bo nie oswoiłam się jeszcze z myślą, że znów jestem w Turcji, znów rozpoczyna się sezon, a z racji, że tym razem będę pracować w innym miejscu i charakterze, dochodzi jeszcze lekkie rozemocjonowanie i (nie bójmy się tego słowa) stres.
Próbując go rozładować wyżywam się więc na Bogu ducha winnych Turkach, albo na całym kraju ogólnie rzecz ujmując.
Malkontentom codzienne życie w Turcji nie bardzo by się podobało. A w Alanyi - to już w ogóle. Kto normalny zniósłby to koszmarne spóźnianie się, albo przedziwny sposób załatwiania interesów, niezdecydowanie, opóźnianie już nie mówiąc o niezniszczalnym, potężnym i wszechobecnym kumoterstwie. Zresztą jeśli w Turcji kumoterstwo pokonać zamierzamy, możemy to zrobić tylko tą samą bronią, czyli kumoterstwem do potęgi drugiej (lub trzeciej, albo ewentualnie kumoterstwem połączonym z dobrą łapówką).
Oto aktualna na 2011 rok, dobrze przemyślana lista rzeczy, które mnie w Turcji i Turkach denerwują (kolejność przypadkowa):
- brak umiejętności mówienia wprost "nie", czyli brak tak zwanej asertywności. Doprowadza do absurdalnych sytuacji unikania osób, którym musimy coś odmówić, jeśli nie daj boże wcześniej obiecaliśmy - nie odbieranie telefonów i tak dalej. Co mnie najbardziej w tej sytuacji śmieszy: Turcy nie odbierający telefonów strasznie się denerwują, kiedy ktoś inny z kolei ICH telefonu nie odbiera :)
- wyrzucanie papierków i odpadków przez okno - dotyczy szczególnie alanijskich kierowców choć niestety nie tylko. Kiedy my, jako pasażerowie, zachwycamy się widokami błękitnego nieba i lazurowego morza, nasz kierowca bez skrępowania wyrzuca za okno plastikową butelkę, papierek po batoniku, pudełko po papierosach i tak dalej. Kiedyś zwróciłam uwagę dwóm Turkom, którzy ze mną pracowali, w drodze na wycieczkę. Spowodowało to długą dyskusję o ekologii i przyszłości turystyki w kraju zasypanym śmieciami; mam nadzieję, że choć te dwie osoby nawróciłam na dobrą drogę choć na jakiś czas :)
- słowa: "jutro", "za chwilę", "za godzinę", "na pewno" - chyba nie trzeba tłumaczyć... za to mieszkając w Turcji trzeba się nauczyć je ignorować i zwracać uwagę po prostu na zupełnie inne rzeczy (np. własną intuicję).
- nietypowe rozumienie demokracji. Wielu Turków, kiedy ich zapytać, z zachwytem pieje peany o Ataturku i potędze tureckiego narodu. Zatrzymują się, kiedy nieśmiało pytamy jak to jest z tą przymusową służbą wojskową w kraju, albo dlaczego znów nie możemy korzystać z Google'a i Blogspota. A propos, dziś straciłam kilka godzin walcząc z opornym tureckim systemem w celu odblokowania powyższych serwisów. Powody może i sensowne (ktoś publikuje coś nielegalnie w sieci) ale wykonanie absurdalne i w całym absurdzie bardzo tureckie: blokujemy cały serwis zamiast konkretnego winowajcy. Niniejszym udało mi się przezwyciężyć oporną internetową materię i oto mogę już publikować na blogu z... amerykańskiego adresu IP. Szukając odpowiedniego programu natknęłam się na wiele mówiące porównania do Chin albo taki oto komentarz: "Jeśli interesuje Cię anonimowe przeglądanie internetu, wypróbuj ten program. Niektórzy używają go, by nie trafić do więzienia" :)
Wybierającym się do Turcji blogowiczom polecam przestudiować takie hasła, jak "bramka proxy" albo "maskowanie/zmiana adresu IP" :)
Podobnym absurdem tureckiej demokracji jest na przykład nielegalność politycznych partii z zapleczem religijnym, bo przecież godzą w laickość Państwa... Tutaj też można by dyskutować, ale szybko temat utnę, zanim mnie ktoś utnie głowę ;)
- wybiórcze podejście do prawdomówności i kłamstwa (inni nazywają to hipokryzją albo jeszcze gorzej). Jeśli ktoś nas w Turcji okłamuje, to zasługuje na karę największą. My sami zawsze przedstawiamy się jako osoby szczere i pragnące prawdy a przede wszystkim honorowe i przyzwoite (dwa słowa klucze: şeref i namus). Ale jednocześnie chronimy kłamców i oszustów, uważając, że to nie nasza sprawa. Pewnie dlatego w Turcji tylu mężczyzn bezkarnie zdradza żony, które o niczym nie wiedzą. Nie z powodu jakiejś niesłychanej rozwiązłości panów. Za to być może dlatego, że panuje niepisana społeczna umowa, żeby nie puszczać tak zwanej "pary z ust"... Niniejszym wszyscy stają się niejako "współuzależnionymi".
- na koniec (bo już sama zaczynam niekomfortowo się czuć z tym wszystkim, co tu tak kawa na ławę wyłożyłam) kwestie formalne. Coś, co idealnie pokazuje znów ten nasz ulubiony turecki absurd. Świeże dla mnie, bo borykałam się przecież z tematem zakładania firmy w Republice Turcji. Pierwsza informacja jest taka, że oczywiście w Turcji obcokrajowcy mogą zakładać działalność gospodarczą. Bez problemu, nawet jednoosobowo! Zajmuje to ledwo jeden dzień!
Rozradowany Europejczyk, z natury swojej nie chcący być z prawem na bakier, zaczyna drążyć wszystkie przepisy. Po kilku godzinach studiowania prawa w internecie i pisania drobiazgowych maili do rozmaitych instytucji w Polsce i w Turcji okazuje się, że owszem, jednoosobowa firma jak najbardziej, ale tylko wtedy, jeśli przebywamy w Turcji co najmniej 5 lat bez przerwy. Jeśli natomiast interesuje nas spółka z Turkiem, to proszę bardzo, bez tego warunku, ale za to nie będziemy w niej mogli legalnie pracować bez specjalnych pozwoleń. Chwileczkę... nie rozumie Europejczyk: we własnej firmie?
Okazuje się, co zrozumiałam dopiero na kilku przykładach, że "bycie właścicielem firmy" według tureckiego systemu nie jest pracą. To najwyraźniej taki przyjemny stan skupienia, kiedy nic nie robiąc zarabia się pieniądze (najlepiej siedząc rozpartym wygodnie przy biurku opatrzonym tabliczką z własnym nazwiskiem i surfując w Internecie). Do tego nie potrzeba pozwolenia na pracę...
Natomiast jeśli w tej samej firmie zajmować się chcemy na przykład obsługą klienta, potrzeba już jest bezwzględnie cała seria dokumentów tłumaczonych notarialnie (wraz z dyplomem studiów), aplikowanie do Ministerstwa Pracy, i oczekiwanie (nawet kilka miesięcy) na oficjalne pozwolenie, które potem możemy sobie powiesić z zadowoleniem na ścianie w pozłacanych ramkach :)
Na szczęście udało się mnie osobiście poradzić ze wszystkim inną (ale równie legalną) drogą. Co tylko potwierdza, że Turcja jest krajem, w którym wszystko jest możliwe. Można legalnie pracować, można korzystać z Blogspota nawet jeśli jest zablokowany, można trafić na Turków punktualnych i konkretnych, zawsze odbierających telefony, i tak dalej.
Ostateczni bilans przemawia więc jednak na korzyść Turcji - przynajmniej na tą chwilę sobotniego przyjemnego wieczoru spędzonego przed blogiem z polskim miodem pitnym w kieliszku, włoską potrawą na talerzu, w tureckim mieszkaniu angielskiego właściciela i z amerykańskim adresem IP w komputerze :)
W tym wszystkim kryje się trochę przesady, polskiego malkontenctwa i, nazwijmy to szumnie, "pisarskiej" fantazji. Z drugiej strony jest też sporo prawdy - w końcu jakość życia nie zależy od miejsca zamieszkania li tylko, ale i całego szeregu dodatkowych czynników: znajomych, współlokatorów, pracy, zarobków, stanu zdrowia i tak dalej. Przekonuję się o tym chociażby podczas ostatnich wypadów do Polski, które są ZAWSZE udane, choćby był mróz, błoto, padało i wiało, na koncie brakowało środków, a dodatkowo łapało mnie przeziębienie.
Dzisiaj też będzie narzekanie, bo nie oswoiłam się jeszcze z myślą, że znów jestem w Turcji, znów rozpoczyna się sezon, a z racji, że tym razem będę pracować w innym miejscu i charakterze, dochodzi jeszcze lekkie rozemocjonowanie i (nie bójmy się tego słowa) stres.
Próbując go rozładować wyżywam się więc na Bogu ducha winnych Turkach, albo na całym kraju ogólnie rzecz ujmując.
Malkontentom codzienne życie w Turcji nie bardzo by się podobało. A w Alanyi - to już w ogóle. Kto normalny zniósłby to koszmarne spóźnianie się, albo przedziwny sposób załatwiania interesów, niezdecydowanie, opóźnianie już nie mówiąc o niezniszczalnym, potężnym i wszechobecnym kumoterstwie. Zresztą jeśli w Turcji kumoterstwo pokonać zamierzamy, możemy to zrobić tylko tą samą bronią, czyli kumoterstwem do potęgi drugiej (lub trzeciej, albo ewentualnie kumoterstwem połączonym z dobrą łapówką).
Oto aktualna na 2011 rok, dobrze przemyślana lista rzeczy, które mnie w Turcji i Turkach denerwują (kolejność przypadkowa):
- brak umiejętności mówienia wprost "nie", czyli brak tak zwanej asertywności. Doprowadza do absurdalnych sytuacji unikania osób, którym musimy coś odmówić, jeśli nie daj boże wcześniej obiecaliśmy - nie odbieranie telefonów i tak dalej. Co mnie najbardziej w tej sytuacji śmieszy: Turcy nie odbierający telefonów strasznie się denerwują, kiedy ktoś inny z kolei ICH telefonu nie odbiera :)
- wyrzucanie papierków i odpadków przez okno - dotyczy szczególnie alanijskich kierowców choć niestety nie tylko. Kiedy my, jako pasażerowie, zachwycamy się widokami błękitnego nieba i lazurowego morza, nasz kierowca bez skrępowania wyrzuca za okno plastikową butelkę, papierek po batoniku, pudełko po papierosach i tak dalej. Kiedyś zwróciłam uwagę dwóm Turkom, którzy ze mną pracowali, w drodze na wycieczkę. Spowodowało to długą dyskusję o ekologii i przyszłości turystyki w kraju zasypanym śmieciami; mam nadzieję, że choć te dwie osoby nawróciłam na dobrą drogę choć na jakiś czas :)
- słowa: "jutro", "za chwilę", "za godzinę", "na pewno" - chyba nie trzeba tłumaczyć... za to mieszkając w Turcji trzeba się nauczyć je ignorować i zwracać uwagę po prostu na zupełnie inne rzeczy (np. własną intuicję).
- nietypowe rozumienie demokracji. Wielu Turków, kiedy ich zapytać, z zachwytem pieje peany o Ataturku i potędze tureckiego narodu. Zatrzymują się, kiedy nieśmiało pytamy jak to jest z tą przymusową służbą wojskową w kraju, albo dlaczego znów nie możemy korzystać z Google'a i Blogspota. A propos, dziś straciłam kilka godzin walcząc z opornym tureckim systemem w celu odblokowania powyższych serwisów. Powody może i sensowne (ktoś publikuje coś nielegalnie w sieci) ale wykonanie absurdalne i w całym absurdzie bardzo tureckie: blokujemy cały serwis zamiast konkretnego winowajcy. Niniejszym udało mi się przezwyciężyć oporną internetową materię i oto mogę już publikować na blogu z... amerykańskiego adresu IP. Szukając odpowiedniego programu natknęłam się na wiele mówiące porównania do Chin albo taki oto komentarz: "Jeśli interesuje Cię anonimowe przeglądanie internetu, wypróbuj ten program. Niektórzy używają go, by nie trafić do więzienia" :)
Wybierającym się do Turcji blogowiczom polecam przestudiować takie hasła, jak "bramka proxy" albo "maskowanie/zmiana adresu IP" :)
Podobnym absurdem tureckiej demokracji jest na przykład nielegalność politycznych partii z zapleczem religijnym, bo przecież godzą w laickość Państwa... Tutaj też można by dyskutować, ale szybko temat utnę, zanim mnie ktoś utnie głowę ;)
- wybiórcze podejście do prawdomówności i kłamstwa (inni nazywają to hipokryzją albo jeszcze gorzej). Jeśli ktoś nas w Turcji okłamuje, to zasługuje na karę największą. My sami zawsze przedstawiamy się jako osoby szczere i pragnące prawdy a przede wszystkim honorowe i przyzwoite (dwa słowa klucze: şeref i namus). Ale jednocześnie chronimy kłamców i oszustów, uważając, że to nie nasza sprawa. Pewnie dlatego w Turcji tylu mężczyzn bezkarnie zdradza żony, które o niczym nie wiedzą. Nie z powodu jakiejś niesłychanej rozwiązłości panów. Za to być może dlatego, że panuje niepisana społeczna umowa, żeby nie puszczać tak zwanej "pary z ust"... Niniejszym wszyscy stają się niejako "współuzależnionymi".
- na koniec (bo już sama zaczynam niekomfortowo się czuć z tym wszystkim, co tu tak kawa na ławę wyłożyłam) kwestie formalne. Coś, co idealnie pokazuje znów ten nasz ulubiony turecki absurd. Świeże dla mnie, bo borykałam się przecież z tematem zakładania firmy w Republice Turcji. Pierwsza informacja jest taka, że oczywiście w Turcji obcokrajowcy mogą zakładać działalność gospodarczą. Bez problemu, nawet jednoosobowo! Zajmuje to ledwo jeden dzień!
Rozradowany Europejczyk, z natury swojej nie chcący być z prawem na bakier, zaczyna drążyć wszystkie przepisy. Po kilku godzinach studiowania prawa w internecie i pisania drobiazgowych maili do rozmaitych instytucji w Polsce i w Turcji okazuje się, że owszem, jednoosobowa firma jak najbardziej, ale tylko wtedy, jeśli przebywamy w Turcji co najmniej 5 lat bez przerwy. Jeśli natomiast interesuje nas spółka z Turkiem, to proszę bardzo, bez tego warunku, ale za to nie będziemy w niej mogli legalnie pracować bez specjalnych pozwoleń. Chwileczkę... nie rozumie Europejczyk: we własnej firmie?
Okazuje się, co zrozumiałam dopiero na kilku przykładach, że "bycie właścicielem firmy" według tureckiego systemu nie jest pracą. To najwyraźniej taki przyjemny stan skupienia, kiedy nic nie robiąc zarabia się pieniądze (najlepiej siedząc rozpartym wygodnie przy biurku opatrzonym tabliczką z własnym nazwiskiem i surfując w Internecie). Do tego nie potrzeba pozwolenia na pracę...
Natomiast jeśli w tej samej firmie zajmować się chcemy na przykład obsługą klienta, potrzeba już jest bezwzględnie cała seria dokumentów tłumaczonych notarialnie (wraz z dyplomem studiów), aplikowanie do Ministerstwa Pracy, i oczekiwanie (nawet kilka miesięcy) na oficjalne pozwolenie, które potem możemy sobie powiesić z zadowoleniem na ścianie w pozłacanych ramkach :)
Na szczęście udało się mnie osobiście poradzić ze wszystkim inną (ale równie legalną) drogą. Co tylko potwierdza, że Turcja jest krajem, w którym wszystko jest możliwe. Można legalnie pracować, można korzystać z Blogspota nawet jeśli jest zablokowany, można trafić na Turków punktualnych i konkretnych, zawsze odbierających telefony, i tak dalej.
Ostateczni bilans przemawia więc jednak na korzyść Turcji - przynajmniej na tą chwilę sobotniego przyjemnego wieczoru spędzonego przed blogiem z polskim miodem pitnym w kieliszku, włoską potrawą na talerzu, w tureckim mieszkaniu angielskiego właściciela i z amerykańskim adresem IP w komputerze :)
niedziela, 30 stycznia 2011
EFEKT DOMINA
... Powoli nadchodził weekend, a Skylar wciąż nie wiedziała o czym napisać kolejną notkę na bloga. Ile można wychwalać alanijską zimową nudę albo wrzucać wciąż te same ujęcia plaży, morza, albo wzgórza Kale? Wbrew obiegowym opiniom prowadzę naprawdę spokojne życie. Trochę pisania, trochę czytania, turecka telewizja nieustannie dostarczająca powodów do śmiechu lub przeciwnie - gorzkiej zadumy. No i kulinaria - przecież nie będę na blogu opisywała moich kuchennych fascynacji, tym bardziej, że w dużej mierze wcale nie dotyczą kuchni tureckiej! A propos, jak sobie uświadomiłam wczoraj, tureckie przysmaki owszem, uwielbiam, ale najchętniej przyrządzane w wersji, jak to ująć... "zdekonstruowanej". Trochę mniej soli, trochę mniej ostrych przypraw, zdecydowanie mniej chleba, nie mówiąc już o salçy (pomidorowym przecierze), bez której czasami mam wrażenie nie może się obejść większość domowych potraw. Za to więcej zieleniny (np. uwielbianej przeze mnie rukoli i pietruszki, mogę je chrupać jak królik), ziół, i warzyw w sosie własnym, nie mówiąc już o... cieście. Jak widzicie robi się tego kuchnia włoska, kompletnie nie na miejscu na tym blogu... :)
Z tej niemocy twórczej prawdopodobnie jakoś bym wybrnęła - w mniej lub bardziej sprytny sposób - na szczęście w samą porę dostałam maila od pewnych starych dobrych Czytelników (osobiście mi zresztą znanych, co przyznaję z dumą ;)). List nawiązywał do obecnych wydarzeń w Tunezji i Egipcie... no i trochę - oczywiście - do Turcji. Po pierwsze: Jak dalej sytuacja może się rozwijać? Co z prężną tam turystyką? Po drugie: Jak się to ma do Turcji?
Przyznam szczerze, że tematykę polityczną omijam z daleka. Mam tak od urodzenia :) Czasami się nie da - wiadomo. Ale staram się niczego nie komentować na forum i przebywać w bezpiecznym dystansie. Szczególnie na tym blogu... Jak pisałam w notce noworocznej mieszkając w obcym kraju nietrudno wpaść w stereotyp, szczególnie kiedy jest się otoczonym (a zawsze się przecież jest) osobami o konkretnych poglądach, które w danym kraju przecież wyrosły. Ryzyko znalezienia się pod pod ich ogromnym wpływem jest bardzo duże, a wzrasta, kiedy nie znamy języka. Latwo wtedy popaść w stronniczość. Mimo jako takiej znajomości tureckiego wciąż mam poczucie, że wiem za mało, żeby na jakikolwiek poważniejszy temat się wypowiadać. Kraj to ponad 70 milionów ludzi, co ja mogę wiedzieć? :)
W temacie Egiptu i Tunezji - dokładniej, sytuacji jakie tam mają miejsce, całego tego rewolucyjnego sypiącego się "domina" - jestem tak samo "zielona" jak osoby przebywające w Polsce. Tu też docierają do mnie jedynie określone sygnały nadawane przez lokalne media, więc i dla mnie obraz jest "zatarty". Nie mam pojęcia, co będzie ze świetnie tam przecież działającą turystyką - zamieszki co prawda dotykają głównie stolic, ale atmosfera może "odstraszyć" (i pewnie już odstraszyła) spore ilości europejskich turystów.
Sama tak prywatnie uważam, że dzieje się coś bardzo dobrego... społeczności arabskie wreszcie "ruszyły" przeciwko reżimom, pod rządami których siedziały latami. Może bardziej zbliżą się do prawdziwej demokracji... a może nie. Wszystko dopiero się okaże. Pewne jest jedno - rewolucja technologiczna na pewno znacząco przyczyniła do tych wydarzeń. Cały ten internet, telewizja, serwisy społecznościowe (nie wiem jak w Polsce, ale w Turcji bardzo eksponuje się rolę Facebooka czy Twittera w zwoływaniu się ludzi na demonstracje).
Jak ma się do tego Turcja? Z krajami takimi jak Egipt czy Tunezja Turcję łączy jedynie wspólna religia i dziedzictwo Imperium Osmańskiego. Cóż, w Turcji JUŻ JEST demokracja. Można by na nią oczywiście ponarzekać, bo nie jest to wersja bez wad. Raczej taka młoda, dopiero raczkująca. Wiele osób tu żyjących nadal nie może się nadziwić, że ktoś może mieć inne zdanie, że istnieją w Turcji jakiekolwiek mniejszości, które (co gorsza!) domagają się swoich praw. Wielu obecnych dorosłych wciąż wychowywało się w modelu nacjonalistycznym, gdzie jest tylko jeden tryb myślenia i nie ma od niego odstępstw. Skąd my to znamy, prawda? :)
A jednak można głosować, można kandydować. 10% próg wyborczy czy sposób wyboru prezydenta, albo zmiana konstytucji to kwestie, które można dyskutować, ale najważniejsze, że MOŻNA to dyskutować. Startują i wygrywają rozmaite partie, i już nie obala się rządów tych "ryzykownych" za pomocą wojska, jak to całkiem niedawno bywało. Można obecnie rządzącego ugrupowania nie lubić, ale nikt nas raczej nie ukarze za przeciwne poglądy. Nawet youtube'a odblokowano :)
Nie ma więc powodu by wnioskować, że Turcja jest w jakikolwiek sposób narażona na sytuacje, które doprowadziły do przewrotów w krajach arabskich. Mam nadzieję, że tak jest. Ale w temat głębiej wchodzić nie będę, bo - jak pisałam - to tylko moje prywatne przemyślenia, resztę pozostawiam politologom. Jakby to ująć: Miłość, Pokój, Muzyka ;)
[dopisane 2 godziny później: ciekawy tekst tutaj]
A propos tych trzech ostatnich wartości, właśnie turecka państwowa telewizja TRT nadaje powtórkę z otwarcia Uniwersjady w Erzurum. Ceremonię uświetnił oszałamiający występ znanego może Czytelnikom zespołu Anadolu Ateşi (Fire of Anatolia), który występuje co roku latem w Arenie nieopodal Aspendos. Przed igrzyskami wreszcie spadł śnieg - jak co roku - chociaż trochę się spóźnił, o co partia opozycyjna obwiniła partię rządzącą (brzmi absurdalnie? Skąd my to znamy...)
Tak - Turcja, która nie należy do mistrzów sportów zimowych zorganizowała zimowe igrzyska na wschodzie kraju. W reportażu z Erzurum większość uczestników w całego świata chwaliło najbardziej... gościnność mieszkańców i turecką kuchnię, w tamtych rejonach szczególnie smaczną. A więc... wracamy do początku :)
Z tej niemocy twórczej prawdopodobnie jakoś bym wybrnęła - w mniej lub bardziej sprytny sposób - na szczęście w samą porę dostałam maila od pewnych starych dobrych Czytelników (osobiście mi zresztą znanych, co przyznaję z dumą ;)). List nawiązywał do obecnych wydarzeń w Tunezji i Egipcie... no i trochę - oczywiście - do Turcji. Po pierwsze: Jak dalej sytuacja może się rozwijać? Co z prężną tam turystyką? Po drugie: Jak się to ma do Turcji?
Przyznam szczerze, że tematykę polityczną omijam z daleka. Mam tak od urodzenia :) Czasami się nie da - wiadomo. Ale staram się niczego nie komentować na forum i przebywać w bezpiecznym dystansie. Szczególnie na tym blogu... Jak pisałam w notce noworocznej mieszkając w obcym kraju nietrudno wpaść w stereotyp, szczególnie kiedy jest się otoczonym (a zawsze się przecież jest) osobami o konkretnych poglądach, które w danym kraju przecież wyrosły. Ryzyko znalezienia się pod pod ich ogromnym wpływem jest bardzo duże, a wzrasta, kiedy nie znamy języka. Latwo wtedy popaść w stronniczość. Mimo jako takiej znajomości tureckiego wciąż mam poczucie, że wiem za mało, żeby na jakikolwiek poważniejszy temat się wypowiadać. Kraj to ponad 70 milionów ludzi, co ja mogę wiedzieć? :)
W temacie Egiptu i Tunezji - dokładniej, sytuacji jakie tam mają miejsce, całego tego rewolucyjnego sypiącego się "domina" - jestem tak samo "zielona" jak osoby przebywające w Polsce. Tu też docierają do mnie jedynie określone sygnały nadawane przez lokalne media, więc i dla mnie obraz jest "zatarty". Nie mam pojęcia, co będzie ze świetnie tam przecież działającą turystyką - zamieszki co prawda dotykają głównie stolic, ale atmosfera może "odstraszyć" (i pewnie już odstraszyła) spore ilości europejskich turystów.
Sama tak prywatnie uważam, że dzieje się coś bardzo dobrego... społeczności arabskie wreszcie "ruszyły" przeciwko reżimom, pod rządami których siedziały latami. Może bardziej zbliżą się do prawdziwej demokracji... a może nie. Wszystko dopiero się okaże. Pewne jest jedno - rewolucja technologiczna na pewno znacząco przyczyniła do tych wydarzeń. Cały ten internet, telewizja, serwisy społecznościowe (nie wiem jak w Polsce, ale w Turcji bardzo eksponuje się rolę Facebooka czy Twittera w zwoływaniu się ludzi na demonstracje).
Jak ma się do tego Turcja? Z krajami takimi jak Egipt czy Tunezja Turcję łączy jedynie wspólna religia i dziedzictwo Imperium Osmańskiego. Cóż, w Turcji JUŻ JEST demokracja. Można by na nią oczywiście ponarzekać, bo nie jest to wersja bez wad. Raczej taka młoda, dopiero raczkująca. Wiele osób tu żyjących nadal nie może się nadziwić, że ktoś może mieć inne zdanie, że istnieją w Turcji jakiekolwiek mniejszości, które (co gorsza!) domagają się swoich praw. Wielu obecnych dorosłych wciąż wychowywało się w modelu nacjonalistycznym, gdzie jest tylko jeden tryb myślenia i nie ma od niego odstępstw. Skąd my to znamy, prawda? :)
A jednak można głosować, można kandydować. 10% próg wyborczy czy sposób wyboru prezydenta, albo zmiana konstytucji to kwestie, które można dyskutować, ale najważniejsze, że MOŻNA to dyskutować. Startują i wygrywają rozmaite partie, i już nie obala się rządów tych "ryzykownych" za pomocą wojska, jak to całkiem niedawno bywało. Można obecnie rządzącego ugrupowania nie lubić, ale nikt nas raczej nie ukarze za przeciwne poglądy. Nawet youtube'a odblokowano :)
Nie ma więc powodu by wnioskować, że Turcja jest w jakikolwiek sposób narażona na sytuacje, które doprowadziły do przewrotów w krajach arabskich. Mam nadzieję, że tak jest. Ale w temat głębiej wchodzić nie będę, bo - jak pisałam - to tylko moje prywatne przemyślenia, resztę pozostawiam politologom. Jakby to ująć: Miłość, Pokój, Muzyka ;)
[dopisane 2 godziny później: ciekawy tekst tutaj]
A propos tych trzech ostatnich wartości, właśnie turecka państwowa telewizja TRT nadaje powtórkę z otwarcia Uniwersjady w Erzurum. Ceremonię uświetnił oszałamiający występ znanego może Czytelnikom zespołu Anadolu Ateşi (Fire of Anatolia), który występuje co roku latem w Arenie nieopodal Aspendos. Przed igrzyskami wreszcie spadł śnieg - jak co roku - chociaż trochę się spóźnił, o co partia opozycyjna obwiniła partię rządzącą (brzmi absurdalnie? Skąd my to znamy...)
Tak - Turcja, która nie należy do mistrzów sportów zimowych zorganizowała zimowe igrzyska na wschodzie kraju. W reportażu z Erzurum większość uczestników w całego świata chwaliło najbardziej... gościnność mieszkańców i turecką kuchnię, w tamtych rejonach szczególnie smaczną. A więc... wracamy do początku :)
niedziela, 26 grudnia 2010
O MIEŚCIE HATAY I PAPIEROSACH
Dziś niedziela, pora na notkę. Ale z racji że jeszcze świąteczny a od jutra po-świąteczny nastrój, to będzie krótko i (oby) składnie. Jeszcze nie odpoczęłam od delektowania się (ujmujemy sprawę elegancko) wszelkimi wigilijnymi potrawami, a Czytelnicy zapewne także. Poza tym czekają mnie i być może Was również ważkie dylematy: w co się ubrać na Sylwestra (u mnie jak co roku - tematycznego).
Będzie więc lekko, krótko i przyjemnie. Po pierwsze, przedstawiam zdjęcia z miasta Hatay. Ostatni punkt tegorocznej wyprawy. Przejechałyśmy do Hatay już we dwie (męska część ekipy zabawiła dłużej w Syrii), i miałyśmy ledwo kilka godzin na zobaczenie miasta. Co gorsza, było już popołudnie. Na szczęście po przejechaniu dolmuszem przez szereg bocznych uliczek i wiejskich zabudowań, dojechałyśmy do centrum, przedzielonego przez rzekę Asi.
Hatay (Antakya) to miasto i region o ciekawej historii. Przez wieki prowincja należała do Syrii. W latach 20-30 XX wieku jednak dano jej jednak dużą autonomię, a w końcu nawet uczyniono odrębnym państwem. Przed II Wojną Światową trafiła w ręce młodej Tureckiej Republiki, co Syryjczykom trudno było przełknąć. Ba, będąc w Syrii z zaskoczeniem odkryliśmy, że na wszystkich mapach cały rejon wyrysowano tak, jakby wciąż był w granicach Syrii! Swoisty sposób na poprawienie sobie nastroju :)
Znajduje się tu kilka ciekawych zabytków, m.in. kościół św. Piotra (który urzędował tu przed przeniesieniem do Rzymu), i Muzeum Archeologiczne z ogromnym zbiorem doskonale zachowanych mozaik - polecam odwiedzić. Miasto jest interesujące także dlatego, że mimo bliskości Syrii (ledwo 90 km od Aleppo) panujący w nim klimat jest bardzo... nowoczesny, mało arabski. Wystarczy spojrzeć na ludzi, by zrozumieć, że od wcale nie tak dalekiej Urfy czy Mardin dzieli Hatay bardzo dużo. Panuje tu swoisty kulturowy miks - mieszkają tu oczywiście Turcy, ale i Arabowie. Są tu sunniccy muzułmanie, ale sporo alewitów czy chrześcijan.
W Turcji rejon Antakyi znany jest także ze świetnej, aromatycznej (ba, ostrej) kuchni. Jednym z hitów jest kunefe (przepyszny słodki deser). Innym z kolei Hatay kojarzy się z miejscem pochodzenia najprzystojniejszych mężczyzn i najpiękniejszych kobiet... Sama będę tu może nieobiektywna :) chociaż muszę przyznać, że pochodzący z tego rejonu znajomi (nie tylko Król Pomarańczy!) w jakimś stopniu potwierdzają tą teorię :)
Druga część notki to skutek obejrzanego przeze mnie wczoraj filmu. Słynny, klasyczny niemalże "Dym" Wayne'a Wanga, gdzie w prawie każdej chyba scenie pojawia się papieros czy tytoniowy dym. Oglądając ten skądinąd bardzo dobry film, uświadomiłam sobie, że w tureckiej telewizji chyba niemógłby się pojawić. A jeśli by się pojawił... no właśnie.
Zakaz promowania palenia tytoniu w Turcji nabrał według mnie absurdalnych wymiarów. Od jakiegoś czasu wszelkie papierosy występujące w filmach są "rozmazywane" co dotyczy także... fajek wodnych! Największy śmiech zamarł mi na ustach, kiedy zobaczyłam te piękne zamienniki...:


Tym sposobem nawet mało widoczny w kadrze papieros od razu rzuca się w oczy. Robi się jakoś tak komicznie. Film "Dym" zamieniłby się w takiej sytuację w kwiaciarnię... Ale doceniamy dobre chęci. Szczególnie w Turcji, gdzie nadal tysiące ludzi palą papierosy w miejscach, gdzie jest to zabronione...
Będzie więc lekko, krótko i przyjemnie. Po pierwsze, przedstawiam zdjęcia z miasta Hatay. Ostatni punkt tegorocznej wyprawy. Przejechałyśmy do Hatay już we dwie (męska część ekipy zabawiła dłużej w Syrii), i miałyśmy ledwo kilka godzin na zobaczenie miasta. Co gorsza, było już popołudnie. Na szczęście po przejechaniu dolmuszem przez szereg bocznych uliczek i wiejskich zabudowań, dojechałyśmy do centrum, przedzielonego przez rzekę Asi.
Hatay (Antakya) to miasto i region o ciekawej historii. Przez wieki prowincja należała do Syrii. W latach 20-30 XX wieku jednak dano jej jednak dużą autonomię, a w końcu nawet uczyniono odrębnym państwem. Przed II Wojną Światową trafiła w ręce młodej Tureckiej Republiki, co Syryjczykom trudno było przełknąć. Ba, będąc w Syrii z zaskoczeniem odkryliśmy, że na wszystkich mapach cały rejon wyrysowano tak, jakby wciąż był w granicach Syrii! Swoisty sposób na poprawienie sobie nastroju :)
Znajduje się tu kilka ciekawych zabytków, m.in. kościół św. Piotra (który urzędował tu przed przeniesieniem do Rzymu), i Muzeum Archeologiczne z ogromnym zbiorem doskonale zachowanych mozaik - polecam odwiedzić. Miasto jest interesujące także dlatego, że mimo bliskości Syrii (ledwo 90 km od Aleppo) panujący w nim klimat jest bardzo... nowoczesny, mało arabski. Wystarczy spojrzeć na ludzi, by zrozumieć, że od wcale nie tak dalekiej Urfy czy Mardin dzieli Hatay bardzo dużo. Panuje tu swoisty kulturowy miks - mieszkają tu oczywiście Turcy, ale i Arabowie. Są tu sunniccy muzułmanie, ale sporo alewitów czy chrześcijan.
W Turcji rejon Antakyi znany jest także ze świetnej, aromatycznej (ba, ostrej) kuchni. Jednym z hitów jest kunefe (przepyszny słodki deser). Innym z kolei Hatay kojarzy się z miejscem pochodzenia najprzystojniejszych mężczyzn i najpiękniejszych kobiet... Sama będę tu może nieobiektywna :) chociaż muszę przyznać, że pochodzący z tego rejonu znajomi (nie tylko Król Pomarańczy!) w jakimś stopniu potwierdzają tą teorię :)
Druga część notki to skutek obejrzanego przeze mnie wczoraj filmu. Słynny, klasyczny niemalże "Dym" Wayne'a Wanga, gdzie w prawie każdej chyba scenie pojawia się papieros czy tytoniowy dym. Oglądając ten skądinąd bardzo dobry film, uświadomiłam sobie, że w tureckiej telewizji chyba niemógłby się pojawić. A jeśli by się pojawił... no właśnie.
Zakaz promowania palenia tytoniu w Turcji nabrał według mnie absurdalnych wymiarów. Od jakiegoś czasu wszelkie papierosy występujące w filmach są "rozmazywane" co dotyczy także... fajek wodnych! Największy śmiech zamarł mi na ustach, kiedy zobaczyłam te piękne zamienniki...:
Tym sposobem nawet mało widoczny w kadrze papieros od razu rzuca się w oczy. Robi się jakoś tak komicznie. Film "Dym" zamieniłby się w takiej sytuację w kwiaciarnię... Ale doceniamy dobre chęci. Szczególnie w Turcji, gdzie nadal tysiące ludzi palą papierosy w miejscach, gdzie jest to zabronione...
niedziela, 12 grudnia 2010
TROCHĘ HUMORU
Coś tak ostatnio się spokojnie zrobiło na blogu. Raz, że pewnie zanudziłam wszystkich opowieściami ze wyprawy (bo przeciez, jak powszechnie wiadomo, żadna relacja nie zastąpi osobistych przeżyć). Dwa, że z powodu śniegu i zimna popularną przypadłością jest niższy poziom energii.
Wbrew pozorom nie piszę tych słów z perspektywy grzejącej się w słońcu osoby: otóż wczoraj, w Alanyi, spadł grad, a z górach śnieg! Wcześniej potężnie wiało, już nie mówiąc o burzach (takich od których jeży się włos na głowie).
Efektem tego pogodowego zamieszania dość wyraźnie spadła temperatura: jak podaje termometr w Alanyi jest teraz jakieś 10 stopni. Siedzę w domu w grubym swetrze, dla rozgrzania upiekłam ciasto bananowe z bakaliami i współczuję fanatykom, którzy wybrali się w to zimno z domu na oglądanie meczu Fenerbahçe...
Żeby było cieplej postanowiłam też wrzucić coś na bloga z trochę innej niż ostatnio beczki. Z serii reklamowej czyli... przegląd nowości. Jak stali czytelnicy wiedzą, kolekcjonuję najbardziej udane tudzież najoryginalniejsze spoty tureckie, które jak zwykle dokładnie oddają poczucie humoru Turków. Poniżej mój aktualny ulubiony zestaw na jesień 2010 :)
Na początek klasycznie już, sieć komórkowa. Zdenerwowany napastnik ma tak dogodną sytuację (wszyscy zawodnicy dosłownie usuwają mu się spod nóg), że po strzeleniu gola roztrzęsiony woła: "No ale aż tak mi nie ułatwiajacie?!"
Hasło brzmi: "Dobrze się zachowuj wobec tych, co nie są z Avei". Czyli... będąc w Avei mamy tak dobre taryfy i ceny, że możemy spokojnie "dawać fory" kolegom z innych sieci. Jak wyjaśnia się na końcu spotu, nawet tylko po prostu zadzwonić i odłożyć słuchawkę ;)
Avea'lı olmayanlara iyi davranın (Gol)
Yükleyen mobiletisim. - Film ve TV kanalındaki diğer videolara göz atın
W kolejnej reklamie grają popularni młodzi tureccy komicy (występujący w cotygodniowym show na żywo w telewizji). Do zakładziku "naprawczego" przychodzi pani, która nie potrafi rozłupać orzeszka pistacji. 'Złota rączka' tłumaczy, że to podróbka.
- Powiedzieli mi, że to oryginał...
- Gdyby kupowała Pani orzeszki od Peymana, nie miałaby problemu. Oryginalne, smaczne, i wszystkie do wyłupania.
Częstuje ją jednym i... widzimy efekt.
Pan jest zdegustowany: tłumaczy, że chyba nieco szanowna pani przesadziła z reakcją. Zaleca jadać te orzeszki w domu, skoro tak "odlatuje".
(Osobom znającym choć trochę turecki polecam zwrócić uwagę na slogan reklamowy, a właściwie formy tureckie "aliyo", "goturiyo"... niegramatyczne, ale słyszane na tak zwanej ulicy :))
Kolejną wesołą reklamą jest znów reklama sieci komórkowej, ale tym razem to nasz specjalista od zabawnych reklam Vodafone. Pielęgniarkę gra popularny aktor, twarz kampanii od dawna. Pacjentka skarżąca się na ataki paniki tłumaczy, że rozmawiając przez telefon wciąż boi się, że skończą jej się impulsy na karcie.
Na to Pan Pielęgniarka odpowiada słowami, które warto stosować w życiu :)
- Nie mieszaj ataku z paniką, a paniki z atakiem.
I znów telefonia... tym razem spece od reklamy wzięły na warsztat turecką miłość do ryb. I oto mamy dwójkę kumpli siedzących na stambulskim nabrzeżu. Jeden uwielbia ryby, drugi wprost przeciwnie.
- Jak można nie lubić ryb? Ja zjadłbym nawet mojego ojca, gdyby wyszedł z morza. (Uhm, jest to takie tureckie stare powiedzonko oddające miłość do konsumpcji morskich stworzeń).
No i...
- To twój ojciec wyszedł z morza.
Hasłem które tutaj musimy zapamiętać: szkoda, że nie zażyczyliśmy sobie czegoś innego (np. super taryfy z Vodafone'a).
A na koniec: dla zapalonych gitarzystów i tworzących w bólu muzyków. Reklama, której nie trzeba tłumaczyć. Zawiera wszystko, co trzeba wiedzieć o tureckich groźnych rockmanach :)
To co, rozgrzani? Bo ja nadal z zimnym nosem, ale nieco lepiej. Do przeczytania za dni kilka :)
Wbrew pozorom nie piszę tych słów z perspektywy grzejącej się w słońcu osoby: otóż wczoraj, w Alanyi, spadł grad, a z górach śnieg! Wcześniej potężnie wiało, już nie mówiąc o burzach (takich od których jeży się włos na głowie).
Efektem tego pogodowego zamieszania dość wyraźnie spadła temperatura: jak podaje termometr w Alanyi jest teraz jakieś 10 stopni. Siedzę w domu w grubym swetrze, dla rozgrzania upiekłam ciasto bananowe z bakaliami i współczuję fanatykom, którzy wybrali się w to zimno z domu na oglądanie meczu Fenerbahçe...
Żeby było cieplej postanowiłam też wrzucić coś na bloga z trochę innej niż ostatnio beczki. Z serii reklamowej czyli... przegląd nowości. Jak stali czytelnicy wiedzą, kolekcjonuję najbardziej udane tudzież najoryginalniejsze spoty tureckie, które jak zwykle dokładnie oddają poczucie humoru Turków. Poniżej mój aktualny ulubiony zestaw na jesień 2010 :)
Na początek klasycznie już, sieć komórkowa. Zdenerwowany napastnik ma tak dogodną sytuację (wszyscy zawodnicy dosłownie usuwają mu się spod nóg), że po strzeleniu gola roztrzęsiony woła: "No ale aż tak mi nie ułatwiajacie?!"
Hasło brzmi: "Dobrze się zachowuj wobec tych, co nie są z Avei". Czyli... będąc w Avei mamy tak dobre taryfy i ceny, że możemy spokojnie "dawać fory" kolegom z innych sieci. Jak wyjaśnia się na końcu spotu, nawet tylko po prostu zadzwonić i odłożyć słuchawkę ;)
Avea'lı olmayanlara iyi davranın (Gol)
Yükleyen mobiletisim. - Film ve TV kanalındaki diğer videolara göz atın
W kolejnej reklamie grają popularni młodzi tureccy komicy (występujący w cotygodniowym show na żywo w telewizji). Do zakładziku "naprawczego" przychodzi pani, która nie potrafi rozłupać orzeszka pistacji. 'Złota rączka' tłumaczy, że to podróbka.
- Powiedzieli mi, że to oryginał...
- Gdyby kupowała Pani orzeszki od Peymana, nie miałaby problemu. Oryginalne, smaczne, i wszystkie do wyłupania.
Częstuje ją jednym i... widzimy efekt.
Pan jest zdegustowany: tłumaczy, że chyba nieco szanowna pani przesadziła z reakcją. Zaleca jadać te orzeszki w domu, skoro tak "odlatuje".
(Osobom znającym choć trochę turecki polecam zwrócić uwagę na slogan reklamowy, a właściwie formy tureckie "aliyo", "goturiyo"... niegramatyczne, ale słyszane na tak zwanej ulicy :))
Kolejną wesołą reklamą jest znów reklama sieci komórkowej, ale tym razem to nasz specjalista od zabawnych reklam Vodafone. Pielęgniarkę gra popularny aktor, twarz kampanii od dawna. Pacjentka skarżąca się na ataki paniki tłumaczy, że rozmawiając przez telefon wciąż boi się, że skończą jej się impulsy na karcie.
Na to Pan Pielęgniarka odpowiada słowami, które warto stosować w życiu :)
- Nie mieszaj ataku z paniką, a paniki z atakiem.
I znów telefonia... tym razem spece od reklamy wzięły na warsztat turecką miłość do ryb. I oto mamy dwójkę kumpli siedzących na stambulskim nabrzeżu. Jeden uwielbia ryby, drugi wprost przeciwnie.
- Jak można nie lubić ryb? Ja zjadłbym nawet mojego ojca, gdyby wyszedł z morza. (Uhm, jest to takie tureckie stare powiedzonko oddające miłość do konsumpcji morskich stworzeń).
No i...
- To twój ojciec wyszedł z morza.
Hasłem które tutaj musimy zapamiętać: szkoda, że nie zażyczyliśmy sobie czegoś innego (np. super taryfy z Vodafone'a).
A na koniec: dla zapalonych gitarzystów i tworzących w bólu muzyków. Reklama, której nie trzeba tłumaczyć. Zawiera wszystko, co trzeba wiedzieć o tureckich groźnych rockmanach :)
To co, rozgrzani? Bo ja nadal z zimnym nosem, ale nieco lepiej. Do przeczytania za dni kilka :)
sobota, 18 września 2010
TURECKIE WESELE
Oj, dużo się porobiło zaległości na blogu. Nie ma kiedy pisać, nie ma kiedy się skupić. Paradoksalnie koniec sezonu przynosi więcej pracy, więcej problemów i więcej stresu, niż poprzednie miesiące. Tym bardziej chce się go zakończyć jak szybko to tylko możliwe :)
Kiedy nagle wydarza się coś ważnego POZA pracą, robi się logistyczne wygibasy żeby zdążyć i być gotowym, nie mówiąc już o przebraniu się, i nie daj boże ułożeniu włosów.
Właśnie w takim pośpiechu przygotowywałam się wraz z koleżankami z pracy na tureckie wesele. O tym że nasz współpracownik z biura się żeni, wiedziałyśmy od dawna. Ale wciąż nie byłyśmy pewne, czy nas zaprosi... Co było do przewidzenia oczywiście zaproszenie dostałyśmy, ale z właściwym Turkom wyczuciem czasu - ledwo 2,3 dni przed wydarzeniem, na "ostatnią chwilę". Zresztą mogłybyśmy (tak myślę po czasie) przyjść nawet bez zaproszenia - nikt by się nie obraził.
Nie chcąc pozostać w tyle za Turczynkami, rozpoczęłyśmy przygotowania strojów. Wesela nawet dalekie tureckie krewne uważają za idealną okazję po to, aby kupić nową kieckę, najlepiej długą, powłóczystą, tudzież w wersji "beza". Do tego oczywiście pomalowane paznokcie, specjalnie dobrana torebka, a najważniejsze - włosy układane u fryzjera i perfekcyjny makijaż. Niestety nam na tego typu zabawy nie starczyło czasu po pracy, dlatego wszystko miałyśmy "domowej produkcji" - ale i tak myślę, Polska nie musiała się za nas wstydzić ;)
Jak to na prawdziwe tureckie wesele trzeba też było zrobić zakupy "złotnicze". W Turcji kupowanie złota z tej okazji to najpopularniejszy zwyczaj, tym bardziej, że pobierająca się para nie miała jeszcze własnego mieszkania, do którego można by kupić jakieś praktyczne prezenty. Złoto to inwestycja - a młodzi sami zdecydują, kiedy je "spieniężyć" i co za to kupić.
Złoto kupuje się u prawdziwego tureckiego złotnika (w sklepikach "turystycznych" nie będą nic takiego mieli). Można wybrać bransoletki czy łańcuszek, ale najlepszą inwestycją na przyszłość jest czyste złoto. Zależnie od zasobności portfela można kupić tak zwany "kuruş" za około 60 lir (120 zł), çeyrek czyli ćwiartkę (99 lir), yarım czyli połówkę, i "całość"(najdroższa).
Pierwszy raz robiłam takie zakupy i byłam zaskoczona, ujmijmy to, lichym wyglądem złota. Jest to po prostu medalik, z wytłoczoną dla jeszcze "lepszego" wrażenia podobizną Atatürka. W odpowiednim momencie wesela, wyczekawszy swoje w kolejce gości, przypina się medalik pannie lub panu młodemu do specjalnie w tym celu przygotowanej szarfy (pani ma czerwoną, a pan białą).


Polska Skylar przypinająca tureckie złoto norweskiej pannie młodej
Jak widać na zdjęciu dla osób, które w ostatniej chwili zdecydowały się wpaść na wesele, czy nie przepadające za złotem, mogły też przypiąć banknot. Prosto i konkretnie.
A propos, dobrze, że nie było to wesele wiejskie. Na takich imprezach często znajduje się wodzirej, który nakłania gości do tańca, pilnuje porządku uroczystości, a - co najgorsze - przez mikrofon - informuje zebranych kto ile wręczył.
A tak poza tym? Na tureckich weselach zazwyczaj jest skromny poczęstunek: przystawki, drobne przekąski, napoje. Pojawia się też (po europejsku) tort. Najważniejsza jednak jest zabawa, czyli po prostu taniec. Wystarczy jeden zachęcający okrzyk ze strony wodzireja siedzącego przy organkach, by wszyscy goście ruszyli w tany. Im bardziej znaczący goście uroczystości zgodzą się zatańczyć, tym lepiej to świadczy o statusie pary młodej ;)

No i się zaczyna: podskoki, okrzyki, strzelanie palcami, wyrzucanie banknotów. Powinny się sypać, żeby przynosić szczęście; synek wodzireja niepostrzeżenie przemyka pomiędzy nogami tańczących i zbiera je by potem wręczyć młodym. Fotografowie wystawiają na sprzedaż wywołane zdjęcia zrobione wdzięczącym się Turczynkom i czujemy się jak na jednej z naszych wycieczek :)
Wybija północ... i... czyżby? To koniec! Jak szybko się zaczęło, tak szybko się kończy. Goście po zrobieniu jeszcze kilku pamiątkowych zdjęć grupowych rozpierzchają się do domów. No, chyba że niektórzy decydują się wraz z parą młodą (w pełnej gali) i najbliższymi przyjaciółmi kontynuować zabawę w jednym z klubów nocnych.
Jak to mówią: było, minęło :)
Kiedy nagle wydarza się coś ważnego POZA pracą, robi się logistyczne wygibasy żeby zdążyć i być gotowym, nie mówiąc już o przebraniu się, i nie daj boże ułożeniu włosów.
Właśnie w takim pośpiechu przygotowywałam się wraz z koleżankami z pracy na tureckie wesele. O tym że nasz współpracownik z biura się żeni, wiedziałyśmy od dawna. Ale wciąż nie byłyśmy pewne, czy nas zaprosi... Co było do przewidzenia oczywiście zaproszenie dostałyśmy, ale z właściwym Turkom wyczuciem czasu - ledwo 2,3 dni przed wydarzeniem, na "ostatnią chwilę". Zresztą mogłybyśmy (tak myślę po czasie) przyjść nawet bez zaproszenia - nikt by się nie obraził.
Nie chcąc pozostać w tyle za Turczynkami, rozpoczęłyśmy przygotowania strojów. Wesela nawet dalekie tureckie krewne uważają za idealną okazję po to, aby kupić nową kieckę, najlepiej długą, powłóczystą, tudzież w wersji "beza". Do tego oczywiście pomalowane paznokcie, specjalnie dobrana torebka, a najważniejsze - włosy układane u fryzjera i perfekcyjny makijaż. Niestety nam na tego typu zabawy nie starczyło czasu po pracy, dlatego wszystko miałyśmy "domowej produkcji" - ale i tak myślę, Polska nie musiała się za nas wstydzić ;)
Jak to na prawdziwe tureckie wesele trzeba też było zrobić zakupy "złotnicze". W Turcji kupowanie złota z tej okazji to najpopularniejszy zwyczaj, tym bardziej, że pobierająca się para nie miała jeszcze własnego mieszkania, do którego można by kupić jakieś praktyczne prezenty. Złoto to inwestycja - a młodzi sami zdecydują, kiedy je "spieniężyć" i co za to kupić.
Złoto kupuje się u prawdziwego tureckiego złotnika (w sklepikach "turystycznych" nie będą nic takiego mieli). Można wybrać bransoletki czy łańcuszek, ale najlepszą inwestycją na przyszłość jest czyste złoto. Zależnie od zasobności portfela można kupić tak zwany "kuruş" za około 60 lir (120 zł), çeyrek czyli ćwiartkę (99 lir), yarım czyli połówkę, i "całość"(najdroższa).
Pierwszy raz robiłam takie zakupy i byłam zaskoczona, ujmijmy to, lichym wyglądem złota. Jest to po prostu medalik, z wytłoczoną dla jeszcze "lepszego" wrażenia podobizną Atatürka. W odpowiednim momencie wesela, wyczekawszy swoje w kolejce gości, przypina się medalik pannie lub panu młodemu do specjalnie w tym celu przygotowanej szarfy (pani ma czerwoną, a pan białą).
Polska Skylar przypinająca tureckie złoto norweskiej pannie młodej
Jak widać na zdjęciu dla osób, które w ostatniej chwili zdecydowały się wpaść na wesele, czy nie przepadające za złotem, mogły też przypiąć banknot. Prosto i konkretnie.
A propos, dobrze, że nie było to wesele wiejskie. Na takich imprezach często znajduje się wodzirej, który nakłania gości do tańca, pilnuje porządku uroczystości, a - co najgorsze - przez mikrofon - informuje zebranych kto ile wręczył.
A tak poza tym? Na tureckich weselach zazwyczaj jest skromny poczęstunek: przystawki, drobne przekąski, napoje. Pojawia się też (po europejsku) tort. Najważniejsza jednak jest zabawa, czyli po prostu taniec. Wystarczy jeden zachęcający okrzyk ze strony wodzireja siedzącego przy organkach, by wszyscy goście ruszyli w tany. Im bardziej znaczący goście uroczystości zgodzą się zatańczyć, tym lepiej to świadczy o statusie pary młodej ;)
No i się zaczyna: podskoki, okrzyki, strzelanie palcami, wyrzucanie banknotów. Powinny się sypać, żeby przynosić szczęście; synek wodzireja niepostrzeżenie przemyka pomiędzy nogami tańczących i zbiera je by potem wręczyć młodym. Fotografowie wystawiają na sprzedaż wywołane zdjęcia zrobione wdzięczącym się Turczynkom i czujemy się jak na jednej z naszych wycieczek :)
Wybija północ... i... czyżby? To koniec! Jak szybko się zaczęło, tak szybko się kończy. Goście po zrobieniu jeszcze kilku pamiątkowych zdjęć grupowych rozpierzchają się do domów. No, chyba że niektórzy decydują się wraz z parą młodą (w pełnej gali) i najbliższymi przyjaciółmi kontynuować zabawę w jednym z klubów nocnych.
Jak to mówią: było, minęło :)
czwartek, 9 września 2010
BAŁAGAN ŚWIĄTECZNY
Miałam zamieścić zdjęcia z wycieczki do parku Narodowego Olympos, miałam opowiedzieć o weselu, na którym byłam we wtorek - ale nie, nie. Na to potrzeba czasu i siły, a z tym ostatnio mam problem. Zresztą myśli zajęte są czym innym...
Szanowni Państwo, wczoraj skończył się Ramazan! Rozpoczęło się w związku z tym trzydniowe święto Ramazan Bayrami, czyli Święto Przerwania Postu, zwane też, bo Turcy lubią wszystko nazywać po swojemu, Świętem Słodyczy (Şeker Bayramı).
Mi jako pracownikowi zawalonemu robotą tak naprawdę w ogóle wszystko byłoby obojętne, gdyby nie to, że... no właśnie. Z racji, że w tym roku święta wypadły (jak co rok) wcześniej, podczas (jeszcze) wakacji, cała Turcja wybrała się nad morze.
Na przykład do Alanyi.
Na przykład do hoteli, gdzie mamy turystów.
A dokładniej, do pokoi, które dla naszych turystów były zarezerwowane.
Od wczoraj więc panuje w Alanyi i okolicach jedno wielkie "świąteczne" zamieszanie. Klienci zagranicznych biur podróży dostają nie takie pokoje jak wykupili, są przenoszeni do innych pokoi/hoteli na noc, na dwie, albo i na trzy, czasem trafiając doprawdy w absurdalne miejsce. Biura załamują ręce, bo wina leży całkowicie po stronie hoteli: ot, po prostu sprzedali dwukrotnie lub trzykrotnie te same pokoje! Ba, z właściwym tureckim hotelarzom spokojem nie powiadomili wcześniej nikogo, uznając najwyraźniej, że "hallederiz" (damy radę).
Turyści się awanturują, domagając się (słusznie) swoich praw, recepcjoniści i managerowie wzruszają ramionami, rezydenci zażywają środki uspokajające, bo jak zwykle wszystko skupia się na nich. Żeby jednak świątecznej tradycji stało się zadość, w recepcjach problemowych hoteli wystawiono kosze z cukierkami i czekoladkami, tak jakby to miało zatrzeć negatywne wrażenie :)
Na szczęście nie każdy hotel management rządzi się takimi dziwnymi zasadami, i gdzieniegdzie obyło się bez najmniejszych problemów. To dowód na to, że można działać fair. Pozostaje mi wierzyć, że to się porządnym hotelom opłaci, bo te "nieporządne" zasługują na intensywną antyreklamę.
Kiedy rozmawiałam o tym ze znajomym, który wiele razy był tureckim turystą w Turcji, znalazł też racje drugiej strony, co kolejny raz uświadomiło mi, że nigdy nic nie jest tak proste, jak się wydaje.
Przez lata tureccy wczasowicze wypoczywający w kurortach byli traktowani gorzej niż obcokrajowcy. Obcokrajowca witano z otwartymi ramionami, dając zniżki i rabaty, a Turcy walczyli z kilkakrotnie wyższymi stawkami za np. pokój w hotelu. Teraz, powoli, zaczyna się to odwracać: jakość, poziom i zasobność portfela turysty zagranicznego spada, za to polepsza się sytuacja Turków. Przyjeżdżają więc do 5* hotelu, "wyskakują" z gotówki, a wtedy nikt nie odmówi pokoju...
Tak czy inaczej mam nadzieję, że wraz z turystami dotrwamy jakoś do soboty, kiedy święta się skończą i Turcy wrócą do swoich Stambułów i Ankar. Ja mam na to też nadzieję prywatnie, bo samochody z rejestracją 06 (Ankara) i 34 (Stambuł) nie dają mi spokoju na drogach, jeżdząc jak rajdowcy i wpychając się gdzie się da. Doprawdy, są gorsi nawet niż Alanijczycy!
Jak już sytuacja się uspokoi, odpocznę i odeśpię, odkurzę zarośnięty pokój i wypiorę stos brudnych przepoconych ubrań, to napiszę już coś normalnego, ciekawego i zabawnego, Szanowni Czytelnicy. Bo, jak pisałam wyżej, tematy do pisania są, oj są.
A na razie... Iyi Bayramlar! Wesołych Świąt!
Geçmiş olsun! Niech minie szybko!
Szanowni Państwo, wczoraj skończył się Ramazan! Rozpoczęło się w związku z tym trzydniowe święto Ramazan Bayrami, czyli Święto Przerwania Postu, zwane też, bo Turcy lubią wszystko nazywać po swojemu, Świętem Słodyczy (Şeker Bayramı).
Mi jako pracownikowi zawalonemu robotą tak naprawdę w ogóle wszystko byłoby obojętne, gdyby nie to, że... no właśnie. Z racji, że w tym roku święta wypadły (jak co rok) wcześniej, podczas (jeszcze) wakacji, cała Turcja wybrała się nad morze.
Na przykład do Alanyi.
Na przykład do hoteli, gdzie mamy turystów.
A dokładniej, do pokoi, które dla naszych turystów były zarezerwowane.
Od wczoraj więc panuje w Alanyi i okolicach jedno wielkie "świąteczne" zamieszanie. Klienci zagranicznych biur podróży dostają nie takie pokoje jak wykupili, są przenoszeni do innych pokoi/hoteli na noc, na dwie, albo i na trzy, czasem trafiając doprawdy w absurdalne miejsce. Biura załamują ręce, bo wina leży całkowicie po stronie hoteli: ot, po prostu sprzedali dwukrotnie lub trzykrotnie te same pokoje! Ba, z właściwym tureckim hotelarzom spokojem nie powiadomili wcześniej nikogo, uznając najwyraźniej, że "hallederiz" (damy radę).
Turyści się awanturują, domagając się (słusznie) swoich praw, recepcjoniści i managerowie wzruszają ramionami, rezydenci zażywają środki uspokajające, bo jak zwykle wszystko skupia się na nich. Żeby jednak świątecznej tradycji stało się zadość, w recepcjach problemowych hoteli wystawiono kosze z cukierkami i czekoladkami, tak jakby to miało zatrzeć negatywne wrażenie :)
Na szczęście nie każdy hotel management rządzi się takimi dziwnymi zasadami, i gdzieniegdzie obyło się bez najmniejszych problemów. To dowód na to, że można działać fair. Pozostaje mi wierzyć, że to się porządnym hotelom opłaci, bo te "nieporządne" zasługują na intensywną antyreklamę.
Kiedy rozmawiałam o tym ze znajomym, który wiele razy był tureckim turystą w Turcji, znalazł też racje drugiej strony, co kolejny raz uświadomiło mi, że nigdy nic nie jest tak proste, jak się wydaje.
Przez lata tureccy wczasowicze wypoczywający w kurortach byli traktowani gorzej niż obcokrajowcy. Obcokrajowca witano z otwartymi ramionami, dając zniżki i rabaty, a Turcy walczyli z kilkakrotnie wyższymi stawkami za np. pokój w hotelu. Teraz, powoli, zaczyna się to odwracać: jakość, poziom i zasobność portfela turysty zagranicznego spada, za to polepsza się sytuacja Turków. Przyjeżdżają więc do 5* hotelu, "wyskakują" z gotówki, a wtedy nikt nie odmówi pokoju...
Tak czy inaczej mam nadzieję, że wraz z turystami dotrwamy jakoś do soboty, kiedy święta się skończą i Turcy wrócą do swoich Stambułów i Ankar. Ja mam na to też nadzieję prywatnie, bo samochody z rejestracją 06 (Ankara) i 34 (Stambuł) nie dają mi spokoju na drogach, jeżdząc jak rajdowcy i wpychając się gdzie się da. Doprawdy, są gorsi nawet niż Alanijczycy!
Jak już sytuacja się uspokoi, odpocznę i odeśpię, odkurzę zarośnięty pokój i wypiorę stos brudnych przepoconych ubrań, to napiszę już coś normalnego, ciekawego i zabawnego, Szanowni Czytelnicy. Bo, jak pisałam wyżej, tematy do pisania są, oj są.
A na razie... Iyi Bayramlar! Wesołych Świąt!
Geçmiş olsun! Niech minie szybko!
Subskrybuj:
Posty (Atom)