sobota, 22 sierpnia 2009

KARIŞIK czyli o sprawach różnych

Zebrało mi się na pogaduszki. Nie mogę dużo mówić (straciłam głos), więc korzystajcie. Pogadam sobie na blogu.

1. Zaczął się Ramadan (w Turcji: Ramazan), święty miesiąc dla muzułmanów. Ci religijni przestrzegają postu (oruç), czyli nie jedzą, nie piją, nie palą papierosów od świtu do zmierzchu. Ci religijni, czyli w Alanyi ci, których nie widać. Co roku zgodnie z kalendarzem księżycowym święta religijne przesuwają się o około 12 dni. Są więc wcześniej: jest goręcej, a dni są dłuższe. Może to moje wrażenia, ale dwa lata temu widziałam tych trzymających post więcej. Rok temu nadal sporo. W tym roku wszyscy znajomi Turcy i Turczynki bez przerwy o Ramazanie tylko mówili. Umawiali się na "ostatnie przed-ramazanowe party", "ostatnią imprezę", "ostatnie piwo". A teraz życie płynie jakby nigdy nic. Na ulicy wszyscy, jak wcześniej, konsumują. W dyskotekach ścisk. A znajomi, ci od "ostatnich" szaleństw, szaleją nadal - bez różnicy. Nie wątpię, że w bardziej konserwatywnych środowiskach wszystko wygląda zupełnie inaczej. Nasza Alanya ma jednak to do siebie, że kiedy się tu o czymś mówi, na ogół oznacza to robienie czegoś zupełnie odwrotnego ;)
Oczywiście uchowało się paru znajomych, którzy w ogóle post zaczęli. Jeszcze nie wiemy ile wytrzymają; póki co, dopiero drugi dzień. Niezależnie od efektów pilnie poszukuję poradnika pt. "Jak przeżyć Ramadan, kiedy nie przestrzega się postu". Szczególnie w odniesieniu do bliskich osób, które głodne, stają się milkliwe, burkliwe, drażliwe, i w ogóle jakieś nie-tego. Podziwiamy, wspieramy, ale marzymy o jak najszybszym uroczystym zakończeniu postu...

2. A propos Ramazanu, pewien hotel w jednej z uroczo nudnych turystycznych dziur nieopodal Alanyi - Konakli - zamknięto na trzy spusty. Mowa o hotelu Bera, miejscu wyjątkowym na mapie okolicy. Luksusowy hotel przeznaczony jest tylko dla muzułmańskich konserwatystów. Nie znajdziecie tam półnagich Europejek, pseudo-przystojnych animatorów, opalania się topless i innych gorszących atrakcji, których na Riwierze pełno. W Berze za to osobne baseny dla mężczyzn i kobiet, mały meczet. Turecka muzyka. W każdym pokoju miejsce do modlitwy i Koran. Hotel ukochali Turcy z zagranicy, którzy ostatnio odwiedzali Alanyę dość tłumnie. Na parkingu samochody, niemal jeden za drugim, wszystkie z rejestracjami europejskimi. Z zewnątrz nie widać nic - hotel dość dokładnie chroniony jest od ciekawskich spojrzeń.
Od czwartku - cisza. Ani jednego auta. Pustka. Wszyscy wrócili do swoich domów, uroczyście rozpocząć Ramadan.

W okolicy mamy do czynienia z wieloma paradoksami. Hotel Bera - oaza muzułmańskiego konserwatyzmu w środku "moralnej zglinizny" całej Riwiery ;) to tylko jeden z przykładów. A inne?

3. W tureckiej aptece można kupić wszystko. Viagra, antybiotyki, środki antykoncepcyjne - bez recepty. Ale im bardziej "wątpliwy moralnie" lek, tym skrupulatniej sprzedawca zapakuje go w papier. I przylepi taśmą, żeby się nie odwinął.

4. Do tureckiego dolmusza nie wsiądziesz, jeśli masz niekompletny strój. To znaczy: panowie bez koszulek, prosto z plaży. Panie: w bikini. Chodzi o lepiącą się od olejków do opalania skórę, która brudzi siedzenie. Słusznie.
Wystarczy wybrać miejski autobus - tam wpuszczą cię ze wszystkim: półnago, z wielkim nadmuchanym materacem, którym będziesz się obijał o innych ludzi. Bo to przecież miejski autobus.

5. A propos bikini, paniom chodzącym tutaj po ulicach w bikini, owiniętym ledwo pareo, Turcy robią ukradkiem zdjęcia i wysyłają do znajomych, jako przykład zepsucia moralnego obywateli Europy.

6. Scena z mojego własnego podwórka. Kupuję buty. Już jestem zdecydowana, ale cena ewidentnie za wysoka. Doskonale wiem, ile powinnam dać za gumowe klapki, więc próbuję się targować, chociaż tego nie cierpię, i zwykle chodzę do sklepów z ustalonymi cenami. Sprzedawca zmienia temat:
- Skąd jesteś?
- z Polski.
- A mogę ci powiedzieć (po polsku) "Kocham cię?"
[Skylar oburzona rzuca niemiłą uwagę i wychodzi ze sklepu. Następnego dnia idzie do sklepu z ustalonymi cenami i kupuje bez stresu].

7. Tureccy chłopcy podrywają Europejki, bajerują, mydlą oczy, grają nowoczesnych, noszą kolczyki z cyrkoniami w uszach i rozpięte na ogolonych piersiach koszule. Robią plany na przyszłość z poderwanymi Europejkami, bo jak tu powiedzieć dziewczynie prawdę? A prawda wygląda tak: większość rodziców nigdy nie dowie się wprost o dziewczynie/chłopaku, z którym się spotykają Turcy i Turczynki. Nawet jeśli też są z Turcji, a może: szczególnie, jeśli też są z Turcji. Europejskie romanse traktuje się z przymrużeniem oka, jako pole zdobywania doświadczeń i wakacyjną rozrywkę. Moje koleżanki ujęły to w ten sposób:
"Mieszkać przed ślubem razem, to może stambulska bohema. No albo jak się jest na studiach, daleko od rodziny".
Rodzice o związku dowiadują się albo przypadkiem, albo kiedy uprzejmie tajemnicę wypaple rodzeństwo delikwenta.

I tak można gadać, i gadać. Bo ciągle coś nowego wpadnie do notesika z obserwacjami.

niedziela, 16 sierpnia 2009

na chorobowym

Przeziębiłam się. Efekt klimy i szczytu sezonu (zawsze dopada nas przeziębienie w sierpniu, jak już mamy pomału dość i odliczamy dni do końca pracy). Piję herbatki z czerwonej róży z miodem z gór nieopodal Alanyi i staram się pracować w minimalnym zakresie, żeby szybko stanąć na nogi. Pot cieknie ze mnie ciurkiem - bardziej niż zwykle, choć upały już nie są tak dokuczliwe (nie tyle upały właściwie, co wilgotność).
Terapią wspomagającą jest muzyka, jak zawsze, na każdą dolegliwość. A szczególnie moje nowe odkrycie, które wyłoniło się z gąszczu miernego disco w tureckiej telewizji muzycznej Kral. Zespół Babutsa - i płyta "London Calling". Zespół pochodzący z Cypru, co odkryłam przed chwilą, poszukując informacji o nich w internecie. A oznacza to, iż pięknie komponują się z moją słabością do cypryjskiej i greckiej muzyki, która zaczęła mi się od pobytu na Cyprze rok temu.

Proszę Państwa, no i teledysk! Smakowity.



ps. Skojarzenie tytułu piosenki "Płonę, płonę, z gorączki płonę" można bardzo ładnie połączyć z moim stanem i zaczerwienionym gardłem i nosem ;)

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

DWA POPY

Dzisiaj, z racji dnia wolnego, w ramach odpoczynku do pokiwania nóżką lub głową, dwa teledyski popowe [chciałam napisać więcej, ba, napisałam, ale na sam koniec wcisnęłam przez nieuwagę jakieś klawisze i skasował się cały tekst - wrr].

Najpierw piosenka, która od paru tygodni za mną chodzi. Niby zwykły pop, a jednak miło się słucha, i człowiek może się łudzić, że to taki pop z górnej półki. Zresztą Yalına kojarzę od dawna jako autora ładnych zgrabnych piosenek wykonywanych z towarzyszeniem żywych instrumentów; co jest miłą odmianą i czymś oryginalnym w stosunku do granego przez prawie wszystkie radiostacje i telewizje "łup łup". Teledysk też jest ciekawy - całość to jedna, "nieobcięta" scena, która kojarzy się trochę z pomysłem pewnego teledysku U2 - ale i tak nam się podoba.



A teraz coś z zupełnie innej beczki, chociaż teledysk oparty na podobnym koncepcie jednej nieuciętej sceny. Hadise - w piosence pod zaiste oryginalnym i zaskakujacym tytułem "Nie pobierajmy się". Typowy tutejszy pop w najczystszej postaci: troszkę równego rytmu, wdzięcząca się do kamery panna, tureckie "tradycyjne" wstawki. Proszę zwrócić uwagę na wyrafinowaną melodię zwrotki, która zawiera, o ile się nie mylę, ledwo dwa dźwięki. Cóż, trudno się spodziewać czegoś innego po uczestniczce konkursu Eurowizji, która zajęła 4. miejsce z piosenką pod tytułem "Dum tek tek"! ;)



Idę na masaż.

czwartek, 6 sierpnia 2009

DOBRA KOBIETA

Pewnie zastanawiacie się, co się stało Skylar, że nie pisze. Mimo, że obiecała. Cóż. Jestem obecnie bardzo zajęta. Nie tylko pracą. Poza spotykaniem się z rozmaitymi nieoficjalnymi fanami/fankami bloga, mam też na głowie zbawianie ludzkości. Szukam znajomym pracy, odpowiadam na maile, wysłuchuję nie kończących się wypowiedzi gadatliwych koleżanek. Ratuję też z opałów (czytaj: pomagam w ucieczce byłej pracowniczce pewnej mafijnej turecko-polskiej firmy, udostępniam kawałek podłogi, załatwiam nową pracę; zresztą nie pierwszy raz...). Król Kukurydzy stwierdził wręcz, że mój blog powinien dostać znaczek UNICEFu. Nie, żebym się chwaliła, że jestem taka wspaniała. Przeciwnie - właśnie muszę odpowiedzieć na pierwszą w moim życiu reklamację złożoną na moją osobę przez jedną z turystek...

Tak czy siak, w głowie mam bałagan. A bałagan w głowie, jak wiadomo, nie sprzyja pisaniu. Myśli się kłębią, z uszu wylatują strzępki papieru samokopiującego, nie jestem w stanie nic napisać. Muszę się po prostu zrelaksować psychicznie - w tym, niestety, mam trochę zaległości.

Ale o tym, i o innych sprawach, następnym razem. Póki co - wybaczcie. Jest godzina 20:44 czasu lokalnego, wysmażyłam odpowiedź na reklamację, pracuję od 10 rano bez przerwy, nie jadłam i nie piłam nic od 12.00, co zakrawa na kompletny idiotyzm. Mam na sobie firmowy uniform, i soczewki kontaktowe, które chyba wpadły mi już na drugą stronę gałek ocznych. W firmowej torbie 10 kg dokumentów i pusta butelka wody mineralnej. Chyba łatwo zrozumieć więc, że nie mam nastroju na pisanie o tureckiej bogatej kulturze, o fantastycznej muzyce, filmach, bo nawet nie mam czasu na oglądanie i słuchanie. O obyczajach, które jak zawsze, nieustannie mnie zaskakują. I o języku, którego używanie to dla mnie ogromna frajda.

Ale - jak to było akapit wyżej - o tym, i o innych sprawach, następnym razem. Insallah.

wtorek, 28 lipca 2009

ALANYA NEWS pod koniec lipca

Najpierw informacje jednak dla tych znudzonych:

Blog to nie czasopismo ani gazeta codzienna, a dziennik, który ma za zadanie osobiste odzwierciedlenie pasma żywota jego autora. Jak powszechnie wiadomo im autorowi wiedzie się w życiu gorzej, tym na blogu więcej do pisania; bo ponarzekać każdy lubi. Jak się wszystko w miarę nieźle toczy, okazuje się, że i nie ma za bardzo o czym pisać - bo pisanie w kółko o tym, jak nam świetnie i dobrze, wcale nie podoba się czytelnikom :)
A tak na poważnie: kto znudzony, niech nie czyta. Albo niech sięgnie do archiwów i bogatych kolekcji zdjęć. Nazbierało się tego od roku 2005, kiedy pierwszy raz pojechałam do Turcji.

A dla nadal ciekawych, zaprzyjaźnionych i spokrewnionych:

Wy mam nadzieję rozumiecie, że podczas piątego sezonu w tym samym miejscu, człowiek trochę już wystrzelał się z najbardziej oryginalnych pomysłów typu: Co by tu napisać. Ileż można opowiadać o pracownikach branży turystycznej, facetach, gogusiach, playboyach, pogodzie, wakacyjnych romansach i targowaniu się. Nic innego przecież się tu nie dzieje. Poza tym - przyzwyczaiłam się, zadomowiłam w południowo-tureckiej rzeczywistości. Wiele rzeczy, które rzuca się w oczy turystom, na mnie nie robi wrażenia. Pracuję, mieszkam, spaceruję, imprezuję, jem, przyjaźnię się, jestem porywana i porywam, robię plany i zmieniam plany - normalne życie Polki na obczyźnie :)
A jeśli jakieś pomysły zakiełkowały mi w głowie, to na ich realizację nie mam albo czasu, albo siły, gdyż właśnie rozpoczęły się coroczne upały. Duszno w dzień i w nocy, wystarczy przespacerować się z domu do biura (5 minut) - a już ma się dość.

Turyści pytają:
- Jak pani tu wytrzymuje?
A ja:
- Nie wytrzymuję.

Oczywiście przesadzam. Najważniejsze to przetrwać lipiec i sierpień, kiedy skóra lepi się od potu 24 godziny na dobę, niezależnie od tego, czy czysta czy brudna. Potem (i przedtem) jest już dużo lepiej.
Czasami pomagają specjalne sztuczki. Wczoraj właśnie nauczyłam się nowej: pływanie w morzu późno wieczorem. Jest ciemno, woda przynosi ulgę (w ciągu dnia ma temperaturę i konsystencję zupy). Jest przejrzysta, bo nie pływają już żadne statki, które tą przejrzystość zaburzają. No i jak pięknie. Księżyc, i tak dalej.
Dodatkowy atut: dzisiaj w pracy, kiedy na pytanie: - Jak się masz? - Wszyscy odpowiadają - Gorąco... - można zaszpanować słowami:
- Ale za to wczoraj w nocy byłam pływać w morzu.
[Szmer respektu]
- I się nie bałaś?

Ja? Skądże... Dopiero co kilka dni temu czaiłam się na półmetrowego insekta, który zamieszkiwał nielegalnie w moim pokoju (insekty to kolejny urok krajów południowych, w których "zawsze" jest słonecznie i ciepło), a miałabym się bać wchodzenia w nocy do morza? Dobre sobie.

Aha, tak na marginesie. Chciałabym pozdrowić wszystkich turystów, którzy przyjechali na wakacje z moim biurem, i robili mi zdjęcia podczas spotkania informacyjnego. Dzięki Wam czułam się jak ktoś niezwykle popularny (ha ha ha).
Chciałabym też o wiele bardziej pozdrowić i podziękować wszystkim czytelnikom bloga, którzy przy okazji swoich wakacji dostarczają mi z polskiej ziemi do Turcji życzliwe słowa, ser żółty i ptasie mleczka. Kolejny raz mamy potwierdzenie, że istnieje mnóstwo dobrych ludzi na tym świecie ;)

A teraz pora na konkrety:


Delfiny (tur. - yunus) robią fikołki pod Alanyą, co podoba się ludziom w każdym wieku, i mnie też.


Piramidy, jak wiadomo od wieków, są symbolem Turcji.
(* Wystąpiła gościnnie dłoń fanki bloga - Ani z ADHD)


Winogrona dojrzewają, a wszyscy i tak gadają o nadchodzącym Ramazanie.


Słodkie ciuchy na sprzedaż w promocji - czyli turkish english dla początkujących.


Skylar w najmodniejszych okularach sezonu, a la Surf-Rock. Przy okazji promujemy sklep pana, który sprzedał mi zupełnie inne okulary słoneczne za rozsądną cenę, i dał etui gratis.

poniedziałek, 20 lipca 2009

ZABAWA

Tak, przebąblowałam weekend i spóźniam się z dodaniem wpisu. Widzę, że działam już według tureckiego tempa: nie ma co się spieszyć, jeśli nie dziś, to jutro - przecież nic się nie stanie. Zresztą funkcjonuję tak już w każdej dziedzinie życia: pracą też stresuję się o wiele mniej, co ma na mnie dobroczynny wpływ. Więcej śpię, jestem bardziej wypoczęta, niczym za bardzo się nie przejmuję (oczywiście nie oznacza to ignorowania swoich obowiązków, bo tego jako rezydentka-idealistka nie biorę pod uwagę, ale po prostu nie wyolbrzymiam problemów tylko je rozwiązuję i przestaję się zamartwiać). Codziennie przed wyjściem z domu zjadam śniadanie, a i resztę dnia staram się nie spędzać na głodniaka.
Zresztą jest teraz tak gorąco, że trudno się dziwić; wszyscy staramy się jak najmniej spocić. Najlepiej siedzi się w domu, w tym jedynym salonie, gdzie mamy klimatyzację; popija zimne napoje i zagryza owocami. Wyjście chociażby do kuchni gwarantuje termiczny szok. W takich upałach nic się nie chce, wszystko płynie powoli.

Powoli - ale jednak minął. Cudowny, leniwy, wakacyjny weekend. Nie spędziłam - żeby była jasność - ani jednej minuty na plaży (wyjśćie na plażę o tej porze roku uważam za czyste szaleństwo; no chyba że wieczorem). A i tak było cudownie...

Ostatnio coraz częściej zdarza się, że spędzam dużo czasu w tureckim gronie. Nie jest to oczywiste. Wszyscy, którzy z emigracją zetknęli się w większym czy mniejszym stopniu (a przecież ostatnio Polacy z emigracją stykają się regularnie), wiedzą, że pobyt za granicą w pracy często oznacza przebywanie tak jakby nadal w polskim środowisku. Zmienia się tylko otoczenie; na deszczową Anglię czy upalną Turcję; ale ludzie, zwyczaje, rozmowy pozostają te same. Od początku moich pobytów w Turcji nie miałam innego wyjścia, jak przebywać z Turkami - mieszkałam z nimi i pracowałam, a potem pomalutku zaczęłam lubić. Oczywiście mam tu na miejscu sporo świetnych znajomych z Polski, także z innych krajów (np. moja współlokatorka to Słowaczka). Ale, szczególnie ostatnio, ciągle jestem gdzieś wyciągana przez zaprzyjaźnione Turczynki i Turków. Sprawia to, że pojawiła się chęć napisania notki dotyczącej zwyczajów zabawowych przedstawicieli Tureckiej Republiki.
Jak się bawią Turcy? Uprzedzam, różnic kulturowych w bawieniu się znacznych nie ma. Chociaż... może ja ich już po prostu nie dostrzegam.
Oczywiście, to wszystko zależy. Z racji, że moi znajomi to pracownicy mojego biura, czy innych, zaprzyjaźnionych, mam tu do czynienia z nowoczesnymi młodymi ludźmi, którzy nie praktykują raczej podziału towarzyskich ekip na haremlik (część dla pań) i selamlik (część dla panów), jak to w tradycyjnie religijnych środowiskach bywa/ło. Wszystko się miesza, jak i u nas. Zaczyna się od piątkowego popołudnia; biuro i okolice obiega wieść, że w sobotę znów gdzieś się wybieramy. Gdzie? Ustalimy później. Informacje docierają do wszelkich krewnych i znajomych królika, którzy przekazują wieść kolejnym - co gwarantuje tak zwany kalabalık(tłumek). Wiadomo - nie ma sensu wybierać się na imprezę w 3 osoby, musi być tłoczno, bo jak jest tłoczno, to jest i wesoło.

1. Strój /kıyafet/

Jak na całym świecie, mamy tu zastanawiającą dwubiegunowość. Panowie spokojnie pojawiają się w t-shirtach i dżinsach, panie pół dnia wcześniej przeprowadzają akcję upiększającą (fryzjer, maseczki, zakupy). W efekcie panie wyglądają tak, jakby szły na Niezwykle Ważną Imprezę; panowie, jakby wpadli przypadkiem przechodząc obok. Ale i to nie zawsze: alanijscy mężczyźni lubią się stroić. Zresztą tu TRZEBA się wystroić, aby nie zginąć w tłumie przekolorowanych i wystrojonych do granic niemożliwości turystów. Najbardziej typowym męskim zagraniem jest eksponowanie owłosionej klaty (tzw. moherku) za pomocą rozchełstanej koszuli w niekiedy intensywnych kolorach. Kolczyki w uszach (np. cyrkonie), oraz korale na szyi - mile widziane. Niektórzy, z racji bliskości portu i legendy o tym, że niegdyś Alanya była bazą piracką, zakładają bandanki, czarne koszule, i "robią się" na idealną kopię Johny Deepa z "Piratów z Karaibów" (włącznie z makijażem oczu). Na szczęście moi znajomi nie preferują takich ekstremalnych strojów...
Dziewczyny tureckie wybierają niekiedy suknie typu beza, znane nam z przyjęć weselnych. Na zwykłe "disko" będzie może mniej okazały strój, ale nadal strój. Żadna z koleżanek nie ubierze się w dżinsy, bo nie wypada. Pewnego razu na imprezę wpadła koleżanka koleżanki, w zatrważająco wysokich butach na koturnach. Niestety nie była w stanie w nich tańczyć - tańczyła na boso, ale co tam - efekt na wejściu był piorunujący. Dziewczyny wzorują się na gwiazdkach pop i prezenterkach telewizji śniadaniowych, które występują w tv o 8 rano w strojach niemalże sylwestrowych, z włosami jak z katalogu fryzur. Wyglądają bajecznie, trzeba przyznać, ale różnimy się w kwestii zasadniczej: mi się po prostu nie chce :)

2. Rozmowa /konuşma/

Jak już pisałam wielokrotnie, Turcy kochają rozmawiać. Mam wrażenie, że rozmawiają czasami tylko po to, by słuchać brzmienia tych wszystkich tureckich słów i zwrotów, których ilość, wydawało by się, jest nieskończona. Na imprezie sam taniec i puszczanie do siebie oczek nie wystarczy - musi być też rozmowa, bo to przecież czysta przyjemność, nawet jeśli o tak zwanym niczym. Dlatego wcześniej, przed potańcówką, moi znajomi umawiają się na spotkanie w spokojniejszym miejscu. Można tam poczekać na wszystkich spóźnialskich (których zawsze jest więcej), można wejść w odpowiedni nastrój za pomocą odpowiedniej rozmowy. Alkohol nie powoduje tutaj upłynnienia dialogów. Przeciwnie, wielu naszych kolegów i koleżanek na imprezach popija wodę sodową czy colę, a potem szaleje do rana bez dodatku jakichkolwiek procentów. Uważam to za jedną z bardziej znaczących różnic kulturowych. W Polsce generalnie (niestety) spotyka się, by czegoś się napić. W Turcji generalnie spotyka się, by po prostu dobrze się pobawić.

3. Taniec /dans/

Z tańcem sprawa wygląda jasno. Turków nie trzeba namawiać do wyjścia na parkiet. Nie zasłaniają się nieśmiałością ani niedostateczną ilością wypitych trunków. Wystarczy dobra muzyka i jeszcze ktoś do towarzystwa, by od razu zaczęli strzelać palcami i wyskakiwać na środek sali. Szczególnie, jeśli jest to muzyka turecka. Dodatkową atrakcją są przekomarzanki Turków, czy aby do danego utworu dany taniec pasuje, czy może powinno się tańczyć inaczej (wszyscy jak wiadomo uważają się za znawców tureckiej kultury ludowej). Gdy mamy natomiast do czynienia z muzyką zagraniczną, bywa trudniej, ale i nadal nie pojawiają się tu większe problemy. Jeśli towarzystwo jest dobre, bywa, że i przez kilka godzin nie schodzimy z parkietu. Zakwasy w mięśniach nóg murowane, ale takie zakwasy, to czysta przyjemność.

4. Zupa /çorba/

Po dobrej imprezie chodzi się na zupę. To taki odpowiednik naszych polskich nocnych wyjść na kebaba (!) czy zapiekankę. Zamiast rozsypującej się budki z pełnymi starego tłuszczu przysmakami fast-food mamy więc przyjemną knajpę, gdzie jest się obsługiwanym przez kelnerów, zjada się całą gamę przystawek, a na główne danie idealną o tej porze (w końcu mamy już prawie poranek) kremową zupę. W Alanyi generalnie uderza się na ulicę, którą nazywam właśnie "ulicą çorbową" - od ilości knajp z podawanymi tam zupami. Posiedzenie podczas konsumpcji przystawek, zupy, sałatki i herbatki trwa kolejną pełną rozmów i wygłupów godzinę, co jest najwyraźniej tureckim minimum jeśli chodzi o fast-food :)
Wychodząc z knajpy jesteśmy na ogół świadkami kolejnego specyficznego zachowania: kłótni o rachunek. Obecni w grupie mężczyźni zaczynają się dość intensywnie spierać, kto ma rachunek zapłacić (chcą wszyscy). Nigdy jako kobiecie nie udało mi się tego fenomenu zrozumieć - przecież chyba najlepiej zrzucić się po parę lir na osobę, prawda? Ale, jak wiemy, w kwestii płatności wchodzi w rachubę sprawa honoru - a z tą sprawą lepiej nie zadzierać...

środa, 15 lipca 2009

ZAPOWIEDZI

Kochani Czytelnicy,
mam już dość zrzucania wszystkiego na pracę. W porządku - pracy jest dużo, internetu w domu brak - już to wyjaśnia, dlaczego tak rzadko piszę. Ale nie można poddawać się pracoholizmowi, jak w poprzednich sezonach. W tym roku i tak jest dużo lepiej (turyści cudowni nieustannie). Niniejszym deklaruję, że od weekendu rozpoczynam regularne dodawanie treściwych, ciekawych i powodujących wypieki na policzkach notek na blogu. Powiem więcej: strzeżcie się - będzie się działo!

PS. Z informacji ogolnych: wczoraj zostałam porwana z pracy prosto do morza, na kąpiel (tutaj ewidentnie sprawdza się stara obawa rozmaitych życzliwych, że zostanę przez jakiegoś Turka uprowadzona). Zażywając kąpieli, a właściwie usiłując, gdyż fale były wyjątkowo wysokie i silne, zaobserwowałam, iż:
a) świeciło słońce, lecz
b) padał deszcz
c) nad wzgórzem Zamkowym pojawiła się (uwaga) przepiękna tęcza - co jest rzadkim zjawiskiem jeśli chodzi o tutejsze rejony.
d) oczywiście było nadal bardzo ciepło,
e) a jak łatwo było przewidzieć deszcz ustał po 2-3 minutach.

Ale i tak - zapewniam - było znakomicie. Nie miałam aparatu, jak to zwykle bywa w sytuacjach wyjątkowych (tzn. porwań), ale wcale się nie martwię, że nie uwieczniłam tego pięknego widoku. Na zawsze zostanie on bowiem, khem, khem, w moim sercu.

środa, 8 lipca 2009

AUDYCJA TURECKA JUŻ DZISIAJ!

Uprzejmie informuję, że dziś w radiostacji internetowej Radioaktywne o godzinie 23.00 rozpocznie się audycja "Dolmus czyli jazda po Turcji". Audycja premierowa, dlatego nie radzę przegapić. Prowadził ją będzie znany być może niektórym turkomanyakom współautor bloga Podróż Szwedzkiego Kucharza. Będzie pełno tureckiej muzyki, opowieści o Turcji a także mój gościnny występ ;) przeczytam mianowicie fragment bloga...

Uprzedzam, że to dopiero początek, namawiając do regularnego słuchania ;)

Pozdrawiam życząc wybornego wieczoru z radyjkiem koło ucha ;)