Miałam dzisiaj napisać o czymś innym, miałam już temat, tylko zbierałam dodatkowe informacje ;) Tymczasem wybrałam się w ramach opisywanego przeze mnie wcześniej Festiwalu Filmów Dokumentalnych na arcyciekawy materiał pt. "Bu ne güzel demokrasi" [Co za wspaniała demokracja].
Tytułem wstępu: wszystkie filmy miały być nadawane z napisami angielskimi (tak to było objaśnione w programie) - ale okazało się to tylko teorią ;) Najwyraźniej pan obsługujący sprzęt stwierdził po zlustrowaniu sali, że 100% widowni to osoby znające turecki... Fakt, że najbardziej widoczne były grupy uczniów ze szkoły, które chyba musiały "zaliczyć" festiwal w ramach zajęć. Obcokrajowcy (czyli ja i para Niemców) idealnie wtopili się w otoczenie (chociaż ciężko mi sobie wyobrazić czym mielibyśmy się wyróżniać ;))
O ile pamiętam na zeszłorocznym festiwalu było tak samo... cóż, pozostało zmobilizować się intelektualnie i starać zrozumieć. Szkoda, bo na pewno wiele istotnych rzeczy mi umknęło. Trzeba się uczyć tureckiego - taki wniosek :)
Film przedstawia sylwetki kilku kobiet, które w wyborach w 2007 roku kandydowały do parlamentu tureckiego. Kamera śledzi, jak prowadzą wyborcze kampanie. Każda kobieta kompletnie inna, startująca z ramienia innej partii: jest reprezentantka kurdyjskiego ugrupowania DTP, która jeździ po wioskach na wschodzie Turcji, i nie zna kurdyjskiego. Jest młodziutka dziewczyna, świetnie wyedukowana, znająca biegle angielski i francuski, przedstawicielka CHP, reklamowana jako "najmłodsza kandydatka". Z ramienia (ostatecznie zwycięskiej) AKP trochę chłodna dama w typie businesswoman. Film jest bardzo ciekawy, bo pokazuje kulisy kampanii w Turcji od zupełnie innej strony - tej kobiecej. Pojawia się mnóstwo tematów (głównie związanych z prawami kobiet i ich statusu) poruszanych na spotkaniach wyborczych prowadzonych w domach, na uniwersytecie, na ulicach, w sklepikach - zarówno w centrum Stambułu, jak i w wioskach gdzieś daleko na wschodzie.
Są jeszcze dwie kandydatki, które od początku budzą największą sensację. Nie tylko w filmie - ja sama oglądając film z napięciem czekałam, kiedy znów pojawią się na ekranie. Pamiętałam reportaż Witolda Szabłowskiego w "Wysokich Obcasach", który opisywał właśnie historię tych dwóch pań. Jakich pań? Cóż, w Turcji nazywają się je hayat kadinlari, czyli przekładając trochę kulawo na nasze, "kobiety życiowe". Byłe prostytutki, zmuszone okolicznościami życiowymi do pracy w domach publicznych, postanowiły spróbować swoich sił w wyborach.
Film znakomicie pokazuje aferę, która się wokół nich rozpętała. Trzeba przyznać, że Ayşe i Saliha uderzyły mocno, używając bezpośrednich metod. Spacerowały po ulicach Stambułu z wielkimi afiszami, ubierały się w więzienne stroje i przewiązywały ręce łańcuchami. Jedna z nich - z dzieckiem-lalką na ręku (po kilku aborcjach nie może być matką), druga w muzułmańskiej chustce na głowe, obie z kolczykami w nosie. Wszystko to budziło oczywiście skrajne reakcje; mężczyźni stawali na ulicach z wyrazem kompletnego zaskoczenia na twarzach, wiele razy słychać było gdzieś w tle cmokanie (będące wyrazem dezaprobaty) i słowa: "Hayret birşey ya" [coś w stylu: "Nieprawdopodobne"].
Nie byłoby może w tym nic nadzwyczajnie interesującego, gdyby nie fakt, że owe panie dotknęły jednego z największych tabu w Turcji. Genel evleri, czyli domy publiczne, korzystanie z usług prostytutek to rzecz najzupełniej normalna dla wielu mężczyzn w tym kraju. Wszystko odbywa się legalnie, pracowniczki są zatrudnione na umowy o prace... Ba, ponoć ogromna większość chłopców (mają oni bowiem po 16-17 lat), przechodzi tam swoją inicjację seksualną... Oczywiście nikt nie mówi o tym otwarcie. Teraz powoli się to już zmienia - Turcja jak wszyscy wiemy europeizuje się i amerykanizuje, i zmienia się też podejście do "przedmałżeńskich kontaktów"... co może zepchnie domy publiczne na dalszy plan.
A może nie.
Fakt, że dzięki dwóm dość trzeba przyznać odważnym kobietom (świetnie sobie zresztą radzącym przed kamerami mediów), pewne dotąd ukrywane sprawy wyszły na światło dzienne. Co prawda do parlamentu nie zostały wybrane, ale udało się trochę "namieszać" i uświadomić, że nie każda hayat kadını sama ten "fach" wybrała. Ponoć byłe prostytutki prowadzą teraz schronisko dla osób o podobnie pogmatwanej przeszłości.
Po projekcji, kiedy wszyscy wychodzili z sali kinowej, było głośniej niż zwykle - taki gwarek, szmerek, kiedy wszyscy są poruszeni. Na schodać któraś z pań mówiła koleżance:
- Bardzo mi się podobało, znakomite. Musiałyśmy to obejrzeć.
Zgadzam się :)
Kolejny przykład na niesamowitą różnorodność ludzi mieszkających w Turcji.
A z drugiej strony warto pamiętać, że kolejny dowód, że to kraj jak każdy inny - ani lepszy... ani gorszy.
ps. Następnym razem, obiecuję, będzie już coś "lżejszego" ;)
turlanie się po Turcji... i nie tylko
Uroki zycia w Turcji i pracy w turystyce relacjonowane na goraco wprost z granicy polsko - tureckiej.
czwartek, 7 maja 2009
poniedziałek, 4 maja 2009
ALANYA NEWS 2009
Przyjechałam, wyspałam się po 13-godzinnej podróży, pora coś napisać :)
W Alanyi już widać turystów i to, że sezon się niewątpliwie rozpoczął. Nie tak jak w zimie - teraz ulice są pełne ludzi, samochodów i motorów, sklepy, jak zwykle, "wyszły" na chodniki, a kelnerzy zaczepiają bogu ducha winnych przechodniów :)
Jak okiem sięgnąć nie widać kryzysu - o ile na pewno wszyscy go odczuwają w sposób mniejszy lub większy, o tyle Turcja na tle innych krajów wypada atrakcyjnie w tych "trudnych czasach" - jest tu po prostu taniej niż w Unii Europejskiej.
Widać też, że trochę się zmieniło - obskurne bazarowe sklepiki z kiczowatymi t-shirtami za 5 euro mieszczące się na głównej ulicy Ataturka coraz częściej zastępowane są elegantszymi butikami. Pewnie w środku nadal ten sam asortyment, ale dobrze, że przynajmniej lepiej wygląda. Przez zimę poczyniono też tu i ówdzie remonty, ulice bez chodników wreszcie się ich doczekały, w porcie też sporo się zmieniło.
Pogoda? Wszyscy "zazdraszczający" mi pobytu w Alanyi mogą odetchnąć z ulgą - temperatury na razie niewysokie (ledwo powyżej 20 stopni - skandal!), wieczorami jest wręcz zimno, padają deszcze. Mówiąc krótko proszę doceniać pogodę, która była w Polsce w kwietniu :) Oczywiście jeśli już świeci słońce, to na całego. Wystarczająco, żeby nagrzała się woda w baniakach na dachu domu. Wystarczająco, żeby czekając 30 minut na autobus opalić sobie nos (a raczej spalić na czerwonawo). Co prawda Turcy uważają, że jest zimno - Król Pomarańczy zdążył mi już ponarzekać, że ciągle jest za chłodno na krótki rękaw czy gołe stopy. Eh, ci gorący Południowcy...
Cóż, patrząc z polskiej perspektywy - na razie można się tylko cieszyć z takiej pogody - teraz już będzie coraz gorzej. Kto zachwyca się 40-stopniowym upałem i 98-procentową wilgotnością powietrza pewnie nigdy w takich warunkach nie pracował ;) Ale o tym w swoim czasie...
Jadąc dzisiaj przez miasto natknęłam się na plakaty dwóch ciekawych wydarzeń. Pierwszym jest Festiwal Filmów Dokumentalnych, organizowany już po raz ósmy w siedzibie Alanijskiej Izby Handlu i Przemysłu.

Filmy z całego świata (chociaż przewaga tureckich) można oglądać przez kilka dni z rzędu, niemal od rana do wieczora, a co najważniejsze - za darmo! Sprawa o tyle godna uwagi, że w Alanyi imprezy kulturalne odbywają się "rzutami" przy okazji festiwali, natomiast ciężko zorganizować sobie trochę kultury na co dzień, nad czym osobiście bardzo boleję. W 100-tysięcznym mieście jest tylko jedno kino (w centrum handlowym), a i to dopiero od paru lat. Wyświetlane są tam głównie tureckie filmy, z dobrymi zagranicznymi bez dubbingu jest naprawdę kłopot. Ba, a propos kinematografii, jest tutaj duży kłopot z kupieniem zagranicznego filmu dvd BEZ tureckiego dubbingu (zwanego dublaj), a jeszcze większy, aby znaleźć turecki film z angielskimi napisami. Chyba że źle szukam ;)
Jutro zamierzam wybrać się na projekcję kilku filmów festiwalowych. Jeśli coś szczególnie mnie poruszy, pospieszę z opisem.
Drugim wydarzeniem, o którym wcześniej nie słyszałam, jest - uwaga! - konkurs na Najpiękniejszy Balkon i Najpiękniejszy Ogród, który organizuje Urząd Miasta Alanya.
Gdybym miała swój balkon, na pewno wzięłabym udział ;)
.jpg)
A teraz przepraszam wszystkich Czytelników, muszę się pilnie zająć truskawkami truskawkami z bazaru.
W Alanyi już widać turystów i to, że sezon się niewątpliwie rozpoczął. Nie tak jak w zimie - teraz ulice są pełne ludzi, samochodów i motorów, sklepy, jak zwykle, "wyszły" na chodniki, a kelnerzy zaczepiają bogu ducha winnych przechodniów :)
Jak okiem sięgnąć nie widać kryzysu - o ile na pewno wszyscy go odczuwają w sposób mniejszy lub większy, o tyle Turcja na tle innych krajów wypada atrakcyjnie w tych "trudnych czasach" - jest tu po prostu taniej niż w Unii Europejskiej.
Widać też, że trochę się zmieniło - obskurne bazarowe sklepiki z kiczowatymi t-shirtami za 5 euro mieszczące się na głównej ulicy Ataturka coraz częściej zastępowane są elegantszymi butikami. Pewnie w środku nadal ten sam asortyment, ale dobrze, że przynajmniej lepiej wygląda. Przez zimę poczyniono też tu i ówdzie remonty, ulice bez chodników wreszcie się ich doczekały, w porcie też sporo się zmieniło.
Pogoda? Wszyscy "zazdraszczający" mi pobytu w Alanyi mogą odetchnąć z ulgą - temperatury na razie niewysokie (ledwo powyżej 20 stopni - skandal!), wieczorami jest wręcz zimno, padają deszcze. Mówiąc krótko proszę doceniać pogodę, która była w Polsce w kwietniu :) Oczywiście jeśli już świeci słońce, to na całego. Wystarczająco, żeby nagrzała się woda w baniakach na dachu domu. Wystarczająco, żeby czekając 30 minut na autobus opalić sobie nos (a raczej spalić na czerwonawo). Co prawda Turcy uważają, że jest zimno - Król Pomarańczy zdążył mi już ponarzekać, że ciągle jest za chłodno na krótki rękaw czy gołe stopy. Eh, ci gorący Południowcy...
Cóż, patrząc z polskiej perspektywy - na razie można się tylko cieszyć z takiej pogody - teraz już będzie coraz gorzej. Kto zachwyca się 40-stopniowym upałem i 98-procentową wilgotnością powietrza pewnie nigdy w takich warunkach nie pracował ;) Ale o tym w swoim czasie...
Jadąc dzisiaj przez miasto natknęłam się na plakaty dwóch ciekawych wydarzeń. Pierwszym jest Festiwal Filmów Dokumentalnych, organizowany już po raz ósmy w siedzibie Alanijskiej Izby Handlu i Przemysłu.

Filmy z całego świata (chociaż przewaga tureckich) można oglądać przez kilka dni z rzędu, niemal od rana do wieczora, a co najważniejsze - za darmo! Sprawa o tyle godna uwagi, że w Alanyi imprezy kulturalne odbywają się "rzutami" przy okazji festiwali, natomiast ciężko zorganizować sobie trochę kultury na co dzień, nad czym osobiście bardzo boleję. W 100-tysięcznym mieście jest tylko jedno kino (w centrum handlowym), a i to dopiero od paru lat. Wyświetlane są tam głównie tureckie filmy, z dobrymi zagranicznymi bez dubbingu jest naprawdę kłopot. Ba, a propos kinematografii, jest tutaj duży kłopot z kupieniem zagranicznego filmu dvd BEZ tureckiego dubbingu (zwanego dublaj), a jeszcze większy, aby znaleźć turecki film z angielskimi napisami. Chyba że źle szukam ;)
Jutro zamierzam wybrać się na projekcję kilku filmów festiwalowych. Jeśli coś szczególnie mnie poruszy, pospieszę z opisem.
Drugim wydarzeniem, o którym wcześniej nie słyszałam, jest - uwaga! - konkurs na Najpiękniejszy Balkon i Najpiękniejszy Ogród, który organizuje Urząd Miasta Alanya.
Gdybym miała swój balkon, na pewno wzięłabym udział ;)
.jpg)
A teraz przepraszam wszystkich Czytelników, muszę się pilnie zająć truskawkami truskawkami z bazaru.
sobota, 2 maja 2009
WYJAZD
Walizki spakowane, przyjaciele i rodzina pożegnani, pora lecieć do Turcji. Jak zwykle - na 6 miesięcy. Długo, owszem, ale do rekordzistek wśród rezydentów dużo mi brakuje - niektórzy z polskiej ekipy są w Turcji od kwietnia czy nawet marca...
Ponieważ jak zwykle podróż mam długą (tym razem - przez Berlin), i może przydałoby się jeszcze zdrzemnąć, w tym miejscu zakończę już moją notkę :)
Do przeczytania po tureckiej stronie..!
Ponieważ jak zwykle podróż mam długą (tym razem - przez Berlin), i może przydałoby się jeszcze zdrzemnąć, w tym miejscu zakończę już moją notkę :)
Do przeczytania po tureckiej stronie..!
niedziela, 26 kwietnia 2009
znów konkurs :)
Namówiona przez jedną z ulubionych Czytelniczek, startuję w konkursie blogowym ogłoszonym przez portal bobbyy.pl. Skusiłam się, gdyż głosowanie odbywa się przez internet (wystarczy podać adres e-mail), a nagrodą jest możliwość publikacji w czasopismach (np. Elle), co bardziej mnie przekonuje niż nagrody rzeczowe :)
Kliknijcie, by zagłosować:

Pierwszy etap trwa do końca maja.
Zapraszam i z góry dziękuję za wsparcie!
ps. A wyjazd do Turcji coraz bliżej. Szczegóły i nowe emocjonujące posty już wkrótce :)
Kliknijcie, by zagłosować:
Pierwszy etap trwa do końca maja.
Zapraszam i z góry dziękuję za wsparcie!
ps. A wyjazd do Turcji coraz bliżej. Szczegóły i nowe emocjonujące posty już wkrótce :)
wtorek, 14 kwietnia 2009
DZIAŁALNOŚĆ POBOCZNA
Jak kochani Czytelnicy się zapewne domyślają, milczenie, które na tym blogu chwilowo nastało, ma swoje konkretne przyczyny. Nie tylko święta (przy okazji, bardzo udane, mam nadzieję, że u Was też).
Wiosna to oczywiście czas zmian i snucia rozmaitych planów, a nawet bardziej realnych projektów na całkiem bliską przyszłość. O nich bardziej konkretnie w swoim czasie, na razie tylko poinformuję o dwóch efektach mojej działalności "okołotureckiej", które jak najbardziej są do wglądu:
1. Ukazał się najnowszy numer magazynu "Polki w Świecie", gdzie znalazły się moje refleksje na temat przygody z Turcją. Gazeta do wglądu w większych salonach prasowych, także, zdaje się we fragmentach, tutaj
2. Biorę też udział w bardzo ciekawym projekcie: "Koniec Świata". Osoby chętne mogą tam tworzyć na bieżąco przewodnik po różnych krajach dla prawdziwych podróżników z plecakiem. Spisane przeze mnie porady na temat Turcji bezpośrednio na tej stronie.
Tymczasem, jak donoszą informatorzy, na południu Turcji zaroiło się już od turystów. Jakby na złość kryzysowi ekonomicznemu :)
Już niedługo i ja spakuję walizkę (a raczej walizki, w jedną na pewno się nie zmieszczę) i polecę inaugurować sezon lato 2009. Miejmy nadzieję, że kryzysowy nie będzie wcale :)
Do następnej notki (wkrótce),
z wiosennymi, słonecznymi, polskimi :) pozdrowieniami
Wiosna to oczywiście czas zmian i snucia rozmaitych planów, a nawet bardziej realnych projektów na całkiem bliską przyszłość. O nich bardziej konkretnie w swoim czasie, na razie tylko poinformuję o dwóch efektach mojej działalności "okołotureckiej", które jak najbardziej są do wglądu:
1. Ukazał się najnowszy numer magazynu "Polki w Świecie", gdzie znalazły się moje refleksje na temat przygody z Turcją. Gazeta do wglądu w większych salonach prasowych, także, zdaje się we fragmentach, tutaj
2. Biorę też udział w bardzo ciekawym projekcie: "Koniec Świata". Osoby chętne mogą tam tworzyć na bieżąco przewodnik po różnych krajach dla prawdziwych podróżników z plecakiem. Spisane przeze mnie porady na temat Turcji bezpośrednio na tej stronie.
Tymczasem, jak donoszą informatorzy, na południu Turcji zaroiło się już od turystów. Jakby na złość kryzysowi ekonomicznemu :)
Już niedługo i ja spakuję walizkę (a raczej walizki, w jedną na pewno się nie zmieszczę) i polecę inaugurować sezon lato 2009. Miejmy nadzieję, że kryzysowy nie będzie wcale :)
Do następnej notki (wkrótce),
z wiosennymi, słonecznymi, polskimi :) pozdrowieniami
niedziela, 5 kwietnia 2009
MY HOME IS MY CASTLE
Dziś będzie tematycznie-architektonicznie, czyli zapowiadana foto-notka o marokańskich otworach wejściowych tudzież okiennych.
W tradycyjnym budownictwie wiąże się z tym cała filozofia. Trochę magii, trochę religii islamu - pomieszane takie rzeczy, których inni ze sobą nie mieszają - u Berberów od wieków funkcjonują razem.
Na początek Nowa Medina w Agadirze - czyli "nowe-stare" miasto. Próba odtworzenia tradycyjnego budownictwa marokańskiego, które w Agadirze nie zachowało się po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w 1960 r. Już po wizycie w tym - niestety opuszczonym miejscu (szkoda, chyba zabrakło środków na ciąg dalszy) - widać charakterystyczne cechy: czerwonawy kolor ścian. Grube mury, które trzymają ciepło w zimie, a chłodzą w lecie. Korytarzyki, krużganki - dające cień.





Drzwi są symbolem przejścia ze świata zewnętrznego, publicznego, do tego chronionego i najcenniejszego. Przyozdabia się je, zostawia magiczne znaki. Kolor niebieski - teoretycznie ma też funkcję magiczną - w rzeczywistości podobno odstrasza robactwo :)
Za większością tych niby surowych murów kryje się świat prywatny, dostępny tylko dla wybranych, zaproszonych, czasami zaskakująco bogaty. To zupełnie inne podejście od tego znanego nam. Zresztą podobnie jest i ze strojem: kobiety przykrywają się nie w wyniku jakiegoś zakazu - zasłona jest właśnie granicą publicznego, a prywatnego. A co się mają niepowołani gapić... prawda? :)
Okna są małe - ciężko zobaczyć co jest w środku, za to gwarantuję, że z wnętrza idealnie obserwuje się to, co dzieje się na ulicy.
W tradycyjnych domach marokańskich balkony nigdy nie będą wychodziły na ulicę. To niepraktyczne i niepotrzebne; lepiej je zwrócić ku dziedzińcowi. W balkonikach od ulicy specjalizowali się za to Żydzi, którzy przebywali w Maroku długo i działali aktywnie.
Będąc w Marrakeszu należałoby wejść do chociaż jednego z riadów - domów w medinie. Wejścia ukryte w ciemnych korytarzach prowadzą do - czasami - enklaw kompletnego luksusu. Wiele z nich adaptuje się na hotele. Dziedzińce, na środku z ogrodami, które dają ukojenie w upałach, są "studniami światła". Tak na marginesie ogród to dla muzułmanów specjalne miejsce - taka namiastka raju...
A to już przeurocza wioska w górach Antyatlasu, której nazwy nie potrafiłam zapamiętać.













A to już nowoczesna architektura mieszkaniowa: większe okna, inne kolory, balkony, ale fantazji nadal sporo. Aha - no i nadal wiele domów jest budowanych na planie podkowy - z dziedzińcem w środku.




Jestem pod wrażeniem marokańskich drzwi i okien, a ta notka to tylko delikatna namiastka. Gdybym miała więcej czasu, zagłębiłabym się w ten temat znacznie dokładniej, i zaglądałabym z aparatem we wszystkie zaułki...
Na koniec przywołanie (a jakże!) Turcji. Niezwykle zastanawiającym dla "nowicjuszy" popularnym nawet w nowoczesnych budynkach jest widok zostawianych przed drzwiami butów. To też echo muzułmańskiej tradycji - nie wnosi się przecież zewnętrznego brudu do domu... Ciekawe co na to nasz savoir-vivre? ;)
ps. A wkrótce już nowinki tureckie. Co prawda jestem w Polsce, ale już za kilka tygodni powinnam znów znaleźć się w "najpopularniejszym kurorcie turystycznym Riwiery Tureckiej". Zostańcie z nami. Będzie się (znów) działo.
W tradycyjnym budownictwie wiąże się z tym cała filozofia. Trochę magii, trochę religii islamu - pomieszane takie rzeczy, których inni ze sobą nie mieszają - u Berberów od wieków funkcjonują razem.
Na początek Nowa Medina w Agadirze - czyli "nowe-stare" miasto. Próba odtworzenia tradycyjnego budownictwa marokańskiego, które w Agadirze nie zachowało się po katastrofalnym trzęsieniu ziemi w 1960 r. Już po wizycie w tym - niestety opuszczonym miejscu (szkoda, chyba zabrakło środków na ciąg dalszy) - widać charakterystyczne cechy: czerwonawy kolor ścian. Grube mury, które trzymają ciepło w zimie, a chłodzą w lecie. Korytarzyki, krużganki - dające cień.
Drzwi są symbolem przejścia ze świata zewnętrznego, publicznego, do tego chronionego i najcenniejszego. Przyozdabia się je, zostawia magiczne znaki. Kolor niebieski - teoretycznie ma też funkcję magiczną - w rzeczywistości podobno odstrasza robactwo :)
Za większością tych niby surowych murów kryje się świat prywatny, dostępny tylko dla wybranych, zaproszonych, czasami zaskakująco bogaty. To zupełnie inne podejście od tego znanego nam. Zresztą podobnie jest i ze strojem: kobiety przykrywają się nie w wyniku jakiegoś zakazu - zasłona jest właśnie granicą publicznego, a prywatnego. A co się mają niepowołani gapić... prawda? :)
Okna są małe - ciężko zobaczyć co jest w środku, za to gwarantuję, że z wnętrza idealnie obserwuje się to, co dzieje się na ulicy.
W tradycyjnych domach marokańskich balkony nigdy nie będą wychodziły na ulicę. To niepraktyczne i niepotrzebne; lepiej je zwrócić ku dziedzińcowi. W balkonikach od ulicy specjalizowali się za to Żydzi, którzy przebywali w Maroku długo i działali aktywnie.
Będąc w Marrakeszu należałoby wejść do chociaż jednego z riadów - domów w medinie. Wejścia ukryte w ciemnych korytarzach prowadzą do - czasami - enklaw kompletnego luksusu. Wiele z nich adaptuje się na hotele. Dziedzińce, na środku z ogrodami, które dają ukojenie w upałach, są "studniami światła". Tak na marginesie ogród to dla muzułmanów specjalne miejsce - taka namiastka raju...
A to już przeurocza wioska w górach Antyatlasu, której nazwy nie potrafiłam zapamiętać.
A to już nowoczesna architektura mieszkaniowa: większe okna, inne kolory, balkony, ale fantazji nadal sporo. Aha - no i nadal wiele domów jest budowanych na planie podkowy - z dziedzińcem w środku.
Jestem pod wrażeniem marokańskich drzwi i okien, a ta notka to tylko delikatna namiastka. Gdybym miała więcej czasu, zagłębiłabym się w ten temat znacznie dokładniej, i zaglądałabym z aparatem we wszystkie zaułki...
Na koniec przywołanie (a jakże!) Turcji. Niezwykle zastanawiającym dla "nowicjuszy" popularnym nawet w nowoczesnych budynkach jest widok zostawianych przed drzwiami butów. To też echo muzułmańskiej tradycji - nie wnosi się przecież zewnętrznego brudu do domu... Ciekawe co na to nasz savoir-vivre? ;)
ps. A wkrótce już nowinki tureckie. Co prawda jestem w Polsce, ale już za kilka tygodni powinnam znów znaleźć się w "najpopularniejszym kurorcie turystycznym Riwiery Tureckiej". Zostańcie z nami. Będzie się (znów) działo.
środa, 1 kwietnia 2009
RÓŻNICE KULTUROWE
Z punktu widzenia turysty wszystko wydaje się fajne. Jest ta egzotyka, jest mit filmu "Casablanka", jest piękny ocean i szeroka piaszczysta plaża. Jest takie poczucie, że dotknęliśmy kawałka Afryki, kawałka czegoś tajemniczego, że dojechaliśmy do miejsca, w które nie każdy się wybierze i które nie każdy doceni czy zrozumie. Są gościnni ludzie mówiący w różnych językach, pomocni, życzliwi. Są marokańscy chłopcy, którzy zachwyconym głosem mówią kobietom, jakie są piękne. No i są obrazy, które na każdym aparacie wyglądają fantastycznie i robią wrażenie na znajomych w Polsce...
Podczas moich poprzednich pobytów patrzyłam na Maroko oczami turysty. Nawet, gdy pojawiały się problemy w pracy, coś szło nie tak - byłam nastawiona pozytywnie: taka specyfika, taki urok, taki kraj - co robić - mówiłam z filozoficznym spokojem nauczona pobytami w Turcji.
Miałam rację, ale w tym roku Maroko dało mi popalić...
Po pewnym czasie można odczarować wszystkie mity. "Casablanka" była kręcona w Hollywood, a nie w Maroku (za to powstało tam wiele innych wspaniałych filmów; odsyłam do starych notek pod tagiem "Maroko"). Poza częścią turystyczną ulice są brudne, śmieci walają się wszędzie. Zapędziwszy się chociażby w marokańską część Agadiru dostajemy lekcję "Jak poruszać się po mieście" - najlepiej wcale, ale jeśli już to z oczami dokoła głowy. Nie jest trudno zostać potrąconym czy rozjechanym przez skuterki jadące pod prąd.
Ludzie - to moje wielkie rozczarowanie. Jako rezydentka nie miałam za dużo możliwości poznać prawdziwych Berberów czy Marokańczyków - ciągle obracałam się w kręgu osób pracujących w turystyce czy po prostu mieszkających w turystycznych zagłębiach. Nie zliczę ile razy próbowano mnie oszukać - począwszy od taksówkarza, który zagadywał mnie uroczo, opowiadając "Polska - super fajnie!", gdy ustawiał taryfikator na kurs nocny (w środku dnia). Albo inny - który udawał, że taryfikator jest zepsuty. Albo jeszcze inny - który jeździł po bocznych uliczkach udając, że nie zna miejsca docelowego. W końcu wysiadłam z auta wściekła płacąc mu połowę zażądanej przez niego sumy.
Ciężko jest poruszać się samotnie po mieście. Wszędzie budzi się sensację. I nie chodzi tu wcale o strój: nawet w spódnicy po kostki i zwykłej koszulce dziewczyna z Europy zawsze będzie dziewczyną z Europy. Nieważne, czy ładną, czy brzydką, grubą, czy chudą. A samotna - to jeszcze gorzej. Samochody zatrzymują się, trąbią ciężarówki. Faceci wychylają się przez okna, by wykrzyczeć swoje nieśmiertelne "Ça va?", a chłop układający kostkę brukową, woła "Bonjour" (sepleniąc, bo bez zębów).
Jeśli się na zaczepki odpowie - potwierdzi się stereotyp o seks-turystyce i "lekko prowadzących się" Europejkach, bo przecież żadna szanująca się kobieta nie będzie rozmawiać na ulicy z obcym mężczyzną.
Jeśli się nie reaguje, po prostu milcząc - naraża się na agresywne komentarze typu "Rasistka" i "Sp**** z mojego kraju".
Jedyną radą jest poruszanie się tylko w towarzystwie mężczyzn/y. Zaczepki nadal będą, ale już innego rodzaju.
Jeszcze ten alkohol. Oficjalnie zabroniony, bo to przecież kraj muzułmański. W rzeczywistości pity niemal nałogowo przez większość Marokańczyków, podobno coraz więcej z nich ma problem z uzależnieniem. Byłam świadkiem kilkakrotnie robiąc zakupy w hipermarkecie, jak wielkim trunki cieszą się powodzeniem. Część sklepu z alkoholem jest wydzielona (zawsze ją można zamknąć, np. przy okazji religijnego święta), podlega pod osobną kasę. Przy kasie tłumy mężczyzn kupujący alkohol na zgrzewki: nie tylko piwa, nie tylko wina. Ilości, które u nas kupuje się chyba tylko w hurtowniach albo na Sylwestra :)
Nie wątpię, że to tylko mój skrzywiony turystycznie punkt widzenia. Nie ma co go odnosić do tego, co można spotkać w głębi kraju. W berberyjskich wioskach, wśród ludzi, którzy słyną z prawdziwej otwartości i gościnności. I którzy nie będą przeliczać każdego życzliwego gestu na dodatkowe parę dirhamów. Niestety - większość z nas - czy turystów, czy pracowników branży turystycznej (z tego masowego, czarterowego odłamu) - nigdy prawdziwego Maroka nie pozna. Zresztą co ja piszę, to prawdy oczywiste, które odnieść można do każdego niemal kraju o egzotycznej dla nas kulturze (i może nie tylko).
Wróciłam do Polski z prawdziwą ulgą - przyznaję się bez bicia. Dostałam po głowie nawet w ostatni dzień, stając się ofiarą machlojek finansowych księgowej z marokańskiej firmy. Może stąd ta gorycz :)
Za to - oj, to na pewno - zdjęcia w Maroku po prostu WYCHODZĄ DOBRZE.
Ostatnia porcja w następnej notce.
Podczas moich poprzednich pobytów patrzyłam na Maroko oczami turysty. Nawet, gdy pojawiały się problemy w pracy, coś szło nie tak - byłam nastawiona pozytywnie: taka specyfika, taki urok, taki kraj - co robić - mówiłam z filozoficznym spokojem nauczona pobytami w Turcji.
Miałam rację, ale w tym roku Maroko dało mi popalić...
Po pewnym czasie można odczarować wszystkie mity. "Casablanka" była kręcona w Hollywood, a nie w Maroku (za to powstało tam wiele innych wspaniałych filmów; odsyłam do starych notek pod tagiem "Maroko"). Poza częścią turystyczną ulice są brudne, śmieci walają się wszędzie. Zapędziwszy się chociażby w marokańską część Agadiru dostajemy lekcję "Jak poruszać się po mieście" - najlepiej wcale, ale jeśli już to z oczami dokoła głowy. Nie jest trudno zostać potrąconym czy rozjechanym przez skuterki jadące pod prąd.
Ludzie - to moje wielkie rozczarowanie. Jako rezydentka nie miałam za dużo możliwości poznać prawdziwych Berberów czy Marokańczyków - ciągle obracałam się w kręgu osób pracujących w turystyce czy po prostu mieszkających w turystycznych zagłębiach. Nie zliczę ile razy próbowano mnie oszukać - począwszy od taksówkarza, który zagadywał mnie uroczo, opowiadając "Polska - super fajnie!", gdy ustawiał taryfikator na kurs nocny (w środku dnia). Albo inny - który udawał, że taryfikator jest zepsuty. Albo jeszcze inny - który jeździł po bocznych uliczkach udając, że nie zna miejsca docelowego. W końcu wysiadłam z auta wściekła płacąc mu połowę zażądanej przez niego sumy.
Ciężko jest poruszać się samotnie po mieście. Wszędzie budzi się sensację. I nie chodzi tu wcale o strój: nawet w spódnicy po kostki i zwykłej koszulce dziewczyna z Europy zawsze będzie dziewczyną z Europy. Nieważne, czy ładną, czy brzydką, grubą, czy chudą. A samotna - to jeszcze gorzej. Samochody zatrzymują się, trąbią ciężarówki. Faceci wychylają się przez okna, by wykrzyczeć swoje nieśmiertelne "Ça va?", a chłop układający kostkę brukową, woła "Bonjour" (sepleniąc, bo bez zębów).
Jeśli się na zaczepki odpowie - potwierdzi się stereotyp o seks-turystyce i "lekko prowadzących się" Europejkach, bo przecież żadna szanująca się kobieta nie będzie rozmawiać na ulicy z obcym mężczyzną.
Jeśli się nie reaguje, po prostu milcząc - naraża się na agresywne komentarze typu "Rasistka" i "Sp**** z mojego kraju".
Jedyną radą jest poruszanie się tylko w towarzystwie mężczyzn/y. Zaczepki nadal będą, ale już innego rodzaju.
Jeszcze ten alkohol. Oficjalnie zabroniony, bo to przecież kraj muzułmański. W rzeczywistości pity niemal nałogowo przez większość Marokańczyków, podobno coraz więcej z nich ma problem z uzależnieniem. Byłam świadkiem kilkakrotnie robiąc zakupy w hipermarkecie, jak wielkim trunki cieszą się powodzeniem. Część sklepu z alkoholem jest wydzielona (zawsze ją można zamknąć, np. przy okazji religijnego święta), podlega pod osobną kasę. Przy kasie tłumy mężczyzn kupujący alkohol na zgrzewki: nie tylko piwa, nie tylko wina. Ilości, które u nas kupuje się chyba tylko w hurtowniach albo na Sylwestra :)
Nie wątpię, że to tylko mój skrzywiony turystycznie punkt widzenia. Nie ma co go odnosić do tego, co można spotkać w głębi kraju. W berberyjskich wioskach, wśród ludzi, którzy słyną z prawdziwej otwartości i gościnności. I którzy nie będą przeliczać każdego życzliwego gestu na dodatkowe parę dirhamów. Niestety - większość z nas - czy turystów, czy pracowników branży turystycznej (z tego masowego, czarterowego odłamu) - nigdy prawdziwego Maroka nie pozna. Zresztą co ja piszę, to prawdy oczywiste, które odnieść można do każdego niemal kraju o egzotycznej dla nas kulturze (i może nie tylko).
Wróciłam do Polski z prawdziwą ulgą - przyznaję się bez bicia. Dostałam po głowie nawet w ostatni dzień, stając się ofiarą machlojek finansowych księgowej z marokańskiej firmy. Może stąd ta gorycz :)
Za to - oj, to na pewno - zdjęcia w Maroku po prostu WYCHODZĄ DOBRZE.
Ostatnia porcja w następnej notce.
środa, 25 marca 2009
MARRAKESZ
Wjazd w kierunku na Medinę, czyli stare miasto. Mgła nie pozwala zobaczyć gór Atlasu Wysokiego a szkoda, bo ośnieżone wyglądają bosko.
Dresiarz marakeski.
Kochamy niemieckich turystów (szczególnie za te kapelusiki).
Ruch uliczny w Marrakeszu - po prostu kreatywnie.
Ruch uliczny w Marrakeszu - po prostu elastycznie.
Ruch uliczny w Marrakeszu - po prostu idź, gdzie oczy poniosą.
Berber podczas sjesty.
Berber spieszący w interesach.
Wejście do jednego z mnóstwa riadów (domów) na marakeskiej medynie.
Parka w parku, czyli lans w Marrakeszu - on rysuje, ona pisze.
Taksiarz. Wanna ride?
Pracownie farbiarzy na suku. Kolorrr.
Tu też.
Nad placem Skazańców, czyli Djemma-el-Fna. Deszcz, anteny satelitarne i góry w tle.
Nigdy nie jest zły moment na małą partyjkę warcabów (warcab?) na kartonie, czyli kolejna odsłona cyklu: Marokańczycy w pracy.
Teraz już wszyscy wiemy, dlaczego Marrakesz zwą Czerwonym Miastem.
ps. Mało piszę, bo zdjęcia, jak myślę, najlepiej oddają tutejszy klimat. A nie będę się bawić w opisywanie brudu i smrodu wielu tych nie-turystycznych zaułków. Chyba że będziecie chcieli o tym czytać... No, ale niedługo już do Polski. Widząc na zdjęciach tutejszą aurę czytelnicy mogą się dziwić, że odliczam dni (a odliczam). Maroko jest fantastyczne, jest ciekawe, a widoki zapierają dech w piersiach (te niektóre). Jest ciepło i słonecznie. Jest sjesta od 12 do 15, która znakomicie ułatwia życie (powinno coś takiego być wprowadzone w Polsce, wydajność pracy byłaby większa). No i jest po prostu INACZEJ.
Na wakacje - na pewno.
Ale życie tutaj, w Maroku, dla osoby z Europy nie jest łatwe. Dla porównania - w Turcji te różnice są o wiele mniejsze. Ale to już temat na zupełnie inną bajkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)