środa, 18 marca 2009

RZUT MAROKAŃSKI 2009 (2)

W Maroku bez zmian. Ciepło, bardzo ciepło. Zeszły tydzień to w Agadirze temperatury powyżej 30 stopni. Gorące powietrze buchało nawet wieczorem. W przeciwieństwie do znanego mi klimatu tureckiego jest tu bardzo sucho - więc przynajmniej jakoś się funkcjonuje; ale tak czy tak - mogłoby być nieco chłodniej.
Na ulicach tak samo jak zwykle - wszechobecne rozwalające się taksówki w dwóch wersjach: petite (mała) w kolorze czerwonym, która zabiera maksymalnie 3 osoby i jeździ wg taryfikatora. Grande (duża) to biało-kremowy stary mercedes typu "beczka", mieszczący w sumie 6 osób, z czego dwie siedzą koło kierowcy, a na tylnym siedzeniu 4 - ściśnięte jak śledzie. Grande taxi działa na zasadzie tureckiego dolmusza - jedzie dopiero zapełniona. Jeśli ruszy z dwoma osobami, to pewnie "dobierze" po drodze kolejne cztery, żeby interes się opłacił.
Taksówkarze niewiele mówią i niewiele wiedzą. Słuchają głośnej muzyki marokańskiej, berberyjskiej, arabskiej, ale kiedy widzą, że wsiada cudzoziemiec, zdarza się że przełączają na pierwsze z brzegu europejskie disco.

Marokańczycy zadają ciągle dwa te same pytania: Ça va? (Jak leci) i Bonjour (Dzień Dobry) - też ze znakiem zapytania, dodając czasami epitety w stylu "La Gazelle". Porównanie do gazeli niewątpliwie uchodzi za komplement w Maroku, ale mnie jakoś nie przekonuje. Kręcą się wszędzie, zadając te pytania wszędzie, niezależnie od tego ile mają lat, zębów, i jak wyglądają - myślą może, że po iluś tam próbach w końcu im się poszczęści. I pewnie tak jest. Turystyka określonego rodzaju w Maroku, a dokładniej Agadirze właśnie, kosi niesamowite żniwo. Siedząc tutaj przez kilka tygodni nie sposób tego nie zauważyć.

Poniżej, trochę z innej beczki, kolejna tura zdjęć. A jutro - insallah - jadę kolejny raz - ale pierwszy w tym roku - do Marakeszu. Insallah, bo wczoraj dopadła mnie marokańska zemsta (krótko ale intensywnie) i mam nadzieję, że już nie wróci.


Klasyczne ujęcie Agadirskiego portu z widokiem na kazbę. Na kazbie napis: Allah, El Watan, El Malik (Bóg, Ojczyzna, Król). W nocy świeci.


Mewy o zmierzchu. W nocy strasznie hałasują.


Kobieta z Tiznitu z mężczyzną z Tiznitu.


Banana Republic - wróć, Banana Kingdom.


Klasyk marokański.


Zwietrzałe skały nad oceanem, Sidi'rbat.


Domki rybaków nad oceanem wykute w zwietrzałych skałach. Przy okazji: mekka surferów, bo wieje pieruńsko.


Typowe czerwone Maroko, głęboko w Antyatlasie.


Nie dotykaj. Grrrryzie.


Tafraute. Jedna z głównych ulic.


Hotel w górach z basenem. Oj, chciałoby się.


Wyglądają jak zabawki z gumy lub narzędzie do zbijania celluitu pod prysznicem. Ale uwaga na te malutkie kolce...


Niesamowita wiocha z niesamowitym meczetem.


Rzut z góry na wioseczkę berberyjską - ksar.

Au revoir (do zobaczenia), tudzież Ma'salaama.

niedziela, 15 marca 2009

RZUT MAROKAŃSKI 2009 (1)


- Hej, chłopaki...


- ... Chodźcie, zdjęcia robią!


Kazba czyli warowna budowla. Nie do zdobycia, gdzieś w Antyatlasie.


Wiosna w Maroku. 30 stopni, upał, niespotykana zieleń i KWIATY.


Okna i drzwi w budynkach marokańskich to cała filozofia. Opowieść na inny wieczór.


Teleboutique. Stąd można zadzwonić i kupić zupełnie inne karty telefoniczne niż się chciało (z doświadczeń własnych).


Jeden z popularniejszych modeli samochodów w wiochach Maroka. Mnie oczarował.


Internet Cafe. Właśnie z tego miejsca z pełnym poświęceniem piszę do Was tę notkę!!!


Wszystkie dzieci nasze są.


Kaktuski jak sztuczne? Dotknij to się przekonasz.


Daleko tak daleko daleko tak. Daleko tak daleko daleko ode mnie!


Znalazł się w górach hotel, gdzie dają piwo. Bon apetit.


Owoc opuncji. Pyszny ale kłujliwie złośliwy.


Niedzielny suk (targ) w Tiznit. Berberyjska kapela przygrywa, co by się lepiej kupowało.


Pozdrowienia z Agadiru przesyła producent ceramiki malowanej ręcznie. Selam aleykum.

czwartek, 12 marca 2009

Z MAROKA

Pierwsza notatka z Maroka:

jestem tu trzeci raz, za każdym razem byłam o tej samej porze roku, w tym samym miesiącu. Pierwszy raz jest tak ciepło. Ba, gorąco. Szczerze mówiąc, dla mnie za bardzo - nawet wiatr, wiejący od oceanu, jest po prostu ciepły, nie przynosi ulgi.

Cóż, muszę to jakoś przetrwać.

Bardziej konstruktywna notka za jakiś czas, jak już się pozbieram (co nie wiem kiedy nastąpi). Daję tylko znak kochanym Czytelnikom, że żyję (nadal).

niedziela, 8 marca 2009

KADINLAR GÜNÜ /Dzień Kobiet/

Z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet, obchodzonego, jak donoszą znajomi i internet, także w Turcji (co nie jest wcale takie oczywiste), notka o kobietach i podejściu do kobiet w tym kraju. Bo jak jest u nas - dobrze wiemy (jest różnie). Czy wobec tego w Turcji jest tak samo? Podobnie? A może kompletnie inaczej?

Zacznę od końca, czyli od stereotypów. Przedzierając się przez gęstwinę internetowych dyskusji na temat Turków i Turcji na polskich forach, można w tej sprawie doznać lekko schizofrenicznego uczucia. Bo z jednej strony peany na cześć tureckich mężczyzn - jak to potrafią oczarować kobietę, jak o nią dbają, jak komplementują i wynoszą pod niebiosa. Cytuję "kobieta czuje się jak księżniczka" (w domyśle: przy polskim chłopaku nawet nie ma co o tym myśleć). No i jeszcze komplementy: "w swoim życiu nigdy nie słyszałam tylu pięknych słów niż w ciągu tych dwóch bajecznych tygodni". Z doświadczeń różnych znajomych pań, a także moich własnych, kiedy to podbijałam Turcję po raz pierwszy w życiu i byłam naiwna jak turystka :) wynika też, że polska (europejska) kobieta, nawet jeśli niczego jej nie brakuje, dopiero w Turcji pozbywa się kompleksów i rozkwita niczym ten róży kwiat...

Na drugim biegunie mamy opinie, że tureccy mężczyźni to brutale i macho, co wyraża się po pierwsze zamykaniem w haremach, a na pewno legalnym wielożeństwem, po drugie przemoc fizyczna jest tu na porządku dziennym. Wiele razy zdarzyło mi się stanąc twarzą w twarz z tym stereotypem, kiedy turyści z pewną taką nieśmiałością zadawali mi pytanie "Bo Turcy to... raczej kobiet nie szanują, prawda?".

Prawda, jak zazwyczaj w takich kwestiach, leży pośrodku. Albo i nie - po prostu zależy od konkretnego egzemplarza.
Na pewno należałoby wyjaśnić powyższe dwie skrajne postawy.

Jak księżniczka?

Cóż, specyfika kurortów. Jeśli turecki lovelas upatrzył sobie jakąś pannę, i jest ona na wakacjach, to nie trzeba nadzwyczajnej inteligencji by dojść do wniosku, że musi się spieszyć. W najlepszym przypadku dziewczyna jest bowiem na urlopie 2 tygodnie, a przecież rzadko (choć i to się zdarza) poznają się juz pierwszego dnia pobytu...
Druga sprawa, Turcy z kurortów pielęgnują sztukę podrywania turystek od dawna, i wiedzą co zrobić, by straciły głowę. Delikatna mieszanka luzu, szaleństwa, wypchanego portfela i dobrej pracy nie wystarczy, jeśli nie będzie się urabiać kobiety słowami. A Turcy gadać potrafią. Nie szkodzi, że teksty oklepane, typu "śliczne oczy", albo "w życiu nie spotkałem piękniejszej od ciebie", lub też "czyżbyś była z cukru, bo jesteś tak słodka..." - działają.
Poza tym: nasi, polscy mężczyźni, nie są otwarci w okazywaniu uczuć. Taka to europejska natura. Południowi casanovi doskonale o tym wiedzą, i znów - wykorzystują to do oczarowania bogu ducha winnych, spragnionych uznania panien, mówiąc wprost, jak to im na nas zależy, jak to jesteśmy dla nich ważne, i - last but not least - że nas kochają.
Trudno się dziwić, że dziewczyny, rzucone z chłodnej Polski w taki gorący klimat, kompletnie tracą głowę i stają się dożywotnimi i bezkrytycznymi fankami Turcji i Turków.

Nie szanują?

Być może stereotyp krwiożerczego, bijącego, otoczonego wianuszkiem posłusznych żon Turka tkwi w nas od dawnych czasów, kiedy to jak wiadomo przedstawiciele Imperium Osmańskiego zabierali nasze piękne jasnowłose dziewoje jako branki do haremów. Być może, po części, wynika też z zazdrości (tak jak dzisiaj, kiedy wiele kobiet ucieka na Południe do tych "antypatycznych, wyżelowanych mężczyzn o ciemniejszej karnacji").
Na pewno niewiele ma wspólnego z rzeczywistością, przynajmniej tą cywilizowaną.
Jak wiadomo na całym świecie zdarzają się panowie, który z szacunkiem do kobiet są na bakier, i co gorsza, wyrażają to w różny sposób. Turcja nie jest tutaj wyjątkiem - jak i Polska. Wszystko zależy od danego egzemplarza. Wielu znanych mi Turków związanych zarówno z Polkami, jak i Turczynkami (w związkach monogamicznych, nie naraz :)), to bardzo pokojowo nastawione do świata osoby. Ba, niektórzy w życiu nie podjęli by się nawet zabicia barana na Kurban Bayrami, uznając to za zbyt radykalne doświadczenie. Tworzą z paniami związki partnerskie, bijąc na głowę niektórych Polaków w kategoriach Zakupy, Sprzątanie, Pomaganie w Domu, Opieka nad Dzieckiem. Nie mówiąc już o Gotowaniu (Król Pomarańczy jest tu idealnym przykładem). Ba, niektórzy nawet nie opowiadają dowcipów seksistowskich, co zakrawa niemal na cud!

Co więc z tym słynnym przekonaniem, pokutującym chyba wśród większości Polaków, że taki Turek ("czy inny Arab") po ślubie z potulnego chłopaka zmienia się w zdradzającego i bijącego żonę drania?
Cóż. Jak i z Polakami - niektóre/niektórzy podejmują pewne decyzje za szybko. Niektórzy za mocno się zakochali, by trzeźwo ocenić sytuację. Niektórzy się pomylili.
Narodowość nie ma tu nic do rzeczy.

Trzeba tu jednak przyznać, że bywają przypadki, z zetknięcia z którymi póżniej karmią się stereotypy. Jakie przypadki? Tradycjonaliści. Mężczyźni, którzy wychowani w tradycyjnym patriarchalnym układzie rodziny, ten model chcą kontynuować. Czasami bardzo się z tym kryją; wykształceni, czarujący, mówiący językami, ubrani w wyprasowane ciuchy najlepszych krawców. Po jakimś czasie partnerka takiej oto doskonałej partii uświadamia sobie, że "pewnych rzeczy jej nie wolno". Wydekoltowane sukienki - źle. Przyjaźń z innymi mężczyznami - zakazane. Okazywanie uczuć na ulicy, wśród ludzi (trzymanie za rękę, pocałunek) - niedopuszczalne. Nie mówiąc już o samotnym powrocie do domu. Jak to ujął pewien mój tradycyjny znajomy: "Moja dziewczyna może mnie zwyzywać, nazwać draniem, idiotą i şerefsiz (bez honoru; jedna z najgorszych obelg), może mnie nawet uderzyć, ale wszystko to w czterech ścianach. Nigdy publicznie - wtedy byłbym skończony". W takim przypadku można mówić już o różnicach kulturowych, które ciężko będzie przeskoczyć... Tak - kulturowych, a nie religijnych. Według islamu kobiety i mężczyźni mają równe prawa. Oczywiście są różni - co wynika z natury i biologii - i w związku z tym mają czasami inne potrzeby. Kobieta wg Koranu może realizować się w pracy, jeśli nie zaniedbuje przy tym rodziny. Nie musi chodzić przykryta - przykrycie raczej ją chroni przed wzrokiem i nagabywaniem obcych, niż ogranicza.

Ale odejdźmy już od dywagacji o związkach międzykulturowych, i o Polkach.
Jak jest z Turczynkami?

I tu Was nie zaskoczę.
Różnie.
Jak u nas, tylko bardziej - z racji dużo bardziej znaczących przepaści pomiędzy miastem i wsią, ludźmi wykształconymi i tymi, którzy nawet nie potrafią czytać.
Każdy, kto odwiedził choć jedno nie-kurortowe tureckie miasto, doskonale wie, że już na poziomie samego wyglądu pełno jest różnic: kobiety przykryte od stóp do głów, kobiety w chustkach i długich spódnicach, kobiety z dekoltami i oryginalnymi fryzurami. Czasami te zakryte mówią o odkrytych jako dziewczynach, które się nie szanują. A odkryte nazywają zakryte zacofanymi. Dla nich - czasami jak dla nas - to też jest inny świat, o którym wiedzą mało.

A jeszcze bardziej ogólnie? Cytując dzisiejszy raport z Hürriyet, pensje Turczynek są o 25% niższe niż Turków. Wciąż mało ich na publicznych stanowiskach, w polityce. Połączenie pracy i rodziny? 60% pracujących kobiet nie ma dzieci. Wszystko się oczywiście zmienia, ale wymaga to czasu.
Chociaż... warto na koniec przypomnieć jeden istotny fakt: już w 1934 roku Atatürk wprowadził prawa wyborcze dla kobiet, co było ewenementem w skali Europy. Także pod względem edukacji i praw społecznych status kobiety w latach 20. XX w. został zrównany ze statusem mężczyzny.

Jak widać nic nie jest tak oczywiste, jak by się na pierwszy rzut oka wydawało.

Wszystkiego najlepszego Wszystkim Paniom :)


ps. Wielożeństwo w Turcji jest nielegalne!!!
ps2. A powiedzenie o tym, że w każdym związku i tak kobieta rządzi, tylko sprawia wrażenie, że rządzi mężczyzna - znane jest także w Turcji :)

wtorek, 3 marca 2009

ALANIJSKIE WIDOCZKI KONTYNUACJA

Z racji, że zima, szaro i smutno, no i z powodu tego, że przyszły ciężkie czasy kryzysu ekonomicznego, ku pokrzepieniu oferuję Czytelnikom (i sobie) trochę duchowej rozkoszy dla stęsknionych słoneczka Riwiery w postaci tłustego, zupełnie nie-kryzysowego zbioru alanijskich widoczków. Cieszcie oczy.


W Polsce 6 zł za kilogram, w Alanyi rosną na miejskich drzewkach, czyli życie A kontra życie B.


Ses elektronik, sprawca azanowego zamieszania. Jak to ujął kiedyś jeden z nadzwyczaj wyedukowanych turystów "ten wyjący o 5 rano didżej". Bez komentarza :)


Znów palmy, bo palm nigdy za dużo. Oglądaj i się relaksuj.


- Halo, halo! Mamy tu następną ofiarę kryzysu w branży turystycznej! Kompletnie goła!


Wreszcie spełniam życzenie Czytelników. Alanijscy faceci w całej krasie.


Wielki błękit.


Ośnieżone szczyty gór Taurus, widok z gatunku zapierających dech (a tym bardziej przy rześkim zimowym powietrzu).


Lampy z tykwy - wersja nacjonalistyczna numer 4560.


Starsi turyści na Kale. Siedzieli na krzesełkach napawając się widokami, a potem wsiedli do dolmusza, żegnani przez tureckich sprzedawców gozleme i paszminy. To był piękny widok.


Do znudzenia, oklepany widok klasyczny - Iskele (port), panorama z Kale (Zamek). Tyle razy widziałam a jakoś zawsze rusza.


Kryzys kryzysem, wiosna musi nadejść.


Prognoza na sezon - w porcie zbudowana latarnia morska, z uroczym deptaczkiem. Mam nadzieję, że herbaciarnia też będzie.


Łódka bez flagi to nie łódka.


Szkoda, że nie widać, że te 3 panie niosą 3 torby pełne pomarańcz.


Szukając duchowego ukojenia w czasach kryzysu - wizyta w meczecie (Oba)


Ukojeni? Bo ja tak.


I widok na Taurus.


Kolejny dowód na to, że Alanya wiochą jest i basta. [W szklarni: pomidory i ogóry hormonsuz - bez hormonów]


Szczyt wzgórza Kale w wersji nieoświeconej (bo lampa zgaszona: cięcia, redukcje).


Na osłodę, żeby nie było tak pesymistycznie: cukiernia. Zjedz samochód Formuły 1, przejdzie ci.


Lavaş, czy też jak niektórzy uważają, pide z towarzyszeniem cacıka (jogurt z ogórkiem), masła czosnkowego i ezme. No i çoban salatası (sałatka pasterska). Jeść i kochać.

sobota, 28 lutego 2009

Z POLSKI

Niestety czas nie pozwala mi na regularne i bardziej obfite pisanie. Ledwo przyjechałam (co też nie było procesem łatwym i krótkim: 3 loty, 2 dni, 1 nocleg - relacja wkrótce w specjalnej tematycznej notce), a już trzeba było znów jechać - do Warszawy na egzamin z języka angielskiego dla pilotów wycieczek. Dzięki sprzyjającym okolicznościom i małym prezencie od losu udało mi się ten egzamin zdać :) Nie należał do trudnych, ale ja posługuję się od pewnego czasu dużo częściej kulawym tureckim niż kulawym angielskim... o wiele szybciej do głowy przychodziły słówka z tureckiego...
Na szczęście zdałam - kolejny krok do przodu ;)

Obecnie skupiam się nad pielęgnacją więzów rodzinnych i przyjacielskich. Sezon już niedługo, znów nie będzie mnie w Polsce, trzeba więc korzystać, nacieszyć się swojską atmosferą na zapas... żeby potem nie tęsknić aż tak bardzo.

Za ponad tydzień kolejny wyjazd, z którego będę zdawać pasjonujące relacje zarówno tekstowe jak i fotograficzne.
Pytanie: Gdzie Skylar może jechać w zimie do pracy, jeśli nie do Turcji?
Odpowiedź: Oczywiście do Maroka.

Tym razem mam wielką ochotę zobaczyć dużo więcej niż zwykle (nie jest to proste, rezydentem będąc na ogół siedzę w jednym mieście, z małymi wypadami na określone wycieczki, większości Maroka nie widziałam jeszcze). A żeby była do tego jeszcze większa motywacja, zamierzam uzbroić się na ten wyjazd w nowy aparat. Stary się zacina, no i mój apetyt fotograficzny robi się coraz większy...
Ale o tym w odpowiednim czasie.

Na razie - wracam do swoich zajęć "w realu", obiecując po weekendzie pozostałe fotki z Alanyi i okolic, a także poradnik podróżniczy dla turkomaniaków.

niedziela, 22 lutego 2009

GEZMEK, DOLAŞMAK

Termin końca ważności 30-dniowej wizy turystycznej pomalutku się zbliża... Już pojutrze o tej porze będziemy znów w Stambule przesiadać się na samolot do Londynu, a potem, następnego dnia, ruszam bezpośrednio do mojego rodzinnego Poznania. W Polsce czeka mnie masa pracy, nauki, poumawianych spotkań, kurs na prawo jazdy i inne wspaniałe atrakcje. Praktycznie nie będzie czasu na to, żeby tęsknić za Turcją - i dobrze. Jeśli wszystko będzie szło według planu w kwietniu znów wracam - i tym razem już na dużo dłużej niż miesiąc... a w międzyczasie może i jeszcze z innego kraju zdam kochanym Czytelnikom relację? Tak dla urozmaicenia ;)

A jak mijają dni w Alanyi i okolicach? Cóż, większość planów turystycznych została przełożona na sezon z powodu pogody. Jak mówią "starzy" Alanijczycy (czyli mądrale, które siedzą całymi dniami pod sklepami, piją cay i palą papierosy), tak chłodnej zimy nie było tu dawno. Odczuliśmy to na własnej skórze dość dotkliwie - w zajmowanym przez nas mieszkaniu woda jest ogrzewana przez promienie słoneczne, o czym zupełnie nie myśli się latem (od kwietnia praktycznie codziennie jest słońce = gwarancja gorącej wody pod prysznicem i nie tylko). Za to teraz ciepły prysznic stał się trudno osiągalnym dobrem... toteż zostałyśmy z koleżanką ADHD niejako zmuszone do wybrania się do hamamu, gdzie z kolei z nadmiaru gorąca niemal się podusiłyśmy.
Żartuję, nie było tak źle, nasze wyziębione cielska zostały wygrzane, solidnie wyszorowane i natarte pachnącymi olejkami, ale na przyszłość będę takie przyjemności dawkować sobie rozsądnie - o ile latem nie ma problemu, a hamam przynosi ulgę wciąż przepoconemu ciału; chodzę wtedy do niego regularnie, o tyle zimą różnica temperatur może być może nie zabójcza, ale na pewno szokująca.

Co zatem można robić w Alanyi przy kiepskiej zimowej, deszczowej, chłodnej pogodzie?

1. Wzbogacać własne kubki smakowe spacerując po rozmaitych knajpach, barach i kawiarniach, próbując nowych rzeczy i delektując się ulubionymi starymi przysmakami (co było widoczne w poprzednich notkach).

2. Eksperymentować we własnej kuchni i poddawać Króla Pomarańczy rozmaitym testom kulinarnym, które przegrał mając ewidentny egzystencjalny problem z nieufnością wobec polskiej kuchni. Król Pomarańczy uważa bowiem, że w każdym naszym daniu znajduje się dodatek świńskiego tłuszczu/mięsa, nawet w plackach ziemniaczanych... Tak, my też się śmialiśmy.
Na szczęście smakowały mu naleśniki. Maşallah!

3. Uczyć się tureckiego korzystając z zakupionego w tutejszej księgarni słownika polsko-tureckiego (którego obecność na półce była niezłym zaskoczeniem)

4. Spotykać się z alanijską Polonią... ;)

5. Prowadzić szereg obserwacji socjologicznych, najczęściej z aparatem fotograficznym przy oku, podczas realizowania punktu 6.

6. Gezmek & dolaşmak - zwiedzać, bujać się, kręcić po, spacerować, lansować - właściwie najprzyjemniejsze dni to te spędzane od rana do wieczora w mieście, porcie i okolicach, złożone z wielu mikro-spotkań z mniej lub bardziej zaprzyjaźnionymi znajomymi. Każdy, na którego się wpada, proponuje kawkę lub herbatkę, toteż człowiek krąży ruchem konika szachowego, ciągle zbaczając z wyznaczonej wcześniej trasy, zatrzymuje się na pogawędki.
Potem je się obiad w porcie, grzejąc twarz w słońcu (bo akurat dziś, wyjątkowo, wyszło zza chmur i praży radośnie, aż łzy w oczach stają), i znów wraca na drogę - to co, może teraz herbatka u naszego ulubionego sprzedawcy plastikowej biżuterii? Albo kawka u znajomych z biura? I tak dalej, dopóki nie zajdzie słońce i nie zrobi się zimno.

Przy okazji my, jako piloci i rezydenci, wypytywani jesteśmy o prognozy na sezon... Tu następuje debatowanie, po uprzednim przyjęciu ważnej miny, jak bardzo kryzys ekonomiczny (ekonomik krizi) wpłynie na zarobki w sektorze turystycznym miasta Alanya. Jedni uważają że będzie fantastycznie, bo Turcja jest tańsza od wielu innych krajów rejonu Morza Śródziemnego, i na kryzysie może tylko zyskać, inni uważają, że będzie fatalnie, bo nikt nie ma pieniędzy... Rozmowy takie można toczyć bez końca, dlatego dla urozmaicenia wprowadza się akcenty plotkarsie, wymieniając się rewelacjami na temat pracy i zycia osobistego znajomych i znajomych znajomych - kto, gdzie, kiedy, no i z kim (jak wiadomo praca i życie osobiste często tutaj mają ze sobą związek; wiele osób przyjeżdża do pracy wyłącznie ze względów osobistych).


Cóż, gezmek i dolaşmak dobiega końca, kolejny mój pobyt w Alanyi będzie znów kręcił się wokół pracy i sezonu lato 2009. Dobrze było zobaczyć życie tutaj w zimie; spokojniejsze, bardziej stabilne, które niby nudne, ma jednak swoje uroki... zresztą najprzyjemniejszą niespodzianką było odkrycie, że w sobotni wieczór jednak ISTNIEJĄ miejsca, w których ciężko znaleźć wolny stolik, i w których atmosfera rozgrzewa nawet najchłodniejszą pogodę :)


W następnych notkach - już z Polski - jeszcze trochę zdjęć, robionych podczas tych bardzo cennych i łapanych z wielką zachłannością słonecznych dni. A potem... jak to mówią hadi bakalım - zobaczymy jak będzie :)