Miałam przyjechać do Stambułu na chwilę, po prostu odwiedzić znajomych, strzelić kilka zdjęć i przedrzeć się po raz kolejny przez Istiklal (najsłynniejsza ulica miasta), plus przespacerować przez inne pomniejsze uliczki. Miałam być na krótko, gdyż wymarzyłam sobie podróże dalsze i bliższe po samej Turcji. A potem - wyjazd do Alanyi, gdzie zamierzam spędzić (z przerwami) całą zimę, i to właśnie tajemniczo anonsowałam swego czasu na blogu. To, że "przeprowadziłam się" do Turcji... Cudzysłów jest, bo przecież przeniosłam się nieoficjalnie już dawno. Teraz po prostu będzie to życie całą gębą, a w związku z tym cała seria nowych kulturowych starć i problemów, ale i mam nadzieję przyjemności. Zobaczymy - w kolejnych notkach :)
A więc Stambuł. To miasto wciąga. Podobnie jak i koleżanki, dzięki których namowom postanowiłam posiedzieć tu kilka dni dłużej niż zamierzałam, rezygnując póki co z dalszych wypraw...
To miasto uzależnia. Można o nim pisać godzinami, zresztą nie pierwszy raz już o Stambule piszę, i za każdym razem, o ile dobrze pamiętam, nie opisywałam przewodnikowych konkretów (co, gdzie, jak, czym), tylko skupiałam się na próbie ujęcia ogólnego czaru. Bo ten czar jest, ba, przemieszany dla niepoznaki z różnymi negatywnymi elementami. Pomyślałam sobie dzisiaj, że tak wkurzając się na Stambuł, a po pięciu minutach wzdychając "och, jak tu wspaniale" robię dokładnie to, co od lat robię ogólnie z Turcją i Turkami - nie mogę się zdecydować, czy kocham, czy nie cierpię. Być może z tego względu my - miłośnicy Turcji - nie możemy się od tego kraju odzwyczaić. Współistneją tu rzeczy niemożliwie irytujące i niemożliwie zachwycające.
Jeśli chodzi o Stambuł, z mojej turystycznej perspektywy (ale przede wszystkim dla mieszkańców), pierwszy i najważniejszy minus: KORKI i TŁOK. Już wyjazd z lotniska Sabiha doprowadzić potrafi do szewskiej pasji. W sznurze samochodów mój autobus stał i stał, a ja, zmęczona po podróży (opóźniony samolot z Berlina, nocna podróż pociągiem z Poznania) miałam ochotę wyskoczyć z pojazdu i ruszyć między autami jak w teledysku R.E.M. "Everybody hurts".
Generalnie całe życie w mieście opiera się na komunikacji. Uwielbiam słuchać rozmów moich znajomych, które gdzieś się umawiają a potem opracowują szczegóły dotarcia do tegoż miejsca. Trzeba wiedzeć, jak najlepiej dotrzeć, by ominąć korki. Ideałem jest prom (prom jest moim zdaniem zawsze ideałem). Za to jazda dolmuşem po Stambule może doprowadzić do zawału serca, a ja sama, świeżo ucząca się jeździć samochodem w Polsce, zaczynam wątpić, czy dobrze robię zamierzając używać auta w Turcji... na szczęście w małym miasteczku Alanya tak po ulicach się nie poruszamy. I nie używamy tak klaksonu, który tutaj słychać niezwykle często. Za często.
Na samym końcu drabiny ewolucyjnej znajduje się pieszy, na którego nikt nie zwraca uwagi. Ale i ten pieszy radzi sobie nieźle. Zachwycają mnie strategie przechodzenia przez ulicę: "Jest czerwone, ale możemy przejść, bo samochody będą miały zielone za kilka sekund". Tak, tutaj oszczędza się każdą sekundę (zresztą trzeba mieć oczy dookoła głowy, i czasami po prostu NALEŻY przejść na czerwonym).
Stambulczycy w tym codziennym kłopotliwym dojeżdżaniu wszędzie rozmaitymi środkami komunikacji wydają mi się paradoksalnie bardzo spokojni. A może jest to rezygnacja; pewnie się przyzwyczaili. Skoro nie można znaleźć mieszkania w dzielnicy, w której się pracuje albo studiuje, albo chociaż w okolicy, albo chociaż w dogodnym komunikacyjnie miejscu, to należy po prostu żyć dalej.
Taaak. Dlatego właśnie po raz kolejny upewniłam się, że ja sama nie mogłabym tu mieszkać. Za to co innego po prostu tu pobyć, tak jak teraz. Już sama obfitość ludzkich typów inspiruje. Nie mówiąc już o bogactwie kulturalnym: muzea, galerie, kluby, imprezy, festiwale - tu się po prostu coś dzieje przez cały czas. Nie to co mniejsze miasteczka (nazwy nie wspomnę :))
Będąc tutaj od środy nie można powiedzieć, żebym jakoś specjalnie miasto zwiedzała. Z poprzednich wyjazdów mam już te "must-see" zaliczone. Teraz po prostu się, mówiąc po poznańsku "szlajam", albo bardziej elegancko: bawię się we "flaneura". Chodzę tu i tam, starając się jak najczęściej pływać promem. Zachwycam się wszelkimi bocznymi uliczkami, robię zdjęcia rybnym straganom, łapię się za głowę przechodząc przez ulicę, patrzę, patrzę, patrzę. Mówiąc krótko: tak jakbym przyjechała z innego kraju. Stambuł to państwo w państwie, jednostka osobna, do czego doszłam już za pierwszą wizytą ponad 2 lata temu. Co gorsza, już widzę, że Stambułu nie ma się dość. Oczywiście o ile nie musi się tutaj chodzić do pracy :)
Ażeby dokładniej wyrazić to, o co chodzi z magią tego miasta, i usprawiedliwić, dlaczego nie piszę tu dat, nie wymieniam zabytków, nie uzasadniam, zamieszczam tekst piosenki napisanej przez Michała Zabłockiego a śpiewanej przez Grzegorza Turnaua pod tytułem "Byłem w Nowym Jorku".
Ujmuje istotę sprawy - należy tylko Nowy Jork zamienić na Stambuł :)
Byłem w Nowym Jorku.
Tak, byłem w Nowym Jorku.
To naprawdę wielkie przeżycie.
Po prostu polecieć i być w Nowym Jorku.
Po prostu polecieć i być.
Więc byłem w Nowym Jorku.
Siedziałem w Nowym Jorku.
Taki jak jestem, to byłem i siedziałem...
A potem się zmęczyłem.
I stałem w Nowym Jorku.
Stałem w Nowym Jorku i widziałem.
Mówili mi: pojedź.
Pojedź i zobacz.
Musisz tam pojechać i zobaczyć.
Mówili mi: pojedź.
Tym bardziej, że możesz.
To musi być wspaniałe: Nowy Jork.
Więc dobrze, powiedziałem.
Pojadę i zobaczę.
I opowiem wam jak było w Nowym Jorku.
I byłem. Pojechałem.
I byłem. I widziałem.
I stałem, i siedziałem w Nowym Jorku.
A teraz mówię: nie wiem.
Nie powiem wam, bo nie wiem.
Nie wiem jak było w Nowym Jorku.
Lecz mówię wam: pojedźcie.
Postójcie. I posiedźcie.
Bo nie warto nie być w Nowym Jorku.