czwartek, 19 listopada 2009

STAMBULSKIE PRZYSMAKI

Dzisiaj kulinarnie mnie naszło. A to dlatego, że [tutaj towarzystwo zachodzące na bloga oddycha z ulgą i rozlegają się krótkie acz gromkie oklaski] znalazłam mieszkanie. Po wielkich bólach i bezensownych targach z właścicielami, po zejściu całej Alanyi pełnej pustych pięknych mieszkań wzdłuż i wszerz, po przekonaniu się, że większość tutejszych woli, żeby ich mieszkanie stało puste, niż żeby taniej wynająć porządnym ludziom...
Najciemniej jest pod latarnią. Wróciłam do niezłego mieszkania, które zajmowałam "z urzędu" latem, pracując. Czuję się więc jak w domu.
Po dwóch dniach sprzątania, prania zasłonek, odkurzania - co by było już naprawdę jak własne (żeby przełamać kolejny stereotyp: Król Pomarańczy ochoczo dzielił się ze mną obowiązkami), pora na jedzenie, jak w domu. Zamierzam zrobić pierogi.

Ale najpierw rzut oka na... stambulskie uliczne (i nie tylko) przysmaki. Turcja jest krajem, gdzie w miastach na każdym niemal roku znajduje się pan/pani ze straganikiem na kołach pełnym rozmaitych drobiazgów do zjedzenia lub do wypicia. Począwszy od zwykłego simita (obwarzanka) rozkrajanego i smarowanego chętnym czekoladą lub topionym serkiem, poprzez köfte (mięsne pulpeciki), albo rybki w różnych postaciach. Jeśli już występują hamburgery, to też w tureckiej wersji: buła z mięsem zatopionym w sosie pomidorowym, co w Stambule nazywa się "mokrym hamburgerem" (ıslak hamburger)...


Zaczynamy klasycznie: turkish viarga czyli pod to hasło wkładamy wszystko, co zawiera orzechy i jest słodkie, i sprzedajemy. Tutaj na tzw. Egipskim Bazarze (Mısır Çarşışı) - orzech włoski w figach.


Turşu - czyli wszelkiego rodzaju "kwasizny". A to kwaszony ogórek, a to marchewka, a to papryczka. Najlepiej wszystko zalane şalgamem - czyli przeokrutnie kwaśnym napojem ze sfermentowanej rzepy (?). Ponoć jest idealny na "dzień po" hucznej imprezie. Mimo kilku prób w przeciągu paru lat nadal nie jestem w stanie wypić całej szklanki.

Powyższy napój sprzedaje się na przystani Eminönü, czyli w zagłębiu balık ekmek - jest to słynna stambulska zakąska, składająca się ze świeżo złowionej i usmażonej ryby, owiniętej w listek sałaty i wpakowanej w kawał białego tureckiego chleba. Sprzedaż następuje taśmowo i hurtowo z takiej oto łódeczki:
jem10.5



jem9
A tu Skylar zapychająca się balık ekmekiem. Wbrew minie, smakowało.

jem4
Klasyczny zestaw dla tureckiego smakosza to balık-roka-rakı, czyli ryba, rukola i anyżówka. Tutaj, podczas pobytu na Wielkiej Wyspie (jednej z 4 tzw. Wysp Książęcych) sentyment opowiedział sie za spolszczoną wersją: z piwem.


A tu rakı na t-shircie.


Niby zwykła kebabiarnia, ale wnętrze robi wrażenie. Bo to w końcu zaadaptowana jedna z kamienic na ulicy Istiklal, w dzielnicy kiedyś zamieszkiwanej przez Greckich handlarzy zwanej Perą.

jem8
Najlepsze kasztany są oczywiście nad Bosforem.

jem12
Owoce suszone i kandyzowane, orzechy, mnogość i szaleństwo. Oj Turcy znają się na temacie.

jem3
Typowy turecki warzywniak. Na pierwszym planie niby-pomidor, hurma - smaku nie da się opisać, należy spróbować.

jem1
Biedronki, odmiana stambulska czekoladowa.

jem3 (2)
Jedna z niezastąpionych przekąsek "na szybko". Lahmacun, w środku ze słonym serem i szczypiorkiem, gorący aż parzy w palce. Do tego zimny ayran. I jak jest? Jest bosko.



Dzięki za uwagę. A teraz zmykam, bo zgłodniałam.
Smacznego, cokolwiek dzisiaj zjecie :)

niedziela, 15 listopada 2009

ZA CO LUBIMY AZJĘ

O ile europejska część Stambułu jest fajna i interesująca, o tyle części azjatyckiej jestem prawdziwą fanką. Dlaczego? Głównie z powodu Kadiköy (to taka niesamowita dzielnica, zaraz przy brzegu Bosforu, pełna krętych uliczek, knajpek, galerii i sklepików). Nieopodal znajduje się Moda i Bostancı - nieco artystycznie "zwichrzone" okolice, gdzie naprawdę jest co robić i oglądać. Spacerując po tych zaułkach miałam momentami paradoksalnie (skoro to Azja) wrażenie, że jestem w jakimś starym środkowo-europejskim mieście. Z tą różnicą, że jest tu bardziej... kolorowo, troche mniej porządnie, tak z fantazją ;)


Słoneczna niedziela w Bostancı. To taka lansiarska dzielnica, w której chciałoby się mieszkać.


Kot sprzedaje karmę dla gołębi, a pan herbatkę: Pod Meczetem Eminonü i obok wejścia na Egipski Bazar (Mısır Çarşışı)


Eminonü - tu można zobaczyć całą różnorodność Stambułu.


Dzielnica Moda. Strzel w balonik, może do Ciebie uśmiechnie się szczęście, hę?


Kot galeryjny w Kadikoy.


IMG_4620
Żaglóweczki ćwiczą w Bostanci.

IMG_4590
Rybkę?

IMG_4563
Zawsze uwielbiam ten widok: sznur taksówek i widok na meczet nieopodal Iskele (przystani) w Üsküdar.

IMG_4532
Zachód słońca w Modzie.

IMG_4516
Modne koty też w Modzie.

IMG_4310
Na dole sklep skarpetkowy (Çorap). U góry bielizna. Żeby nie było: taką bieliznę można też znaleźć w konserwatywnym markecie!

IMG_4293
Mebelki z drugiej ręki. Zawsze się zastanawiam, kiedy widzę towary przed sklepem: że oni się boją, że nikt im nie ukradnie. Bo MY się boimy. I NAM kradną, prawda?

IMG_4304
Moje ulubione zakątki: bazarek warzywny...

IMG_4288
...i rybki!

IMG_4560
A tu gratka. "Testosteron" na afiszach! Uwielbiamy polskie akcenty w Turcji :)


[Czytelnicy Drodzy, ciąg dalszy zdjęć ze Stambułu wkrótce. Kiedy - nie wiem, bo internet na razie jest dla mnie dobrem reglamentowanym (aktualnie sponsoruje go McDonald's) A potem już regularna i aktualna relacja z Alanyi, w której od 3 dni już jestem. I bawie się póki co w grę pod tytułem: Jak znaleźć mieszkanie w Alanyi, którego wynajem nie doprowadzi Cię do:
a) zamarznięcia
b) bankructwa
c) obcowania z DZIWNYMI właścicielami]

poniedziałek, 9 listopada 2009

EUROPA DA SIĘ LUBIĆ

Jako część pierwsza stambulskich zdjęć, kilka widoków z części europejskiej (zwaną Rumelią, od nazwy Rum którą Turcy określali mieszkających tu licznie Greków). Tym razem to tutaj mieszkam - dokładnie w pewnym studenckim mieszkaniu na Beşiktaş (dzięki uprzejmości Ani, studentki Erasmusa oraz tureckiej pary, których rodzice oczywiście nie wiedzą, że mieszkają razem - normalne w Turcji :))
Beşiktaş to wielka dzielnica, znana kibicom głównie z powodu drużyny piłkarskiej o tej samej nazwie. Tutaj znajduje się ich stadion. Symbolem drużyny jest czarny orzeł, a jego posągi i klubowe czarnobiałe flagi wiszą na każdym rogu. Same okolice mojego miejsca stacjonowania urzekły mnie - wąskie uliczki, kafejki, tanie sklepiki ("Wszystkie torby za 5 lira") i tak dalej. Dopiero potem odkryłam część azjatycką Stambułu... ale o tym w następnym odcinku :)

Jednym z przyjemniejszych miejsc jest Örtaköy - dawna wioska, która w tej chwili cieszy się wielkim powodzeniem z racji wyjątkowej atmosfery i meczetu o tej samej nazwie. Aha, jest jeszcze niedzielny artystyczny bazar - mnóstwo straganów z koralikami, chustami, wyrobami tureckiego rękodzieła i wszędzie spacerującymi kotami, a wszystko to wciśnięte pomiędzy kafejki gdzie kawę można wypić w szalonych cenach. PS. W tym miejscu robi się dobre kumpiry (wydrążony pieczony ziemniak z masą warzywnych dodatków).


Dziewczyny z Örtaköy 1


Dziewczyny z Örtaköy 2 - wersja szkolna (w uniformach).


Przepiękny meczet Örtakoy.


Kot mruży oczy, fotografowany od rana przez turystów z długimi lufami.

IMG_4831
Świeży towar, jeszcze w akwarium.

IMG_4829
Klasyczny pocztówkowy widok z Örtaköy z mostem Bosforskim w tle.

IMG_4801
Statek (transportowy?) z Beşiktaş, jeden z wielu. Kiedy przepływają obok pasażerskiego promu, którym płynie się w nocy, bez prawie żadnych świateł, to są dopiero emocje...

IMG_4817
Jedna z miliona (turecka przesada) uliczek w rejonie Nevizade, to jest z boku słynnego deptaku Istiklal Caddesi. Bary, knajpy, śpiewy, mecze, cygańskie skrzypeczki, piwo, hałas i zgiełk - ale jaki urok!

IMG_4778
Nie dotykaj bo gryzą! Lew i lewki w Pałacu Dolmabahçe.

IMG_4777
Pałac Dolmabahçe. Piękny. Polecam.


Beşiktaş z lotu promu.

IMG_4763
Okolica mojego miejsca pomieszkiwania. Zatłoczona 24 godziny na dobę.

IMG_4317
Bazarek warzywny nieopodal.

IMG_4202
Już przy słynnym Placu Taksim. Z tego ciekawego architektonicznie miejsca bierze się taxi-dolmuş (na zdj.), czyli nie zwykły dolmusz, ale i nie taksówkę. Mieści 8-9 osób i rusza wtedy, gdy się zapełni. Bardzo przydatny: łatwiej niż autobus omija korki :)

IMG_4195
Kwiaciarki które omijam codziennie, idąc na kolejny etap podboju Stambułu.



ciąg-dalszy-nastąpi... W następnym odcinku: AZJA!!!

sobota, 7 listopada 2009

JESTEM W STAMBULE I MÓWIĘ WAM: POJEDŹCIE

Miałam przyjechać do Stambułu na chwilę, po prostu odwiedzić znajomych, strzelić kilka zdjęć i przedrzeć się po raz kolejny przez Istiklal (najsłynniejsza ulica miasta), plus przespacerować przez inne pomniejsze uliczki. Miałam być na krótko, gdyż wymarzyłam sobie podróże dalsze i bliższe po samej Turcji. A potem - wyjazd do Alanyi, gdzie zamierzam spędzić (z przerwami) całą zimę, i to właśnie tajemniczo anonsowałam swego czasu na blogu. To, że "przeprowadziłam się" do Turcji... Cudzysłów jest, bo przecież przeniosłam się nieoficjalnie już dawno. Teraz po prostu będzie to życie całą gębą, a w związku z tym cała seria nowych kulturowych starć i problemów, ale i mam nadzieję przyjemności. Zobaczymy - w kolejnych notkach :)

A więc Stambuł. To miasto wciąga. Podobnie jak i koleżanki, dzięki których namowom postanowiłam posiedzieć tu kilka dni dłużej niż zamierzałam, rezygnując póki co z dalszych wypraw...
To miasto uzależnia. Można o nim pisać godzinami, zresztą nie pierwszy raz już o Stambule piszę, i za każdym razem, o ile dobrze pamiętam, nie opisywałam przewodnikowych konkretów (co, gdzie, jak, czym), tylko skupiałam się na próbie ujęcia ogólnego czaru. Bo ten czar jest, ba, przemieszany dla niepoznaki z różnymi negatywnymi elementami. Pomyślałam sobie dzisiaj, że tak wkurzając się na Stambuł, a po pięciu minutach wzdychając "och, jak tu wspaniale" robię dokładnie to, co od lat robię ogólnie z Turcją i Turkami - nie mogę się zdecydować, czy kocham, czy nie cierpię. Być może z tego względu my - miłośnicy Turcji - nie możemy się od tego kraju odzwyczaić. Współistneją tu rzeczy niemożliwie irytujące i niemożliwie zachwycające.

Jeśli chodzi o Stambuł, z mojej turystycznej perspektywy (ale przede wszystkim dla mieszkańców), pierwszy i najważniejszy minus: KORKI i TŁOK. Już wyjazd z lotniska Sabiha doprowadzić potrafi do szewskiej pasji. W sznurze samochodów mój autobus stał i stał, a ja, zmęczona po podróży (opóźniony samolot z Berlina, nocna podróż pociągiem z Poznania) miałam ochotę wyskoczyć z pojazdu i ruszyć między autami jak w teledysku R.E.M. "Everybody hurts".
Generalnie całe życie w mieście opiera się na komunikacji. Uwielbiam słuchać rozmów moich znajomych, które gdzieś się umawiają a potem opracowują szczegóły dotarcia do tegoż miejsca. Trzeba wiedzeć, jak najlepiej dotrzeć, by ominąć korki. Ideałem jest prom (prom jest moim zdaniem zawsze ideałem). Za to jazda dolmuşem po Stambule może doprowadzić do zawału serca, a ja sama, świeżo ucząca się jeździć samochodem w Polsce, zaczynam wątpić, czy dobrze robię zamierzając używać auta w Turcji... na szczęście w małym miasteczku Alanya tak po ulicach się nie poruszamy. I nie używamy tak klaksonu, który tutaj słychać niezwykle często. Za często.
Na samym końcu drabiny ewolucyjnej znajduje się pieszy, na którego nikt nie zwraca uwagi. Ale i ten pieszy radzi sobie nieźle. Zachwycają mnie strategie przechodzenia przez ulicę: "Jest czerwone, ale możemy przejść, bo samochody będą miały zielone za kilka sekund". Tak, tutaj oszczędza się każdą sekundę (zresztą trzeba mieć oczy dookoła głowy, i czasami po prostu NALEŻY przejść na czerwonym).
Stambulczycy w tym codziennym kłopotliwym dojeżdżaniu wszędzie rozmaitymi środkami komunikacji wydają mi się paradoksalnie bardzo spokojni. A może jest to rezygnacja; pewnie się przyzwyczaili. Skoro nie można znaleźć mieszkania w dzielnicy, w której się pracuje albo studiuje, albo chociaż w okolicy, albo chociaż w dogodnym komunikacyjnie miejscu, to należy po prostu żyć dalej.
Taaak. Dlatego właśnie po raz kolejny upewniłam się, że ja sama nie mogłabym tu mieszkać. Za to co innego po prostu tu pobyć, tak jak teraz. Już sama obfitość ludzkich typów inspiruje. Nie mówiąc już o bogactwie kulturalnym: muzea, galerie, kluby, imprezy, festiwale - tu się po prostu coś dzieje przez cały czas. Nie to co mniejsze miasteczka (nazwy nie wspomnę :))

Będąc tutaj od środy nie można powiedzieć, żebym jakoś specjalnie miasto zwiedzała. Z poprzednich wyjazdów mam już te "must-see" zaliczone. Teraz po prostu się, mówiąc po poznańsku "szlajam", albo bardziej elegancko: bawię się we "flaneura". Chodzę tu i tam, starając się jak najczęściej pływać promem. Zachwycam się wszelkimi bocznymi uliczkami, robię zdjęcia rybnym straganom, łapię się za głowę przechodząc przez ulicę, patrzę, patrzę, patrzę. Mówiąc krótko: tak jakbym przyjechała z innego kraju. Stambuł to państwo w państwie, jednostka osobna, do czego doszłam już za pierwszą wizytą ponad 2 lata temu. Co gorsza, już widzę, że Stambułu nie ma się dość. Oczywiście o ile nie musi się tutaj chodzić do pracy :)

Ażeby dokładniej wyrazić to, o co chodzi z magią tego miasta, i usprawiedliwić, dlaczego nie piszę tu dat, nie wymieniam zabytków, nie uzasadniam, zamieszczam tekst piosenki napisanej przez Michała Zabłockiego a śpiewanej przez Grzegorza Turnaua pod tytułem "Byłem w Nowym Jorku".
Ujmuje istotę sprawy - należy tylko Nowy Jork zamienić na Stambuł :)

Byłem w Nowym Jorku.
Tak, byłem w Nowym Jorku.
To naprawdę wielkie przeżycie.
Po prostu polecieć i być w Nowym Jorku.
Po prostu polecieć i być.

Więc byłem w Nowym Jorku.
Siedziałem w Nowym Jorku.
Taki jak jestem, to byłem i siedziałem...
A potem się zmęczyłem.
I stałem w Nowym Jorku.
Stałem w Nowym Jorku i widziałem.

Mówili mi: pojedź.
Pojedź i zobacz.
Musisz tam pojechać i zobaczyć.
Mówili mi: pojedź.
Tym bardziej, że możesz.
To musi być wspaniałe: Nowy Jork.

Więc dobrze, powiedziałem.
Pojadę i zobaczę.
I opowiem wam jak było w Nowym Jorku.
I byłem. Pojechałem.
I byłem. I widziałem.
I stałem, i siedziałem w Nowym Jorku.

A teraz mówię: nie wiem.
Nie powiem wam, bo nie wiem.
Nie wiem jak było w Nowym Jorku.
Lecz mówię wam: pojedźcie.
Postójcie. I posiedźcie.
Bo nie warto nie być w Nowym Jorku.

środa, 4 listopada 2009

BAZARKI

Dziś zdjęcia dla miłośników tureckich bazarów. O ile sama na bazarach zakupy robię tylko spożywcze (cała reszta, uważam, że nie nadaje się do niczego, albo prawie do niczego), o tyle bardzo chętnie tam spaceruję, po prostu przyglądając się ludziom. To wywrzaskiwanie cen, zachwalanie towaru, żonglowanie paroma słowami z angielskiego, paroma z niemieckiego (oni już sami nie wiedzą, z kim mają do czynienia: obcy, czy nie?). No i te wszystkie pyszności, te zapachy, te kolory!
Jako odtrutka na jesienną porę, zapraszam do rzucenia okiem (choć oczywiście według mnie, spragnionej polskiej jesieni, pogoda w Poznaniu niesłychanie się podobała, ciągle robiłabym tylko zdjęcia).

IMG_3975

IMG_3994
Moje ulubione zdjęcie z wtorkowego bazaru (salı pazarı) - napis przy straganie "Honorujemy karty kredytowe"...

IMG_20889
Sprzedawca butów i jego mobilny stragan.

IMG_3983

IMG_3982

IMG_3981
Avokado. Cena podana w starych lirach, mimo że denominacja nastąpiła w 2005.

IMG_3972


IMG_3965
Ośrodek kręcenia nosem.

IMG_3784
Lalki z tykwy i skarpety z owczej wełny, doskonałe na zimę...

IMG_3782
Świeże granaty. Czy wiecie, że w jednym granacie znajduje się od 300-500 ziarenek, pełnych witaminy C i E? No właśnie :)

1
Lalki z tykwy sprzedawane w drodze na Kale.

IMG_2111d
Tanie gaciuszki, czyli powód dla którego niektórzy turyści udają się na bazar ;)




PS. Tą notkę piszę już ze Stambułu - tak tak, wróciłam do Turcji. Dwa tygodnie w Polsce były intensywne, i dobrze. Spotykałam się z przyjaciółmi i rodziną, chłonęłam uroki polskiej jesieni (mimo, że było mi bardzo zimno), jadłam polskie przysmaki, tuliłam do piersi naszego kota ;) no a przede wszystkim - zabrałam się za kończenie kursu prawa jazdy, rozpoczętego (uwaga!) w styczniu. Ba, nauka jazdy samochodem nawet mi się spodobała... ciąg dalszy w grudniu, kiedy przyjadę do Polski właśnie w tym celu (poza celem świątecznym).